Go!

Pierwsze nadgodziny w nowej fabryce już za mną. Musiałam czekać na akcję mojego kolegi z biura w Wielkiej Brytfannie, z którym wspólnie robię ten projekt, a który sobie troszkę o mnie zapomniał w piątek i dopiero, gdy go dyskretnie zaczepiłam z grzecznym pytaniem, czy może miał szansę spojrzeć na moją wiadomość, oddzwonił:
– Przepraszam bardzo, przecież ty już pewnie wychodzisz…
(Od godziny, tak).
– Ależ nie nie, nic się nie stało, wszystko w porządku – odpowiadam. Bo jak inaczej odpowiedzieć, rozmawiając z Anglozą? Prawdę mówiąc, lubię ten ich osobliwy kod, tę niemiłosierną dyplomację, przepraszanie i dziękowanie za wszystko. Rozmówca może w skrytości ducha marzyć o odrzynaniu wam palców tępym narzędziem, ale i tak będzie do rany przyłóż. Czasami ten obyczaj niemówienia niczego wprost – oraz mówienia rzeczy, które niekoniecznie ma się na myśli, bo tak wypada – może pewną konfuzję powodować, ale można się nauczyć. W sumie myślę, że to zdrowe. Zwłaszcza w porównaniu z tym, że u nas w narodzie słabo z grzecznością, choć przyznaję, poprawia się. Wczoraj na przykład miły pan, który robił zakupy przede mną, tak sobie po prostu pomógł mi pakować moje sprawunki. Mała rzecz, a cieszy.

Przeżyłam moją pierwszą imprezę firmową pod nowymi skrzydłami. Tańczyłam nawet. Z moim szefem nawet (bardzo go bawiło, że nieustannie próbowałam przejąć prowadzenie – niestety, tańcząc z kimś w parze zawsze próbuję to robić, choć zdarzyło się parę wyjątków, na przykład mój ojciec, ale on przetańczył kawałek życia w zespole ludowym za młodu i takie wichrzycielki jak ja potrafi okiełznać). Wszyscy wiemy, jak wyglądają imprezy firmowe, na których procenty są za darmo, więc nie będę opisywać ze szczegółami. Tak czy inaczej, w pewnym momencie usiadłam sobie na sofce, by odpocząć po tańcach, dosiadła się do mnie koleżanka, pogawędziłyśmy miło i wtem panna mówi:
– Mogę ci coś powiedzieć?
Tusz mi się rozmazał czy coś?
– Ty jesteś strasznie urocza.
Siewie.
Gwoli ścisłości, koleżanka nie była aż tak wstawiona.
Niezależnie od tego komplementu muszę powiedzieć, że bardzo się cieszę ze zmiany żywiciela. Bałam się jak cholera i boję się nadal. Nadal nie czuję się pewnie. Muszę tyle się nauczyć. Ale czasem naprawdę warto opuścić swoje bezpieczne schronienie i wyruszyć po przygodę.

Dzięki temu, że wydarzyła się ta impreza i wskutek tejże byłam wczoraj nieco delikatna (dużo herbaty, duuuużo herbaty i opuszczone żaluzje, if you know what I mean), przegapiłam pewne ważkie wydarzenia.
Zawsze mnie uczono, że bardzo niskie jest sięganie po argumenty ad personam i źle to świadczy o osobie takowych używającej. Tak jest napisane w „Erystyce” Schopenhauera. Musiałam ją przeczytać do egzaminu na studiach i śmiem twierdzić, że każdy powinien.
Pochodzę z rodziny dość mocno wymieszanej, z którą historia śmiało sobie poczynała. Jeden z moich dziadków został siłą wcielony do armii, drugi trafił do obozu pracy i nie doczekał odszkodowania. Jego żona, po której noszę imię, działała w partyzantce i założyła amatorski teatr w szkole, w której uczyła po wojnie (nie zdążyłam jej poznać, ale mój tata, a jej syn twierdzi, że jestem jej wcieleniem; nie wiem, skąd wniosek…). Mogłabym nie – byłam przecież o włos od emigracji, miałam już ofertę pracy po drugiej stronie – ale zostałam, pracuję, odprowadzam uczciwie podatki, w sumie nawet lubię to miejsce i nawet odczuwam pewną dumę z urodzenia się między Odrą a Bugiem, choć w sumie żadna w tym moja zasługa. Istotnie, najgorszy sort. Mnie trudno urazić, ale… Tak czy inaczej, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem osobliwej umiejętności tego zgorzkniałego i pełnego nienawiści człowieka do błyskawicznego jednoczenia ludzi. Przeciwko sobie.

Z drugiej strony, wiecie, zawsze chciałam być czarnym charakterem i w końcu wychodzi na to, że jestem. Kto by pomyślał?

Dobrze, zapomnijmy o tym, szkoda marnować klawiaturę.
Posłuchajmy sobie świetnej muzyki, bo cóż nam zostało. Public Service Broadcasting to taki niezbyt u nas popularny zespół, fenomenalną muzykę z wykorzystaniem prawdziwych nagrań radiowych. Macie zatem coś do pokiwania nóżką, a przy okazji lekcję historii. W tym kawałku słychać Buzza Aldrina i Armstronga w ich Apollo 11, tym maluchnym piździku, który poleciał na Księżyc i wrócił. Teraz moglibyśmy ich tam wysłać smartfonem, zdajecie sobie z tego sprawę?… Ma większą moc obliczeniową od tych kolosalnych komputerów NASA w latach 60. (inna rzecz, że pewnie częściej się zawiesza).
Świetną książkę przy okazji czytam. Miło spędzić wieczór z kimś tak błyskotliwym. Już po wielokroć pisałam, że ogromnie lubię odkrywać, jak za znaną buzią kryje się człowiek mądry, wrażliwy i elokwentny. Mnie to uwodzi dużo skuteczniej niż efektowne kości policzkowe. Niestety nie jest to rzecz częsta. Czasami czar gwałtownie pryska, gdy celebryta postanawia się wypowiedzieć w takiej czy innej sprawie, i okazuje się, że mamy pewien problem z budowaniem poprawnych zdań… Chciałoby się takiemu powiedzieć, żeby już lepiej nic nie mówił, żeby zajął się tylko wyglądaniem ładnie. Ale to poniżej to inna sprawa. To rzecz zabawna, ale smutno zabawna i momentami bardzo szczera. Nic w stylu „wszystko mi się zawsze udawało i nigdy w życiu nie powinęła mi się noga przez własną głupotę”. I czytając, prędzej czy później dotrzecie do momentu, gdy zapragniecie uścisnąć autora.

2015-12-14-19.06.50.jpg.jpeg

5 thoughts on “Go!

  1. mnie ostatnio przepuściła pani w kolejce w sklepiku osiedlowym. i to niepytana:) miała dużo zakupów, a ja odliczone drobne na bilet, zauważyła to i zaproponowała, żebym podeszła przed nią.
    też się ostatnio wytańczyłam, co prawda nie firmowo, ale zawsze. rzadkość.

    • Ja pląsałam tak ochoczo, że w sobotę rano… wróć, w sobotę😉 obudziłam się z zakwasami. Ostatni raz tak tańczyłam ładnych parę lat temu, jak się jeszcze do Singera chodziło i tańcowało w tym nieprawdopodobnym tłumie, przecież gdyby straż pożarna wiedziała, ile osób tam jakimś cudem wchodziło…
      Fajnie było.

      • też miałam zakwasy…które poprawiłam w sobotę. nie dane mi było się wyspać, bo tuż przed południem odjeżdżał pociąg do Łodzi, a tam koncert Florence and the Machine. ogień. szaleństwo. dziś się nie mogę ruszać.
        a w Singerze tańczyłam latem, w tym dzikim tłumie…

        • Ja raz stamtąd wyszłam, pamiętam jak dziś, tuż przed ósmą rano🙂 bo to, że wychodziło się o świcie i niekoniecznie w towarzystwie ludzi, z którymi się przyszło, było normalne.
          Koncertu zazdraszczam, bardzo lubię Florence!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s