It was lovely to have met you

Troszeczkę inaczej miał wyglądać dzisiejszy wpis, ale wszyscy wiemy, co się stało. Budzik mi zadzwonił o trzeciej trzydzieści, z użyciem siły otwarłam jedno oko i sięgnęłam po telefon. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy o Francji piszą. Nie zjadłam śniadania przed wyjściem z domu, bo nie zdążyłam, pochłonięta paskudnymi wiadomościami. A potem pani w dworcowej kasie, do której stałam w ogonku – głodna i bez kawy, o piątej rano, mind you – przez kwadrans, powiedziała mi, że bilety na lotnisko tylko w pociągu. To miło, że mogłam stracić 15 minut życia, by się tego dowiedzieć. Tak czy inaczej, na lotnisko dotarłam, a z lotniska dalej.

Londyn zwykle świeci jasno nocami, ale wczoraj świecił inaczej.

Tak czy inaczej, życie musi toczyć się dalej – niechby po to, by nie dać oszołomom satysfakcji.

Poleciałam do Londynu na dokładnie 30 godzin. Tylko po to, żeby zobaczyć dwa przedstawienia. O pierwszym spektaklu będzie jutro, najpierw będzie o drugim.

Kiedyś czytałam felieton Caitlin Moran, w którym pisała o tym, jak bardzo podziwia ludzi przychodzących się z nią przywitać po spotkaniach autorskich – oni przecież nie wiedzą, do kogo tak naprawdę idą i komu mówią rzeczy często bardzo intymne, a na pewno nasycone emocjami. Ryzykują, że usłyszą „yeah, right” lub w ogóle nic. Ryzykują, że pokażą miękki brzuszek komuś, kto na to nie zasługuje. A jednak idą. Dziękują. Zanoszą prezenty czasami. Caitlin napisała w tym felietonie, że dla ludzi po drugiej stronie to też jest przeżycie i to nigdy nie jest bez znaczenia; że widzi z trudem skrywaną radość na twarzy przejętego fana myślącego „ona już wie, że istnieję…”. To jest ten moment, że zacytuję Amandę Palmer, I see you. Widzę cię. Teraz już się znamy.
Nigdy nie chodziłam pod stage door, z jednym wiadomym wyjątkiem. Nie czuję się zbyt wygodnie z moją nieśmiałością. Raczej dziwna sytuacja, bo normalnie przecież nie zaczepiacie obcych ludzi na ulicy, żeby im powiedzieć, że ich lubicie, prawda? Wczoraj poszłam znów, obejrzawszy Włochatą Małpę. Musiałam.

Bertie Carvel, uważam, jest aktorem wybitnym. Jak pisałam, jego wielką zaletą jest jakaś taka niepodobność do nikogo i niebywała plastyczność. Nie ma posągowej urody (jeśli chce, to potrafi być uderzająco przystojny, ale jeśli nie, to nie), nie ma wielkiej fanbazy produkującej memy z nim – on ma coś lepszego, mianowicie iskrę bożą. Fenomenalny talent. On by was zagrał. On by zagrał książkę kucharską i sprawozdanie roczne firmy księgowej. Zauważyliście na przykład, że on był w Sherlocku? Nie? Właśnie.
Od tego faceta nie sposób oderwać oczu, gdy pojawia się na scenie.
To, robi w tej sztuce, jest niemożliwe. Współczuję nieco ludziom, którzy z nim grają, bo to jak próbować wyścigu z shinkansenem (z recenzji w Variety: The others are big blokes; next to Carvel they look like meerkats – on nie jest najbardziej napakowanym mężczyzną na scenie, choć trochę jest, ale gasi resztę towarzystwa samą obecnością). Gość ma niesamowitą charyzmę. Ma też wielką sceniczną odwagę – jak wspominałam przy okazji Bachantek, on się w publiczność rzuca. Są aktorzy, którzy uparcie trzymają się wizerunku. Bertie nie ma wizerunku. Bertie może być każdym. Korzysta z tego, podejmując raczej śmiałe decyzje zawodowe i wybierając role, których wielu kolegów po fachu by nie wzięło.
I tym razem jest agresywnym prostakiem, mówiącym kaleczoną angielszczyzną, z chamskim akcentem, z głębokiej amerykańskiej prowincji, który próbuje sam siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie jest obrzydliwą bestią, po tym, jak zostaje tak nazwany przez stającą z nim oko w oko panienkę z wyższych sfer. To spocony robol szukający swojego miejsca w wypomadowanym świecie, próbujący rozpaczliwie udowodnić swoją wartość. Trudno uwierzyć, że elegancki, apodyktyczny Penteusz z pierwszych chwil Bachantek (bo co było w chwilach końcowych, to inna historia) i ten muskularny, porywczy, dość odpychający typ z ogoloną głową są tą samą osobą w pozateatralnej rzeczywistości. Że nie wspomnę o pannie Trunchbull.
Ten spektakl zebrał bardzo skrajne opinie, to taki, jak to Angole nazywają, Marmite – czyli coś, co albo się kocha, albo nienawidzi. Jeśli o mnie chodzi, jestem w tej drugiej grupie i nie tknę tego paskudztwa dobrowolnie. Mówię o Marmite, bo przedstawienie podobało mi się bardzo. Rozumiem natomiast, czemu może nie przypaść do gustu. Po pierwsze sam tekst jest dziwny, napisany niewdzięcznym językiem. Po drugie bohater nie od razu wzbudza sympatię. Po trzecie adaptacja jest raczej surowa – okrętowa kotłownia, w której przerzuca węgiel Yank, to tylko drewniany kontener. Jest też moment, gdy scena Old Vic jest całkowicie pusta, co mnie oczywiście zachwyciło, bo uwielbiam przyglądać się tej całej maszynerii, zwykle dla widzów niewidocznej, niemniej zdaję sobie sprawę, że nie każdy tego szuka. Nie każdy chce widzieć odrapane teatralne zaplecza.
Po przedstawieniu skręciłam za róg i odczekałam swoje, aż wyszedł taki niepozorny kolo w szaliku. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że ponownie chciałam przez chwilę uciekać i co prawda nie zapomniałam tym razem, co chciałam powiedzieć, ale kolana to mi tak trochę drżały, właściwie raczej się trzęsły.
Bertie jako Bertie jest bardzo miłym człowiekiem, który mi uścisnął dłoń, wypytał o podróż, gdy usłyszał, że przyleciałam z daleka (that’s quite a journey! – ależ nic takiego, Bertie, dla ciebie mogę), poklepał po ramieniu, bardzo się ucieszył, kiedy mu wyszemrałam, że widziałam też Bachantki, ale wstydziłam się wtedy podejść, powiedział, że jestem słodka (sic!) i uśmiechał się tak, że wszystkie nieszczęścia tego świata na chwilkę zbladły. Długo tego szerokiego uśmiechu nie zapomnę. Temu człowiekowi z oczu wygląda dobra dusza. Powiadam, on zna Józefa.

9 thoughts on “It was lovely to have met you

  1. Ja zauważyłam Bertiego w Sherlocku, był taki doskonale obleśny😀
    Cieszę się, że miałaś miłe spotkanie, gdybym mogła, to chodziłabym na sztukę z nim codziennie. I na Stage Door potem, to takie miłe doświadczenie😀

    • Och, bardzo.
      Pewnie pójdę znów, gdy znowu nadarzy się okazja.
      Tak czy inaczej, ja się naprawdę zdziwiłam, gdy odkryłam jego nazwisko na liście płac w „Sherlocku” – przecież oglądałam, to bym go chyba zapamiętała?… I dopiero po wykonaniu pogłębionego researchu oświeciło mnie, że to przecież ten bankier-burak…

      • Mnie denerwuje, że oprócz Jonathana Strange’a Bertie gra w telewizji samych dupków😉 Co oglądam, to mam go ochotę walnąć w łeb patelnią. Znaczy jego postać😉
        Słucham Q&A i czekam na moje pytanie🙂

          • A kto jeszcze? Jeśli można zapytać? Ze David Oakes to już wiem, nie poznałam go przez to na scenie, całą pierwszą połowę SiL męczyło mnie, skąd ja gościa znam. Potem wygooglałam i zaniemówiłam…

          • To był jedyny powód, dla którego poszłam na to przedstawienie. Bo na początku byłam bardzo sceptycznie nastawiona i raczej bym na to nie trafiła.
            Koniec końców trafiłam wiele razy. Inna rzecz, że okazało się bardzo dobre.
            Ale oczywiście poza tym Andrzej, ma się rozumieć. Za czasów „X Files” byłam wielką fanką agenta Kryceka. Jeszcze paru by się znalazło, ale za wczesna godzina, żebym była zdolna sobie przypomnieć😉

  2. Niestety nie znam sztuki ani aktora, o którym piszesz, więc trudno mi skomentować ten post. Rozumiem, że to raczej dla fanów znających temat.
    PS Z ciekawości – dlaczego masz angielskie tytuły notek na polskim blogu?

    • Wystarczy poklikać linki i się go pozna🙂
      Tytuły moich notek są na ogół tytułami piosenek. Albo cytatami – w tym przypadku z odbytych w rzeczywistości rozmów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s