How do you solve a problem like Ola?

Ostrzegam, panie i panowie. Poniżej rozciąga się wpis obszerny niczym opis przyrody u Orzeszkowej. U znawców blogosfery, którzy onegdaj wyrażali dezaprobatę dla moich długich wpisów, poniższym rozwlekłym wywodem o długości nieomal Starego Testamentu już zupełnie skażę się na potępienie i czarną listę, ale nieważne.

Jednym słowem: podsumowanie roku.
Uwielbiam je pisać i na ogół tuzin razy poprawiam, bo zawsze mi się przypomina coś arcyważnego, co mi umknęło.

To był dziwny rok. Gdybym miała go najkrócej streścić: rok, w którym wydarzyło się bardzo wiele w bardzo niewielu sferach. Rok, w którym przekonałam się, że czasami naprawdę warto opuścić ten swój bezpieczny barłóg i pójść dalej, choć dotychczas mnie to przerażało. Rok, w którym parę razy zasypiałam z myślą: „no dobrze, coś takiego się wydarzyło, kto by przypuszczał… jutro o tym pomyślę, bo teraz nie wiem, co z tym zrobić”. Rok, w którym nauczyłam się dzielić i przekonałam się, że ludzka życzliwość potrafi być ogromna, a z podawania jej dalej można czerpać niebagatelną przyjemność. Ale to też rok, w którym dowiedziałam się, że smutek – czy melancholia raczej – w pewnym momencie życia zagnieżdża się w nas na dobre. Niemniej to nie jest złe uczucie, przeciwnie, bardzo człowiekowi potrzebne, żeby nie zmienił się w cyniczną zjawę.
No i rok, w którym nader często postępowałam zgodnie z zasadą „prędko, zanim do nas dotrze, że to, co robimy, jest bez sensu”.

Statystycznie: spłodziłam 153 wpisy. Pokonałam 24530,8 kilometrów drogą lotniczą (specjalnie policzyłam). Kupiłam tylko 3 nowe torebki. Pracę zmieniłam raz. Romansów miałam zero (acz pewien dziwny kandydat owszem, był, nie wspominajmy tego). Książek przybyło mi… próbowałam porachować, ale poległam. Jeśli chodzi o kilogramy, to nie jest istotne, umówmy się.
Dobrze, przeróbmy to może per miesiąc.

Styczeń. Autorka świętuje nadejście nowego roku w teatrze (i jedną z pierwszych osób składających jej życzenia jest Lidia Bogaczówna we własnej osobie). Dziesięć dni później wsiada do samolotu o morderczo wczesnej godzinie. Pędzi na pierwsze przedstawienie, wpada do hotelu, by porzucić toboły i oko podmalować, powtarza przed lustrem orędzie i wychodzi na przedstawienie drugie. Po spektaklu – ostatnim w tej obsadzie, to ważne (kto nie wie dlaczego, musi cofnąć się o rok…) – skręca za róg. Odczekuje, aż pstrykną wszystkie flesze, rozdadzą się wszystkie podpisy. Otwiera buzię, nabiera powietrza w płuca i wtem słyszy:
– Hello again!
– He… – autorka przerywa, zdawszy sobie sprawę z tego, co usłyszała i stwierdza błyskotliwie:
– You remember me.
– Of course I remember you!
Dzięki. Przez całe popołudnie obmyślałam, co chcę powiedzieć, nauczyłam się tego na pamięć i wszystko mi popsuł.

Luty. Autorka idzie któregoś poranka do pracy i spoglądając na swój biurowiec majaczący na horyzoncie, myśli: „chciałabym w przyszłym roku o tej porze być już gdzieś indziej”. Poza tym spędza walentynki z Jamesem McAvoyem (gwoli ścisłości, on o tym nie ma pojęcia, ale to nieważne) i po raz pierwszy w swoim życiu idzie na rozdanie nagród. Czerwony dywan, trzask migawek, koczujące pod wejściem nastolatki, potężny ochroniarz wyłapujący z tłumu ludzi z biletami i niemal wpychający ich do środka, te sprawy. Hiddleston w kolejce do baru i odbierający ku zaskoczeniu wszystkich nagrodę. I oczywiście, że autorka, jak rasowy Kopciuch, łamie na tym dywanie obcas. Jakby tego nie było dość, pierwszą osobą, na którą wpada po zakończeniu imprezy, jest wcielona uroczość, więc autorka staje jak wryta z zachwyconym uśmiechem, aż znajoma ciągnie ją za rękaw płaszcza, bo czas udać się na gin z tonikiem.
To było jedno z najbardziej surrealistycznych doświadczeń w moim życiu.

Marzec. Autorka znowu leci i w sumie to powtarza się ten sam scenariusz, więc tę część pominiemy (Oleńko, a czy ty kiedyś może słyszałaś o takim zjawisku jak stalking? Nie? To widać).

Kwiecień i maj to smutne miesiące. Już to prawie przerobiłam, ale im starsza jestem, tym mocniej czuję, że są rzeczy, które nie przestaną mnie boleć. Zawsze będą gdzieś tam uwierały. Nie potrafię pogodzić się z tym, że ludzie tak szybko potrafią zniknąć. Szybciej, niż zdąży im się powiedzieć, jak bardzo są ważni. I to ludzie z mojego pokolenia, a swoje pokolenie przecież każdy uważa za nieśmiertelne, nietykalne. My? My przecież jesteśmy wiecznie młodzi. Zdrowi. Nic nas się nie ima.
Ale jakby na dowód tego, że życie dąży do równowagi – również w maju, wskutek z głupia frant wypowiedzianego życzenia i dzięki działalności zorganizowanej międzynarodowej siatki wspólników, zostaję kolekcjonerem sztuki (jak się uważnie przyjrzycie temu zdjęciu, to zobaczycie artystę…). Parę tygodni później dowiem się, że byłam pierwszym nabywcą kiedykolwiek. Z Indii natomiast przylatują do mnie papierowe cudeńka, robione przez dziewczynę, która nigdy wcześniej niczego nie wysyłała za granicę i nawet nie miała tego w planach, ale pocztą pantoflową uwielbiająca niepospolitą biżuterię autorka dowiedziała się o jej kunszcie i jakoś się udało – z pomocą kolejnej siatki – to zdobyć. Cudeńka przychodzą wraz z odręcznie napisanym liścikiem zakończonym zdaniem: I wish you all the happiness in the world.

Czerwiec. Norwegia i najpiękniejsze światło, jakie w życiu widziałam. Uroki Nordmarka, dzikie lasy, w które da się dotrzeć metrem, rozpieszczone kucyki w schroniskach, przypiekanie grzesznego ciałka na bałtyckich wyspach, Munch i brunost. Zanim się zorientuję, jestem w tym kraju zakochana po uszy. Wybaczam mu nawet to, że nie mogę zasnąć, bo jasno, a gdy zasypiam, to zaraz świta.
Jakoś po drodze, zirytowana sytuacją w obecnej fabryce i poczuciem, że moja umiarkowana (czyt. znikoma) asertywność jest jakby nieco wykorzystywana, składam CV w dwa miejsca – jedno w kraju, drugie zagranico. Z obu miejsc oddzwaniają.

Lipiec. Życie zawodowe nagle odpala silnik odrzutowy i sprawy dzieją się niebywale szybko. Sama sobie się dziwiąc, autorka składa wypowiedzenie i tego samego dnia wyjeżdża do Londynu, wypić drina z prawdziwym tamtejszym krytykiem teatralnym (nie pytajcie mnie, jakim cudem do tego doszło, bo do tej pory nie wiem) i zobaczyć Bachantki – oraz parę innych rzeczy, ale głównie Bachantki. Carvel swoją bezkompromisowością, sceniczną odwagą i charyzmą wywołuje u autorki taki opad szczęki, że autorka tą szczęką szoruje po chodniku przez całą drogę do hotelu. Chciała nawet pójść mu to powiedzieć, ale gdy już zebrała się na odwagę, było za późno.
Podczas tej samej wizyty płacze rzewnie na Człowieku-słoniu i idzie na cudowne balety, The Car Man. Planując wcześniej letni urlop, zastanawiała się, czy celować w ten weekend, czy w kolejny. Wybrała wcześniejszy. Tydzień później, w drodze na ostatni spektakl, zginie odtwórca głównej roli.

Sierpień. Jakoś tak przemknął przez palce. Było nieco spontanicznych figli i siedzenia na Bardzo Ważnych Spotkaniach z myślą „ciekawe, czy widzą, że spałam 4 godziny i mam na sobie tę samą sukienkę, co wczoraj”. Czasami trzeba odrobiny rokendrola w życiu. Poza tym nic ważniejszego się nie wydarzyło. Spokój. Cisza przed burzą właściwie.

Wrzesień. Było się w arcypięknych Tatrach Zachodnich i zjeżdżało się na pace. Tyłek trochę obtrzaskany, bo kierowca nieco się rozpędził, ale przygoda bez wątpienia. Zawsze o tym marzyłam i, jak to zwykle się dzieje, spełniło się zupełnym przypadkiem.
Po raz pierwszy w życiu słyszałam wtedy jelenie na rykowisku. Wierzcie mi, gdy ten dźwięk – tyleż piękny, co przerażający – rozlega się blisko was, nagle odkrywacie, że wypisane na drogowskazach czasy przejścia szlaków są grubo na wyrost, bo przebieracie nogami ile wlezie, modląc się, by wam taki agresywny byk nie zaszedł drogi. Niestety im szybciej schodzicie, tym dłuższy szlak się wydaje, a jelenie ryczą raz po lewej, raz po prawej…

Październik. Znowu Londyn. Muzea, wiewióry i słoneczne łąki w Alexandra Palace, ubranie pochlapane sztuczną krwią, Nicole Kidman, przypadkowe, ale niezbyt zaskakujące i niesłychanie przyjemne spotkanie z wcieloną uroczością (odnoszę dziwne wrażenie, że gdyby za moim rozmówcą bomba atomowa wybuchła, to bym nie zauważyła) i przysypianie na osławionym Hamlecie. Nadal nie odważyłam się pójść na retransmisję, ale znajomi postanowili uszczęśliwić mnie biletem do kina i sztywnieję na myśl o tych trzech godzinach…

Listopad. Z żołądkiem w gardle i sercem na ramieniu, albo odwrotnie, trudno powiedzieć, autorka wędruje w objęcia nowego żywiciela. Boi się strasznie i parę nocy przed godziną zero przepłakuje, tak na wszelki wypadek – w końcu opuszcza bezpieczne terytorium. Gdy czeka cała w nerwach w hallu, schodzi po nią uroczy dżentelmen, jak się wkrótce okaże, jej pierwszy nauczyciel w nowym nieznanym świecie. W przerwie między terminowaniem i nieśmiałymi próbami zrobienia czegoś samodzielnie autorka wyrywa się do Londynu, ma się rozumieć, w smutny poranek paryskiego zamachu. Przygnębiająca to wycieczka – deszcz, wzmożone kontrole, miejskie atrakcje podświetlone na trójkolorowo. Pierwsze przedstawienie bardziej autorkę wzrusza niż rozbawia, po drugim na miękkich kolanach podąża pod stage door i, zwalczywszy napad paniki, odkrywa, że Bertie Carvel to przefajny koleś jest. Z uśmiechem dookoła głowy. Nawet autorkę po ramieniu poklepie. Nawet ją nazwie słodką. Och.
Autorka w typowy dla siebie sposób będzie popiskiwała w środku przez tydzień. I nadal, gdy sobie przypomina, to tak troszkę popiskuje, w związku z czym obawia się, że jeszcze się spotkają.

Grudzień. Kolejna króciutka wycieczka, okupiona fontanną łez, które mi otarł (ubolewam, ale nie dosłownie) Bateman. Czyli zaczęłam z nim rok i skończyłam, na to wychodzi. Pierwsze prawdziwe zadania w nowej pracy, stresu po zęby – bo co, jeśli mnie uznają za jakiegoś tłumoka? – i niesamowite wsparcie. Święta bardzo skromne, ale sympatyczne i słodkie, z psami, książkami i ludźmi, którym oddałabym ostatnią koszulę. Może nie jest to Gwiazdka jak z filmów, ale pozwala odpocząć. A tego bardzo było mi trzeba.

Ten rok ma jeszcze kilkadziesiąt godzin i wiele może się wydarzyć, ale nieostrożnie ośmielę się powiedzieć, że to była niesamowita przygoda i jazda bez trzymanki. Jednak warto robić rzeczy, których człowiek się obawia (ale naprawdę musisz jechać Coelho, stara?).
Jakoś tak samo wyszło. I gdy czytam to wszystko powyżej, to kurza twarz, strach się bać, co będzie dalej…

Szczęśliwego Nowego, moi drodzy.

27 thoughts on “How do you solve a problem like Ola?

  1. „Tydzień później, w drodze na ostatni spektakl, zginie odtwórca głównej roli.” nie wiem, co powiedzieć.
    oraz – i z podsumowania, i z tegorocznych notek widać, że to był dla Ciebie dobry rok. ale nie najlepszy. najlepsze ciągle przed Tobą. tego Ci bardzo mocno życzę.

  2. Kurcze, przeczytam całość jak dziecię do żłobka pójdzie😉

    Życzę Ci, żebyś w Nowym Roku była (po prostu) SZCZĘŚLIWA😚

  3. Dołączam się do życzeń dobrego roku.
    Bardzo lubię czytać Twojego bloga.
    Mogą być nawet tak długie wpisy, podołam!
    P.S. Apropos Świąt spędzonych z rodzicami, bo mi się skojarzyło – także przygarnęliśmy kilka tygodni temu jamnikowatą starą suczkę z interwencji TOZu – niby „na zimę, a potem ktoś się może znajdzie”, ale minęło tę parę tygodni i wiadomo, że już z nami zostanie…. tym samym stary rok skończyliśmy i nowy zaczęliśmy z dwoma psami na stanie, standardowym dużym będącym u nas od szczenięcia i dodatkową małą staruszką🙂

      • Nasza jest nienażarta – no i nie do końca przewidywalna, jak to pies „z interwencji” (pogryzła mnie, gdy siedziałam przy niej przy kroplówce).
        Ale i mądra, bestia.
        Zwłaszcza w kontraście z naszym malamutem, który jest bardzo kochany i poczciwy, ale jakby nieszczególnie mądry🙂

        • Ta nasza też na początku gryzła (no bo została sama w obcym świecie, z obcymi ludźmi), potem złagodniała, a teraz do rany przyłóż. Niemniej nadal kradnie jedzenie.
          Masz malamuta? Och!

          • Tak, sześcioletni malamut🙂 Niedawno behawiorysta zwierzęcy określił go krótko „fajnym hipisem” (i bardzo dobrze oddaje to jego naturę!).

  4. Czy ja już pisałam, ze uwielbiam Twoje wpisy? Tak? To powtórzę: uwielbiam Twoje wpisy. Życzę Tobie (i tym bardziej sobie) ich więcej w nadchodzącym roku i duuużo dobra w Twoim
    życiu! Pozdrowionka!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s