Babylon back in business

W mojej nowej fabryce mam koleżankę – bardzo sympatyczną – która z żelazną konsekwencją nazywa mnie Kasią.
Hm.
Szkopuł cały w tym, że ja nie mam zbyt wiele wspólnego z Kasią jakąkolwiek. Od urodzenia mam inaczej na imię i na ogół (choć nie zawsze) wiem, jak. Ale też głupio mi wyprowadzić ją z błędu, więc ona do mnie mówi „cześć, Kasiu”, a ja w odpowiedzi produkuję uśmiech wyrażający chyba pewne zaambarasowanie.
Z drugiej strony może to taka taktyka. Po co zapamiętywać dziesiątki imion, skoro można wszystkich nazywać jednym. Proste i ile miejsca w pamięci zostaje.

Jak zapewne zauważyliście, jestem miłośniczką teorii, że życie dąży do równowagi. Gdy wydarza się coś złego, opatrzność, czy też kosmiczne struny, czy co to tam decyduje o naszych losach (bo w przypadki to ja już od dawna nie wierzę) stara się zachwiany porządek rzeczy wyprostować. Tak jest i w tym tygodniu, który wszyscy wiemy, jak się zaczął.
Usłyszałam dzisiaj, że mój nowy szacowny żywiciel zamierza przedłużyć moją umowę. Cieszę się niezmiernie, bo każdy wie, że zmiana pracy to stresująca przygoda, a zbliżanie się do końca okresu próbnego to już w ogóle masakra. Wcale nie byłam pewna, że oni się na to zdecydują, nie wspominając o tym, że zmiana branży na taką, o której jeszcze pół roku temu miałam bardzo mizerne pojęcie, była ryzykownym zagraniem. Nie do końca w moim stylu. No, ale się udało.
Co więcej, gdybyście słyszeli o kimś, kto ma trochę czasu i mógłby czasem wpaść podlać mi kwiatki, to dajcie cynk, bo wiele wskazuje na to, że znaczną część nadchodzącej wiosny spędzę w innej części naszego kontynentu (nie, nie tej, o której zapewne myślicie, ale wielce atrakcyjnej pod wieloma względami).
Otworzyłabym dziś szampana, gdyby nie to, że nie umiem i nie chciałabym wybić sobie szyby. Ani oka.
Przekazawszy mi tę radosną wieść, nadszyszkownik poprosił, żeby podzielić się z nim planami urlopowymi na najbliższy czas, co skwapliwie uczyniłam, informując przy okazji, że będę potrzebowała wakacji w pierwszy poniedziałek października (jak przez ostatnie dwie jesienie).
– Hoho, za dziesięć miesięcy! Z wyprzedzeniem planujesz…
– Widzisz, po prostu w niedzielę będę za granicą i potrzebowałabym tego poniedziałku na powrót.
– Coś ważnego tam się dzieje?
Nie nazwałabym tego w ten sposób…
Mój szef jest raczej uroczy i sprawia wrażenie człowieka gotowego przyjąć dużo do wiadomości ze spokojem, więc mu powiedziałam, o jakiego rodzaju wydarzenie chodzi. Pomilczał przez chwilę, ale nie dał po sobie poznać, że właśnie pojął, iż zatrudnił jakąś wariatkę.
W przyszły weekend też wylatam z ojczyzny, ale ten powód jest – powiedzmy – obiektywnie nieco bardziej zrozumiały.
Innymi słowy, u mnie wszystko w normie.

2 thoughts on “Babylon back in business

  1. Po pierwsze-super, super, gratuluję, Kasiu😃
    Po drugie-jak będę potrzebować wolnego od życia (co zbliża się wielkimi krokami, ponieważ domownicy mi coś ostatnio strajkują), to chętnie te Twoje kwiaty podleję😃

    • Po pierwsze – Kasia dziękuje, Ola tym bardziej😉
      Po drugie – mam nadzieję, że strajk nie da się aż tak we znaki, ale gdyby, to oferta pozostaje aktualna😛 W dodatku kwiatów niewiele, więc się człowiek nie narobi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s