I needed a drink, I needed a lot of life insurance, I needed a vacation, I needed a home in the country. What I had was a coat, a hat and a gun. I put them on and went out of the room.

Za tydzień o tej dokładnie porze będę robić coś niesłychanie pasjonującego, to jest siedzieć na czytaniu sztuki napisanej w tysiąc pięćset którymś tam roku, której bohater zakochuje się we własnej córce.
Niesłychanie mnie ta perspektywa cieszy.
Nigdy nie twierdziłam, że jestem osobą w pełni poczytalną.

Wczoraj tymczasem, idąc na dworzec, wstąpiłam przypadkiem do lumpeksu, bo zobaczyłam na wystawie piękny płaszcz, wełniany i uszyty dość księcioseksualnie, że tak powiem, z tym pięknym, stylowym haftem na piersiach (nie wiem, czemu wszyscy tak się zaśmiewają z tej mody – mnie się nawet podoba, znacznie bardziej niż te nieszczęsne brody i rurki, poza tym ten frak ze zdjęcia nr 2 sama bym przygarnęła z rozkoszą, spodnie też, a takie pikowane oficerki jak na zdjęciu nr 4 to nawet posiadam, acz muszą odwiedzić szewca, bo przez moje zamiłowanie do nich troszeczkę się zużyły – czy ktoś zna jakiegoś dobrego w Krakatau?).
Rzadko w second-handach bywam, bo brakuje mi cierpliwości do grzebania celem wyłuskania perełek; poza tym często zdarza się, że tych perełek nie ma. Ale ten sklepik okazał się prawdziwą wyspą skarbów, toteż opuszczałam go z dwoma płaszczami, trzema torebkami i jeszcze jakimiś tam szmatkami, i butami, które są arcypiękne, ale mają obcas tak wysoki, że mocno wątpię, bym pokonała w nich trasę dalszą niż z mojego, ekhe, salonu do sypialni (czyt. jakieś dwa metry). I na to wszystko wydałam sto złotych polskich. Poczułam się bardzo szczęśliwa.

Do miasta powracałam za to dziś w towarzystwie dziewczęcia, któremu nikt nie powiedział, jak używać gumy do żucia i ciamkało tak niemiłosiernie, że w pewnym momencie byłam o włos od zaatakowania jej czytaną w drodze książką Michała Rusinka o Szymborskiej (w twardej oprawie). Dziewczę przy tym owszem, również czytało, co samo w sobie jest chwalebne. Tylko że ono czytało teatralnym szeptem. Nawiasem mówiąc, to już kolejny przypadek ostatnimi czasy, gdy w środkach transportu spotykam osobę czytającą na głos i wydaje mi się to nieco dziwne – zdawało mi się, że człowiek uczy się czytać samymi oczami za dziecka jeszcze?
Ale może to ja jestem dziwna. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i gdy szłam do szkoły, czytałam płynnie i czytałam absolutnie wszystko (wskutek czego ojcowe książki o medycynie sądowej musiały wywędrować na najwyższe półki po tym, jak wykazałam zainteresowanie nimi i zauważyłam, że są w nich obrazki… jakie to obrazki były, możecie się domyślić; w każdym razie od tamtej pory tata starał się, by w zasięgu moich krótkich jeszcze wtedy rączek znajdowali się najwyżej Kajko i Kokosz, potem i tak dorwałam kryminały Chandlera, ale z tym już rodzice nie walczyli – zresztą to świetna literatura przecież). W pierwszej klasie wiele dzieci dukało i myślałam, że to tak ma być, więc postanowiłam też tak robić. Jako siedmiolatka byłam okropną konformistką. Wydało się w końcu, bo nauczycielka zauważyła, że przejeżdżam oczami po tekście, dodała sobie dwa do dwóch i powiedziała mojej mamie na wywiadówce, że jej zdaniem udaję, że nie umiem. Mama mi podówczas wyjaśniła, że niekoniecznie dobrze jest robić coś tylko dlatego, że inni to robią. Czasami przypuszczam, że żałuje, iż mi to powiedziała, bo taki raróg jej wyrósł.
Swoją drogą i a propos czytania na głos w komunikacji miejskiej byłoby to całkiem miłe, gdyby zamiast tej bzdurnej telewizji tramwajowej, w której emitowane są newsy sprzed dwóch dni, lekcje tańca bez dźwięku, i „skąd się wzięły nazwy krakowskich przystanków”, czytano poezje czy co tam. Żeby ludzie jadący rano do pracy, niewyspani i ściśnięci jak sardynki, mogli usłyszeć z głośników piękny głos mówiący coś pięknego. Tak. Myślę, że to wszystkim zrobiłoby dobrze.

Na dobranoc proszę bardzo, świeżuchny numer jednej z moich ulubionych kapel, której frontman lubi pisać piosenki brzmiące jak soundtrack do baśni braci Grimm, ale czasami pisze kawałki zwyczajnie delikatne i wzruszające. I ten właśnie taki jest. Ubóstwiam. Posłuchajcie musowo.

11 thoughts on “I needed a drink, I needed a lot of life insurance, I needed a vacation, I needed a home in the country. What I had was a coat, a hat and a gun. I put them on and went out of the room.

  1. Daj gdzieś dyskretnie w linku cały płaszcz🙂 P.S. Też wolę już w sumie księciunia od drwala czy innego „ekskluzywnego menela”🙂

  2. „Medycyna sądowa dla prawników”! dorwana u starszego brata sąsiadki-przyjaciółki z podstawówki:) później kupiłam swoją własną…
    ja nijak nie mogłam pojąć, że ktoś może NIE UMIEĆ CZYTAĆ. i duka. alejakto, dla mnie od wczesnego dzieciństwa była to czynność niemalże równie naturalna, jak oddychanie, i w głowie mi się nie mieściło;)

  3. Kiedyś widok czytającej (oczami) książkę osoby był czymś normalnym, teraz czytają/oglądają, ale w srajfonach.

    Drwal towarzyszy mi od 11 lat, ale bez wyczesanej brody i w normalnych portkach, nie w przedszkolnych rajstopkach. Nie wiem, jak to możliwe, że komuś wydaje się to męskie. Podobnie, jak już na fb wspomniałam, nie wiem, o co halo z tymi paltami z futrem, moja babcia kiedyś takie miała, hm.

    Cieszę się, że masz taki dobry czas, chwilo trwaj☺

  4. Chciałam pewnego razu zaoszczędzić przed jakąś imprezą jeszcze w czasie studiów. Wymyśliłam, że na pewno to, czego potrzebuję, znajdę w lumpeksie. Coś wystrzałowego, oryginalnego. Zabrałam ze sobą moją koleżankę, co to obeznana w takich sklepach. Jak się to skończyło, nie muszę chyba mówić. Koleżanka znalazła piękne futerko, bluzkę i coś tam jeszcze. Ja musiałam szukać czegoś w swojej szafie na imprezę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s