Everything that is, is fine

Wczoraj wieczorem, gdy zanurzałam się w urywany sen, wiedząc, że muszę o trzeciej z minutami zwlec się z łóżka, żeby zdążyć na samolot – myślałam, że może jednak odpuszczę. Wyśpię się chociaż. Raz w tygodniu. Powstrzymała mnie myśl, że hotel pewnie już mi zablokował sumę za nocleg i ściągnie ją bezlitośnie, i że  jeśli teraz nie zobaczę tych przedstawień, to nie zobaczę ich już nigdy.
I oto w sobotnie popołudnie pojawiłam się na Charing Cross Road 111, w przeraźliwie zimnej i nieco zrujnowanej kamienicy, niegdyś zajmowanej przez słynną szkołę artystyczną St Martins (Alexander McQueen i tacy tam do niej  uczęszczali).

Widzicie, to jest dość niesamowite w tym  mieście – możecie spędzić parę godzin w zimnych, odrapanych murach, mając na wyciągnięcie ręki bardzo sławnych aktorów, którzy mogliby przechadzać się po czerwonych dywanach, ale z jakiejś przyczyny wolą marznąć razem z jakąś setką widzów w tym osobliwym miejscu.
Ja już kiedyś napisałam, że Andrew Scott to jest zwierzę sceniczne. Jego palącego wzroku się nie zapomina. Jest kompletnie nieprzewidywalny. I jeśli macie go w pamięci jako Moriarty’ego – słusznie skądinąd – albo jako cierpiącego ojca z Sea Wall , to w tym spektaklu zobaczycie go jako pianistę z wyraźnym spektrum autyzmu, jako kogoś tyle genialnego, co bezradnego życiowo, kim przez całe życie opiekuje się brat (wspaniały David Dawson). Brat, który zawsze chciał być sobą, ale siłą rzeczy pozostał tylko  opiekunem tej chimerycznej istoty, potrafiącej spędzić cały dzień, obserwując liść. Nim nigdy nikt się nie zaopiekował. I  to jego historia jest najbardziej wstrząsająca.
O ile Andrew po swojemu szarżuje, o tyle David gra bardzo wycofanie i delikatnie. Moim zdaniem chłopak idzie po wielką sławę. A jeśli nie po sławę, bo tę zyskują nie zawsze najlepsi, to przynajmniej po uznanie, bo bez wątpienia to jeden z najlepszych aktorów pokolenia w anglojęzycznym świecie.
Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło naprawdę. W 1947 roku w Nowym Jorku odnaleziono ciała dwóch zdziwaczałych braci Collyer, pośród ogromu rzeczy, które uzbierali.
Sztuka sama w sobie nie jest wybitna, ale jest wybitnie zagrana.
Ci dwaj naprawdę sprawiają wrażenie, jakby byli braćmi.
I to wszystko zdarza się w tej ciasnej, lodowatej przestrzeni, na którymś piętrze na Charing Cross Road. Za oknem czarne taksówki, autobusy, karetki i neony West Endu. A jakby tego nie było. Ten spektakl, zagrany na dużej scenie, straciłby na intensywności, a w tak kameralnym miejscu, z aktorami poruszającymi się centymetry od was, czując ich ruch, oddech i zapach, jesteście w środku tej tragicznej opowieści o miłości niespełnionej na każdym możliwym poziomie. Widzicie te ciemne, niemal czarne, prawie jak otchłań oczy Andrew i przejmująco smutne, spokojne spojrzenie Davida.
I gdy kłaniają się wam po wszystkim, a przypadkiem siedzicie w pierwszym rzędzie, możecie złapać ich uśmiech i spojrzenie mówiące: o rany, nie płacz, to tylko przedstawienie.

7 thoughts on “Everything that is, is fine

  1. Ta sztuka była wspaniała. Znaczy masz rację, zwłaszcza wykonanie.
    Moje serce skradł David Dawson, dziwiłam się niezmiernie, czemu stosunkowo niewiele osób chce jego autograf. To pierwsza sztuka, jaką widziałam w tym roku, dobrze wróży na dalszą jego część. I jedna z najlepiej zagranych sztuk, jakie w ogóle w Londynie widziałam.
    Chłopcy (panowie?) są przemili pod Stage Door. I niesamowicie szybko potrafią wyjść z nastroju sztuki – za tę umiejętność dystansowania się do gry też ich bardzo podziwiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s