Sleep no more!

Wróciłam.
Na chwilę właściwie, bo może nie wiecie, ale w przyszły piątek, 19:05, odlatuję w kierunku Albionu. Co więcej, przedłużyłam tę wizytę o poniedziałek, bo przeczytałam recenzję, która uświadomiła mi, że muszę coś jeszcze zobaczyć, mimo że nie planowałam i mimo że ta recenzja składała się raptem z trzech słów. Bóg mnie chyba opuścił, ale z drugiej strony nie wiem, kiedy nadarzy się kolejna okazja, więc trzeba korzystać, póki się da.

20160123_231805.jpg

Leciałam do domu, czytając z uwagą fenomenalny katalog wystawy o butach w Muzeum Wiktorii, Alberta i Ernesta, wróć, Wiktorii i Alberta (Ernest to brat księcia Alberta, umiarkowanie sympatyczny koleżka z chorobą weneryczną, i jakoś później w tym roku zrozumiecie, czemu mi to wpadło pod palce – kręcą akurat w Wielkiej Brytfannie serial o królowej Wiktorii, i połączenie tych dwóch faktów powinno dać wam do myślenia, ale na razie koniec dygresji). Wystawa mnie zachwyciła. Czego na niej nie ma. Futurystyczne obuwnicze projekty architektów, ottomańskie papućki, japońskie geta (mam takie), wytworne czółenka z dworu Króla Słońce, koszmarnie maleńkie chińskie buciki na skrępowane stopy, szpilki Marilyn, kinky boots, fetyszystyczne buty wykombinowane przez Davida Lyncha (tego samego), wyprofilowane w sposób zmuszający noszącą do poruszania się na czworakach i mające do tego przezroczystą podeszwę, i oczywiście Louboutiny. Katalog ma prawie dwieście stron i obok fotografii wszystkich tych nieprawdopodobnych pantofelków zawiera świetne eseje. Pasjonujące nawet, rzekłabym.
Inna sprawa, że po obejrzeniu eksponatów zapragnęłam mieć własne Manolo Blahniki. Tak, wiem, próżne. Są ważniejsze rzeczy w życiu niż gromadzenie dóbr, ale te jego buty to przecież właściwie dzieła sztuki, więc… Trzeba świnkę-skarbonkę odpalić i wrzucać za każde użyte przekleństwo.
Nawiasem mówiąc, Manolo zaprojektował onegdaj model butów o nazwie Suwałki i one na tej wystawie też są. Nieszczególnie w moim stylu, ale ja z Krakowa jestem…

Muzeum, jak na kulturalno osobę przystało, odhaczone, w związku z czym mogłam ze spokojem udać się na spektakl opisywany w poniższej notce (piękny wywiad z Dawsonem, swoją drogą – czy ja kiedyś wspominałam, że ogromnie lubię inteligentnych aktorów? I tak wdzięcznie opisuje całą intymność tego przedstawienia: We could sit on your knee if you so desired (…). It feels like quite a dangerous space when an actor is just a foot away from you) i wypłakać sobie oczy. Swoją drogą, uwaga, chwalę się bezwstydnie, znowu kopnął mnie zaszczyt na Twitterze, gdyż reżyser The Dazzle zobaczył moje wynurzenia i posłał je dalej w internet z takim oto komentarzem:
SE.

A napisałam tylko, że o to właśnie chodzi w prawdziwym teatrze – o dobrych aktorów opowiadających dobre historie, bez zbędnych fajerwerków.

Wypłakawszy sobie oczy, zameldowałam się w hotelu, wzięłam prysznic i pomaszerowałam na drugi brzeg rzeki, zobaczyć drugie przedstawienie.
Chciałam na to pójść, bo zrobiła to Carrie Cracknell, osoba odpowiedzialna za niezapomnianą Medeę, emitowaną też u nas w kinach, niestety tylko raz, a szkoda. I chciałam na to pójść, bo pojawia się w tym Benio. Mam drobną słabość do tego dżentelmena, bo wygląda, jak wygląda (inna sprawa, że on się nazywa Lamb – „jagnię” – co jest nieco zabawne, biorąc pod uwagę, że to jest potężne bydlę), a poza tym swego czasu wystąpił w czytaniu bez dwóch zdań najgorszej sztuki w historii i nawet przez kilka minut kulił się pod sceną u moich stóp – jakoś w przypływie animuszu kupiłam sobie bilet w pierwszym rzędzie, rządku raczej, bo tam się mieści tylko sześć osób, sześć szczupłych osób. Ech, wspomnień czar. Ale, ale. Wróćmy do Makbeta.
Bardzo mieszane recenzje ten spektakl zebrał – gdzieś jedną gwiazdkę, gdzieś pięć. Wybitny to on nie był, ale mnie się spodobał; zapewne dlatego, że szłam na niego bez wielkich oczekiwań, z myślą, że idę na wariację na temat Szekspira i wiedząc, że to w dużej mierze teatr ruchu. Nie oczekiwałam podążania za jedynie słuszną tradycją, unowocześnień się nie boję i nie uważam, że klasykę trzeba wystawiać klasycznie, bo ileż można facetów w rajstopach oglądać.
Trzeba powiedzieć, jest to bardzo wysmakowane wizualnie. Światło fenomenalne. Cała scenografia to właściwie ten tylko korytarz, ale każdy jego element jest ruchomy… Pod względem estetycznym – mistrzostwo. Ponadto muzyka, lodowate, dudniące elektro, bardzo na tak. Właściwie to jest chyba jednocześnie największy problem i największa zaleta tego przedstawienia – ono jest klinicznie zimne.
Ale są w nim dobre role. Taki na przykład Heffernan. Jeśli mieliście do czynienia z ostatnim sezonem Luthera, to tam jest taki obrzydliwy ryżawy psychopata… i on tu właśnie gra Makbeta, serwując słynne kwestie niebywale czystym, pięknym głosem, wyraźnie ciesząc się brzmieniem tego metrum.
Większość – licznych, jak wiemy – śmierci dokonywała się przez założenie ofiarze foliowego worka na głowę, co wyglądało troszkę niebezpiecznie, ale bez obaw, na sali był lekarz. Uściślając, na scenie był lekarz, mianowicie Prasanna, facet, który skończył medycynę na Oxfordzie i mało brakowało, a zostałby chirurgiem (niesamowita, dość inspirująca historia – zanim obrał kurs na teatr, przepracował parę lat w szpitalu. Kiedy go spytano w wywiadzie, co by zrobił, gdyby ktoś wśród widzów źle się poczuł, odparł, że zeskoczyłby ze sceny ratować, bo przedstawienie jest mniej ważne; zresztą raz cucił widzkę – fala miłości autorki za 3…2…1…) w roli Banqua, który po rozstaniu się z życiem staje się kimś w rodzaju MC, leżąc z boku sceny i komentując wydarzenia szatańskim śmiechem.
W skrócie – jak na nie do końca udany spektakl, była to rzecz całkiem dobra.
A z pewnością ciekawa.
No i Benio jako Malcolm.

W kapiącym niemrawo deszczu wróciłam przez Waterloo Bridge do ciepłego hotelowego pokoju, zasnęłam, obudziłam się zbyt wcześnie, wsiadłam w metro, wsiadłam w pociąg, wsiadłam w samolot. Szef mnie spytał, jak spędziłam weekend, to powiedziałam, że dobrze.

One thought on “Sleep no more!

  1. Uwielbiam Johna Heffernana. Odkąd opluł mnie ciastem w Hothouse😉
    Prasannę też uwielbiam, ale niestety nie było możliwości, żebym poszła na tę sztukę…
    The Dazzle długo będzie mi siedziało w głowie. Bardzo długo. Było takie piękne. I smutne. I doskonale zagrane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s