A was?…

Widzieliście zachód słońca dziś?..
wp-1451237358290.jpeg

Powiem wam w sekrecie, że czasami ubolewam, iż nie weszłam dotychczas w posiadanie jednego z tych legendarnych renesansowych trujących pierścieni, które niekiedy były wyposażone w maleńki szpikulec pozwalający niepostrzeżenie wkłuć truciznę w ciało irytującego delikwenta. Sądzę, że przedświąteczna gorączka z każdego potrafi uczynić socjopatę.
To wszystko, całe to moje wątpliwe zadowolenie z przebywania wśród ludzi w tym czasie (acz to samo dotyczy często lotnisk i innych okoliczności przyrody, w których jest nas dużo), bierze się stąd, że nader rzadko zważamy, że nie jesteśmy w jakimś miejscu sami. Pewnie też mam swoje na sumieniu, nie wykluczam, ale niekiedy niezmiernie wkurza mnie to, że niektórzy jakby nie są w stanie rozważyć, czy przypadkiem może komuś nie byłoby warto zrobić trochę miejsca, a nie zajmować całą przestrzeń dla siebie, albo zastanowić się, czy może ktoś się nie śpieszy i ucieszyłby się ogromnie, gdyby mu się zeszło z drogi po czwartym „przepraszam”. Wszyscy jedziemy w końcu na tym samym wózku, więc czemu by czasem nie obejrzeć się na siebie nawzajem? Nie okazać sobie nawzajem drobniuchnego aktu życzliwości, zamiast uparcie udawać, że ten świat, sklep, przedział kolejowy, kolejka do toalety są naszym osobistym, niepodzielnym królestwem?
Piszę o tym, bo moja podróż w rodzinne strony nosiła wszelkie znamiona koszmaru osoby tyleż nieśmiałej, co przekonanej, że dobrze jest być miłym. Najpierw musiałam spytać paniusię, której torebka ze sztucznej skóry – nie wyglądała na taką, której należy się osobny fotel – czy to miejsce jest wolne. Paniusia zabiła mnie wzrokiem. Może jestem starej daty, ale to chyba trochę niegrzeczne, gdy ktoś widzi, że pasażerów przybywa, ale nie zdejmuje swoich klamotów z sąsiednich miejsc, by komuś ustąpić, tylko z uporem maniaka wpatruje się w smartfon albo zapamiętale wertuje prasę, mając nadzieję, że kandydat do miejsca zostawi go w spokoju i pójdzie dalej. No dobrze. Usiadłam. Paniusia wysiadła po drodze i wtedy dosiadł się do mnie osobnik, który od razu sięgnął po jedzenie (do przejechania była raptem godzina, ale to mogę wybaczyć, bo może głodny), ale potem zaczął, wiecie, tak nieznośnie cmokać (tego nie mogę wybaczyć), włożył sobie w uszy słuchawki i puścił na full muzykę taką, że playlista RMF to przy tym repertuar Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, a wreszcie rozwalił się w fotelu, rozkładając szeroko nogi. Nie cierpię, gdy faceci siadają w ten sposób naprzeciwko lub obok mnie. Oczywiście przy pewnym poziomie zażyłości wszystko jest dozwolone, ale umówmy się. Są na tym świecie mężczyźni, z którymi chętnie zetknę się udami. Są i tacy, których genitalia będę z ochotą podziwiać, niemniej nie jest ich aż tak znów wielu i nie należą do nich kompletni nieznajomi w autobusie, na Zeusa.
I to był właśnie ten moment, gdy jęłam rozmyślać o mitycznych borgiowskich pierścieniach.
Brrr.
Na szczęście wysiadłam, na szczęście czekał na mnie padre*, spojrzał na moje liczne toboły, westchnął „dziecko, ciebie chyba Bóg opuścił” i zabrał mnie na święta.

Świętowało się całkiem przyjemnie. Były psy, były pewne wypadki kuchenne, wino, książki, oglądanie filmów do późna w noc – i ta nasza nieliczność, której tak się obawiałam, nie była wcale smutna czy straszna. Przeciwnie. Zrobiliśmy sobie święta bezpretensjonalne i po naszemu, bez składania sobie życzeń, za to z długim zbiorowym uściskiem.
Książki. Właśnie.
Wyjeżdżając z Krakatau, niestety zahaczyłam o księgarnię. Miałam jeszcze chwilę do odjazdu, to pomyślałam, że sobie wdepnę.
Ani razu w życiu nie udało mi się wyjść z księgarni z tylko jedną książką. Dla takich jak ja powinni w tego typu przybytkach trzymać w odwodzie wózki widłowe (a gdy kiedyś zamówię wszystko to, co mam w koszykach na Amazonie, to będą musieli wysłać cargo Antonowem).
– Trzysta dwadzieścia złotych. Zapakować?
– Eee… Słucham?
– Trzysta dwadzieścia złotych. Zapakować?
Przyznam wszak, że na razie ani złotówki nie żałuję. Jedną z książek kupiłam nieco wbrew sobie – bo ja przecież pochodzę z bezbożnej rodziny i sama też jestem na bakier – a mimo to pochłonęłam z uwagą w jeden dzień. Nie we wszystkim zgadzam się się z jej bohaterem, ba, czasami bardzo się nie zgadzam,  niemniej mam wrażenie, że gdybym się z nim spotkała, pogadalibyśmy sobie na różniące nas tematy, może nieco zapalczywie, ale się nie pokłócili. Być może trochę za dużo jego ulubionej rioji poszłoby przy okazji. To ksiądz dużo mniej świątobliwy (czy, jakby to moja – nawiasem mówiąc, bardzo wierząca – przyszywana babcia powiedziała, świętojebliwy) niż wielu znanych mi biegających co niedziela do kościółka, za to ogromnie uważny i życzliwy, i otwarty, i zdający sobie sprawę z tego, że na tym kawałku skały pędzącym z zawrotną prędkością przez kosmos mieszkają różni ludzie.
Drugą książką, którą mam na warsztacie, jest autobiografia profesora Sacksa, ledwo liźnięta dopiero, ale bardzo obiecująca i kipiąca wiedzą i dowcipem – a trzecią wywiad-rzeka z Piotrem Fronczewskim.
Jeśli jesteście z mojego pokolenia, to zapewne wychowaliście się na Panu Kleksie. Piosenki znacie na pamięć. Do tej pory włos wam się jeży, gdy oglądacie marsz wilków, bo choć to już nie wygląda tak strasznie, pamiętacie, gdy jako pięciolatki umieraliście ze strachu na sam dźwięk tego wycia.
Ale też zapewne macie na sumieniu noce przetańczone przy zblazowanej melorecytacji Franka.
Być może oglądaliście pana Piotrusia.
Że nie wspomnę o studencie Awasie. Nawiasem mówiąc, oglądałam oryginalną wersję – rosyjską – i uważam, że jest znacznie mniej zabawna; nasi dwaj panowie są jak urodzeni dla siebie.
I Halo Szpicbródka. I Lata dwudzieste – takie kiedyś filmy u nas robili, tak!
Abstrahując już od tego, że głos tego faceta wychował całe pokolenia – jego opowieści o ojcu, więźniu obozowym, którego paskudnie życie doświadczyło, o dzieciństwie w odbudowywanej Warszawie, o pierwszych teatralnych doświadczeniach („teatr to nie jest pensja dla dobrych panien”), o nocnym życiu bohemy, Holoubku, Axerze i Hanuszkiewiczu, o tym, jak nosił halabardę i wreszcie dostał czołowe role – to wszystko opowiadane z cudowną erudycją i wielką skromnością, to jest naprawdę piękna, wzruszająca historia. I to, jak z jak uderzającą miłością on mówi o teatrze, o tym, że jako dzieciak chodził pod wyjście dla aktorów, zobaczyć ich jeszcze raz, jak znikają na ulicy niezauważeni…
W zestawieniu z powszechną celebrytozą i ocenianiem kunsztu aktorów przez pryzmat ich popularności, a nie zawodowych wyborów, w dobie memów, pudelków i skoków do wody to się czyta jak opowieść z innego świata. Chyba z odchodzącego świata.

I jeszcze to trafiło do koszyka, będzie wszak musiało parę dni poczekać na swoją kolej.

*Padre twierdził, że nie ma nic dla mnie na Gwiazdkę. Oczywiście kłamał.
Lubię nosić bransoletki, a mój ulubiony kolor to niebieski. Mężczyźni są spostrzegawczy… Dzięki, padre.
2015-12-27-19.55.00.jpg.jpeg

5 thoughts on “A was?…

  1. Mamy w domu Pana Kleksa, ha ha, ponieważ mój mąż, dorosły chłop z tytułem doktora w bardzo trudniej (jak dla mnie) dziedzinie, jest fanem, ha ha😃

    Jezu, jak ja nie cierpię, kiedy ktoś ciamka, cmoka, grzebie w zębach. Nie znoszę też, kiedy ktoś staje blisko za mną, tak że oddech czuję. Brrr+fuj.

    My mieliśmy bardzo wyluzowane Święta (no, poza paroma godzinami, kiedy mąż piekł kaczkę i był bardzo zestresowany).

    Bransoletka zacna☺

  2. jutro przeczytam całość, dziś tylko ad. tego zachodu słońca. leciałam z Warszawy. wprost na zachód nad Tatrami. prawie oszalałam ze szczęścia. najpiękniejszy lot w życiu. chyba nie mogę tu dodać zdjęcia, ale OMG. a potem robiłam z dachu mojego bloku zdjęcia tego zachodu. ze sto zrobiłam…

  3. To ładnie zapytałaś, ja zawsze pytam czy torba też siedzi😉

    Do głupich zachowań w tłumie jeszcze bym dodała wrastanie w ruchome schody i chodniki, zwłaszcza w lewą stronę. Nie rozumiem tego idzie człowiek normalnie, dochodzi do ruchomej alejki i jakby mu się podeszły nagle przykleiły i rozum odebrało. Przecież to ma przyśpieszyć nasze poruszanie.

    • Sądzę, że to w dużej mierze wynika z tego, że to u nas nie jest popularne rozwiązanie – nie mamy lotnisk, po których trzeba jeździć, ani metra za bardzo też nie, poza jednym miastem🙂 Niemniej fakt, ostatnio śpieszyłam się na pociąg, który odjeżdżał za dosłownie minutę i chciałam wyminąć pana na ruchomych schodach na dworcu, i dostałam w odpowiedzi jedynie opryskliwy komentarz, że gdzie mi się tak śpieszy. A nigdzie, bieganie po schodach mnie ekscytuje…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s