It’s not the fall that kills you – it’s the landing

Jak wasz Nowy Rok? Bo ja to w sumie od początku płaczę.
W piątek, gdy skonany naród odsypiał trudy świętowania, już o siódmej rano byłam w blokach startowych. Zaparzyłam sobie przywiezionej z Londinium herbatki, zjadłam na obiad sorbet malinowy, ponieważ kto mi zabroni, i wykończyłam Fronczewskiego. Czy już mówiłam, że to trzeba przeczytać? Otóż trzeba; takich już nie robią. W świecie błyszczących celebrytów skaczących na lodzie czy jakoś tak, odzywa się niebywale skromny i błyskotliwy człowiek, mówiący o aktorstwie jak o ciężkiej fizycznej pracy i służbie widzowi, a nie o brylowaniu na dywanach. Cytaty zapełniłyby ten blogasek na najbliższy rok, ale jeden – przy noworocznej okazji – zwrócił moją uwagę. Otóż wywiadowany zastanawia się, dlaczego i po co spotkał Gustawa Holoubka, bardzo ważną w jego życiu osobę (Holoubek zatrudnił go w teatrze, tym samym uruchamiając jego karierę; spotkali się przypadkiem, w pociągu). I odpowiada sam sobie: „bo miałem go spotkać”.
Trudno zaprzeczyć, że to niekiedy jedynie słuszne wytłumaczenie. Ja, osoba małej wiary, też jestem głęboko przekonana, że odkryłam pewne miejsca, bo miałam się w nich zjawić i poznałam tych i owych, bo miałam ich poznać.
Bo tak na zdrowy rozum nie umiem wytłumaczyć.
Dodam tylko, że on tak pięknie mówi o swojej mamie (która ma 103 lata! zdrowia dla mamy!), że aż naszej bohaterce parę łez skapnęło do kubka z herbatą.
Jakby tych śloz było mało, w ostatnich godzinach minionego roku wydarzyło się coś jeszcze.
Pamiętacie, jak pisałam o Mr Foote’s Other Leg? Skomentowałam zatem w piątek wpis autora tej sztuki (i książki, na motywach której została osnuta), i zarazem aktora w jednej z głównych ról, pisząc, że to było jedno z najbardziej poruszających teatralnych wydarzeń w moim życiu – no, bo było. I otóż on mi odpisał, że dziękuje i że to mu zrobiło sylwestra. Oczywiście, że wielce egzaltowana autorka popłakała się w odpowiedzi.

Wczoraj natomiast wyszłam na chwilkę na zewnątrz – tylko by uzupełnić lodówkę – zasmuciłam się bardzo, paluszki mi prawie odpadli i w ramach protestu nie zamierzam wychodzić ponownie, nim temperatura nie wzrośnie powyżej zera (ciekawe, co twoja firma na to…). Grzejąc się pod kordłami, obejrzałam specjalny odcinek Sherlocka – który jest czystym, dziewięćdziesięciominutowym żartem i puszczeniem oka do publiczności, i pojawia się w nim… mniejsza, co się pojawia. Jest to w każdym razie coś, co darzę ogromnym uwielbieniem. I coś, co zobaczę za kilka tygodni! Może nawet pójdę się przywitać (zły pomysł, Oleńko, nie rób tego kolejnemu człowiekowi). Aż kwiknęłam, gdy usłyszałam ten wielce charakterystyczny głos. Za dużo napisałam, prawda?

Skoro tak w tym domu siedzę, to czytam dużo i jestem o włos od zaciągnięcia się na kurs.
Muszę chyba zarysować tło tego pomysłu. Otóż gdy byłam dzieckiem, po wielokroć czytałam tę książkę. To była jedna z ulubionych książek mojej mamy, gdy sama była mała. Bardzo ją lubię do dziś (książkę, mamę w sumie trochę też). I chyba tej właśnie lekturze zawdzięczam mój osobliwy fetysz. Otóż, jak starzy czytelnicy wiedzą, lubię latać. To widać, gdy wejdzie się do mojego mieszkania, bo obok gryzmołów różnych ludzi na ścianach wiszą fotografie z Wydmy Piłata. Spędziłam nawet jeden urlop, nocując w hangarze (gdybyście byli ciekawi, jak to jest, odpowiadam – wykurwiście zimno i śmierdzi paliwem). Niestety raz, we wrześniu 2009 roku, lecąc na paralotni, postanowiłam wylądować z wiatrem. Tego się nie robi. Zawsze, każdym statkiem powietrznym, startuje się i ląduje pod wiatr. Żelazna zasada. Inaczej możecie się bardzo dotkliwie przekonać, co na wasz temat sądzi powietrze, ten niewidoczny i pozornie niegroźny żywioł.
Tak mną p… cisnęło o glebę, że Bogu dziękować, iż tylko zerwałam mięsień.
Od tamtej pory jestem tylko pasażerem. Ale tęsknię. I to bardzo. Coraz bardziej.
Bo to uczucie, którego nie da się zapomnieć. Ani opisać. Biegniecie, biegniecie, ciągniecie tę szmatę za sobą i wtem dociera do was, że przebieracie nogami w powietrzu, unoszeni w górę przez coś, co waży 10 razy mniej niż wy. I ten moment zostaje z wami na całe życie. Kto to przeżył, ten wie, kto nie, nie będzie mu łatwo sobie wyobrazić.
Zawsze marzyłam, żeby się szybowcem przelecieć. Pamiętam, raz na Żarze (górze będącej mekką polskiego latactwa, a przy okazji miejscu, w którym występuje anomalia grawitacyjna, będąca w gruncie rzeczy złudzeniem optycznym – wygląda, że butelki toczą się pod górę…), świętując zakończenie sezonu, siedziałam na startowisku, sącząc piwo, a nad głową – dosłownie nad głową, parę metrów – przelatywały mi szybowce. One wydają absolutnie niesamowity dźwięk. Piękny. Trochę podobny do tego, który słyszycie, przykładając do ucha muszlę.  Tną powietrze z takim delikatnym świstem.
Tamten dzień pamiętam jeszcze z jednego powodu. Jeden z Żelaznych przepuścił mnie w kolejce do baru, mówiąc, że ma czas. Tydzień później chłopaki zderzyli się w powietrzu, a autorka nigdy więcej nie poszła na żadne pokazy lotnicze.
Ale, tknięta sentymentem, wykopała zdjęcia z tamtego dnia.

10 thoughts on “It’s not the fall that kills you – it’s the landing

  1. hahahaha:D ja wstępnie wysłałam zgłoszenie miesiąc temu, do Aeroklubu Krakowskiego, ale nie wiem, czy nie zmienię na NT albo na Podhalański w Łososinie. bo to jest plan na ten rok, szybowce🙂

  2. Wpadnij na Muchowiec, na lot zapoznawczy. Miałam już przygody z glajtami, spadochronami (w jakimś stopniu dzięki Twoim wpisom zresztą), czasem jestem przelatywana Cessną, ale szybowce są stanowczo najlepsze na świecie!

  3. Nie pisz glosno o tym kursie!… bo moj Mlody gotow pocwalowac na niego jesliby zapewniali tylko 2 czesc praktyczna… no i o ile posiadaliby kosz baloniarski dla 2metrowcow… i najmniejszym problemem byloby dla niego, ze Nowy Targ jest spory kawalek od nas… nawet gdyby mial tam isc na piechote😉

    • No właśnie w tym przypadku diabeł nie taki straszny, jak go malują – bo jeśli lecisz w tandemie, pilot właściwie odwala za Ciebie całą robotę typu start i lądowanie, a Ty tylko sobie siedzisz i podziwiasz widoczki. Prawie jak samolot, tylko z wiatrem wiejącym w twarz. Niemniej mój pierwszy w życiu lot na glajcie był rzeczywiście intensywny, bo chłopak (wyglądający zresztą jak klon Jeana Reno) nie dość, że dał mi pokierować tą szmatą przez chwilę, to jeszcze postanowił mi zafundować lot spiralny. To jest taka jakby karuzela, tylko szybko w dół😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s