A head full of dreams

Wróciłam.
Podróż na lotnisko zajęła mi wieki i jestem niezmiernie wdzięczna panu w okienku, który mi powiedział, żeby nie płacić wyuzdanej sumy za Gatwick Express, bo z peronu obok zaraz odjeżdża pociąg, który jedzie tylko trzydzieści pięć minut i dotrze na miejsce przed kolejnym ekspresem.
A w samolocie kapitan powiedział:
– Ci z państwa, którzy wiedzą cokolwiek o geografii, zapewne domyślili się, że lecimy na wschód.
Uch, ten subtelny wyspiarski dowcip.

Nie zamierzam opisywać wszystkiego w jednej notce, bo wyszedłby mi z tego Stary Testament lub coś o podobnej długości, choć właściwie nic się nie wydarzyła.

Zacznijmy od tego, że nie przepadam za spektaklami z udziałem dzieci. Przypadkiem tak się wydarzyło, że takie dwa obejrzałam.
Ale najpierw przeczytałam, że Lyric Hammersmith wystawia Herons.
Tę sztukę napisał niejaki Simon Stephens, facet odpowiedzialny za sceniczną adaptację Ciekawego przypadku psa nocną porą, autor Sea Wall i Birdland. Musiałam to zobaczyć. Tym samym w upiornie wietrzną sobotę okutałam się we wszystko, co miałam i pojechałam metrem do Hammersmith, by odkryć fantastyczny teatr – z fantastyczną knajpą, z fantastycznym tarasem na dachu i toaletami opisywanymi bezczelnie jako loos.

Każdy z nas pamięta, jak był nastolatkiem.
To paskudny czas.
Zwłaszcza jeśli nie jesteśmy najpiękniejsi. Może za parę lat będziemy, ale będąc piętnastolatkami, jesteśmy brzydcy, pryszczaci, kostropaci i nadwrażliwi.
Nie wiem jak wy, ale ja byłam przez parę lat w grupie tych raczej wyśmiewanych. Kujonka. Okularnica. Niezbyt pewna siebie. Cóż dodać?…
To jest opowieść o właśnie takim chłopcu. Nękanym przez wrednego kolegę (Billy Matthews – twarzyczka aniołka i spojrzenie psychopaty; powiadam, i nie tylko ja, on będzie bardzo sławny), którego brat trafił do więzienia, bo przyczynił się do śmierci dziewczyny, której zwłoki znalazł ojciec głównego bohatera, rybak.
Cała scena jest zalana wodą; aktorzy brodzą w niej po kostki. Każdy ich krok sprawia, że woda się porusza. Każdy podskok – że woda leci na widownię. Wody przybywa w trakcie. Cały pierwszy rząd jest pusty, nie bez przyczyny. Siedząc w drugim, wychodziłam mokra.
I otóż te małolaty grają tak świetnie, tak mocno, że szczęka uderza o glebę.
Dzieci są okrutne, prześladowanie w ich wydaniu również. Ale to, co się dzieje, gdy ofiara bierze odwet i gdy okazuje się, że doznane upokorzenie pozbawiło ją wszelkich skrupułów…
Opuszczałam widownię sztywna z przejęcia.
Stephens to naprawdę wybitny dramaturg. Szkoda, że tak słabo znany poza ojczyzną.
(Przy okazji całkiem wyględny zeń osobnik – wiem, nie jest to szczególnie istotne, gdy idzie o ludzi parających się pisaniem – i wiosną ukaże się jego pamiętnik; świetnie, kupię sobie na urodziny).

Wróciłam do hotelu, włos (bezskutecznie) wyprostowałam, bluzeczkę zmieniłam. Wsiadłam nazad do metra i ruszyłam na West End.

Jak mówiłam, wcale nie byłam jakoś bardzo zainteresowana tym przedstawieniem, ale któregoś dnia zmieniłam zdanie.
Pewna urocza osoba napisała bowiem, że ją to zniszczyło i że dużo płakania i w ogóle mus zobaczyć. Umówmy się, ów dżentelmen ma piękny five o’clock shadow, ale samcem alfa to on raczej nie jest, przeciwnie – jest delikatną istotą, która zdaje się być nie z tego świata; taki prawie jakby Mały Książę, którego byle kwiatek czy inny tam motylek wzrusza.
No dobra, pomyślałam. Skoro tak mówisz, to przetestuję na sobie.
LoveTheatre akurat miało w ofercie promocyjne bilety, więc skwapliwie nabyłam.
Zasiadłam na widowni z przekonaniem, że ja przecież nie jestem jakaś rurka z kremem, więc tak łatwo się nie rozkleję.

Ludzie kochani.
Rzadko wychodzę na zewnątrz, nie wytuszowawszy rzęs. Mniej więcej w 10. minucie tego przedstawienia zdałam sobie sprawę, iż popełniłam straszliwy błąd.
Bo wtedy po raz pierwszy zaczęło mnie coś pod powieką szczypać.
Przez bite dwie godziny zalewałam się łzami. Nie chcę nigdy więcej w życiu usłyszeć tej piosenki.

Najpierw trochę historii.
Otóż gdy Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy po tym, jak ta druga zignorowała wezwanie do wycofania oddziałów z pewnego kraju, zaczęto wywozić z narażonego na naloty Londynu to, co najcenniejsze. Dzieci mianowicie. Dzieci trafiały do rozmaitych rodzin – albo i samotnych ludzi – na głębokiej prowincji. Bohaterem tej sztuki jest właśnie taki obywatel, William, nieduży, chudziutki, z małym tobołkiem, który pewnego dnia staje na progu pana Toma. Pan Tom to cyniczny wdowiec, mieszkający z psem na pięknym odludziu. Pan Tom ma nazwisko jak najbardziej, ale dla małego pozostanie panem Tomem. Do pewnej – ostatniej sceny.
Otóż William stoi w kuchni swojego nowego gospodarza. Gospodarz przegląda jego skromny bagaż. Podstawowy rekwizyt, który wszyscy musieli wtedy mieć przy sobie. Biblia, takie tam. I wtedy z torby wypada skórzany pas, a chłopczyk w mgnieniu oka kuli się pod stołem i wymiotuje ze strachu.
To pierwszy moment, gdy w gardle oglądającego ten spektakl dorosłego rośnie potężna gula wkurwu.
Bo to jest tak naprawdę główny wyzwalacz łez – nie to, że historia sentymentalna, choć owszem, ale złość, złość i bezradność. Złość na to, jak bardzo niesprawiedliwie ten nasz kawałek wszechświata jest urządzony. To, że podczas wojen najbardziej cierpią niewinni, wszyscy wiemy, i wszyscy wiemy, że to tak nie powinno być.

William na sielską wieś nie przyjechał z dobrego, spokojnego domu. W pewnym sensie wojna go uratowała – przed brutalną matką-dewotką.
Jest w tym przedstawieniu moment, gdy mały, powróciwszy na chwilkę do domu, podaje mamie obrazek, który dla niej narysował, a ona go zgniata, nawet nie spojrzawszy.
Ktoś siedzący za mną westchnął wtedy: Oh, God…
Szczęśliwie pan Tom – z psem – tknięty złym przeczuciem postanawia pojechać do Londynu i zobaczyć, czy jego sublokator ma się dobrze. Po raz pierwszy w życiu opuszcza swoje sielskie odludzie. Znajduje małego dzięki nieprawdopodobnemu zbiegowi okoliczności, w strasznych warunkach – ten kawałek pominiemy, bo jest naprawdę wielce łzawy – i usłyszawszy od lekarza, że dziecko tak okaleczone wojną i krzyczące nocami będzie musiało trafić do takiego specjalnego szpitala (czyt. wariatkowa), postanawia Willa porwać.

Ta opowieść pięknie pokazuje oczywistą prawdę – wszyscy potrzebujemy tego samego. Miłości nie w górnolotnym, nadętym znaczeniu, ale takiej prostej, okazywanej czasem szorstko, raczej gestami niż słowami; miłości jako pospolitej troski i porozumienia. Jako zwykłego życzenia komuś dobrze. Poklepania po ramieniu. Chęci zaopiekowania się kimś.

Oczywiście jako Polka mogłabym przyjąć pozę z cyklu „co wy na tej swojej wyspie wiecie o wojnie…” i być może byłoby to słuszne, ale… Ale. Nieważne. Nieszczęścia się nie wartościuje.
Jeśli myślicie, że byłam jedyną z kilkuset osób na widowni, która nadmiernie przeżywała, to otóż jesteście w błędzie. Sądząc po licznych odgłosach pociągania nosem po prawej i lewej, z przodu i z tyłu, było nas całkiem dużo, bo raczej wątpię, żeby przypadkiem aż tylu ludzi w audytorium miało katar. W pewnym sensie było to budujące. Jeszcze się całkiem nie uodporniliśmy jako gatunek.

Czyli, gwoli podsumowania, zamiast pójść na błyszczące musicale i spędzić sobotę przyjemnie, spędziłam ją w części pierwszej wyłamując sobie palce z nerwów, a w części drugiej rycząc jak bóbr. Warto było.

5 thoughts on “A head full of dreams

  1. Ojej. Teraz mam ochote zobaczyc to przedstawienie a juz kupilam bilety na 4 i czekam ma jeszcze jeden jak tylko pojawia sie dodatkowe daty … Do tej pory najbardziej wzruszajaca sztuka jaka widzialam byla ‚good people’ ponad rok temu – od tamtego czasu nic jej niesety nie dorownalo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s