Deus ex machina

Miałam dziś wychodzić na miasto, ale po tym, jak wpadłam do domu, żeby się przebrać – pomyślałam, że może jednak przyjemniej będzie zostać. Cieplej, to z pewnością. I zostałam. Czyżbym zaczynała się starzeć?…

Skoro tak, to mogę zakończyć temat wycieczki.
Bo jeszcze obok tych spektakli koleżanka wcisnęła muzea. Tych to tam akurat pod dostatkiem. I jeśli nie pociąga was przyglądanie się w ciszy barokowemu malarstwu, to nic, bo możecie na przykład obejrzeć sobie chomika w formalinie. Przy czym ten chomik będzie stosunkowo najmniejszym hardkorem.

Hunterian to jest muzeum, które mieści się na piętrze Royal College of Surgeons. Wchodzi się oczywiście za darmo, jak do wielu, tylko trzeba poprosić pana w recepcji o przepustkę. Jak łatwo się domyślić, jest to muzeum poświęcone rozwojowi chirurgii i badaniom nad anatomią (jak człowiek sobie obejrzy makabryczne narzędzia chirurgiczne z XVIII wieku, to się cieszy, że nie musiał korzystać z usług ówczesnych łapiduchów – biedny Samuel Foote! – a gdy się dowie, że byli tacy, co usiłowali znieczulać za pomocą hipnozy, to się cieszy jeszcze bardziej). Przede wszystkim jednak w muzeum zgromadzono bardzo, ale to bardzo liczne słoje. W słojach owych spokojnie unoszą się eksponaty, zwierzęce i ludzkie, w częściach i w całości. Tak, ludzkie płody też, więc jeśli ktoś jest wrażliwy, to może się zastanowić nad wizytą – chociaż nie jest to przerażający widok. Ale nie tylko. Można zobaczyć wnętrze jajka z pisklęciem jeszcze wewnątrz. Macicę ciężarnej samicy kreta. Nozdrza wielbłąda. Szkielet człowieka, który miał 231 centymetrów wzrostu i inne frapujące deformacje. Rozmaite organy, od układu gębowego po kolei w dół – panie na przykład mogą sobie zobaczyć od wewnątrz tę część ciała, której zwykle nie widują z takiej perspektywy, och, i jest cała półeczka z penisami w różnych kształtach i rozmiarach, w tym i tkniętymi chorobami wenerycznymi.
Dziwne jest to miejsce, ale fascynujące i można spędzić tam dużo więcej czasu, niż się zamierzało.

Preparaty anatomiczne ogląda się ciekawie, ale nie samymi nimi człowiek żyje, nieprawdaż. Toteż wybrałam się jeszcze w inne miejsce.
Do Royal Academy of Arts. Na wystawę pod wiele obiecującym tytułem Painting the Modern Garden.
Wyszłam po trzech godzinach i tylko dlatego, że musiałam. I chętnie poszłabym jeszcze raz. A najchętniej włamałabym się nocą i przynajmniej parę obrazów zwinęła. To tylko obrazy ogrodów; od Moneta po Paula Klee. W ostatniej sali ludzie stoją przez długie kwadranse, gapiąc się na tryptyk, który, powiadam, mowę człowiekowi odbiera. Każdy z tych trzech obrazów przebywa w innym muzeum w USA i oto wszystkie przyleciały do Europy, żeby po raz pierwszy od wielu lat (jeśli nie w ogóle) zostać wystawione razem. I choćby dla tego niebiańskiego cuda warto pójść. Acz oczywiście jest tam ponad sto innych prac, a każdą tak samo chciałoby się mieć w domu nad kominkiem. Nie. Nie nad kominkiem. W osobnym, pustym pokoju, wyposażonym jedynie w fotel, żebyście mogli siedzieć i przyglądać się godzinami. Widzicie na przykład podobieństwa w kształcie parasolki i korony drzewa? To prawie jakby jedna kobieta przyglądała się drugiej… Albo ten tajemniczy ogród.

Cóż. Jak wspomniałam, musiałam wreszcie wyjść, bo tego samego popołudnia miałam zaplanowane jeszcze zwiedzanie kulis National Theatre.
Nikt się zapewne nie zdziwi, jeśli napiszę, że całym sercem polecam.
National Theatre z zewnątrz to nie jest jakaś uderzająco urodziwa budowla – to jest betonowy, kanciasty, asymetryczny kolos. Wieczorami wygląda o tyle ładniej, że jest zawsze jakoś wdzięcznie podświetlony.

wp-1455230669575.jpeg

Ale on nie został zaprojektowany tak, żeby był fotogeniczny, tylko żeby był funkcjonalny. Dla pracowników i dla widzów. W żadnej z sal tego teatru nie ma miejsc z ograniczoną widocznością. Nie ma w nim też loż, wszak to teatr narodowy, w którym nie ma lepiej i gorzej traktowanych widzów, i nikt nie będzie w loży błyszczał. Nawet królowa.
Szczerze przyznam, że choć NT ma miękkie dywany, Wi-Fi, świetną księgarnię i bardzo sympatyczne bary, a co najważniejsze – ciągle przyzwoite ceny biletów, jak na to miasto w każdym razie, no i jeszcze robi te swoje transmisje, to ja za nim nie przepadam. Z prostej przyczyny – jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło, żebym się w nim nie zgubiła. On jest naprawdę ogromny. Do rzeczy.

O umówionej godzinie należy stawić się w umówionym miejscu, przychodzi po was przewodnik i zabiera was na zaplecze. Najpierw – na widownię w trakcie przygotowań do spektaklu, takich czysto technicznych, no wiecie, czy reflektory świecą, czy rampa jeździ, czy scenografia też, czy potężny Drum Revolve działa (obrotowa scena, która nie jest taką po prostu obrotową sceną. Ona istotnie ma kształt bębna i sięga paru pięter w głąb. Z jednej strony scenografia zjeżdża, z drugiej wynurza się spod desek. Wot, technika), czy dźwięk dobry. Wygląda to wszystko jak kompletny chaos i trudno uwierzyć, że za dwie i pół godziny przedstawienie ruszy i będzie doskonale. Oni tam wszyscy dobrze wiedzą, co robią, nawet jeśli dla was to wygląda, jakby dwulatek dorwał się do konsolety i postanowił ponaciskać wszystkie guziki naraz.
Stamtąd wędrujecie na to prawdziwe zaplecze. Korytarze z garderobami na początek. Z zewnątrz tego nie widać, ale National Theatre ma dziedziniec. Garderoby są ulokowane wokół tego dziedzińca, dzięki czemu ich lokatorzy mogą się widzieć nawzajem przez okna, a nawet – jeśli troszkę podniosą głos – ze sobą rozmawiać. Wykształciła się wokół tego osobliwa tradycja, mianowicie w wieczór premiery wszyscy stają w oknach i walą w nie otwartymi dłońmi z całych sił, żeby wesprzeć na duchu tych, którzy dziś zagrają w oficjalnie pierwszym przedstawieniu. Tutaj macie piękny felieton o tym zjawiskulike a thunderous heartbeat of theatre itself. Przewodniczka powiedziała, że to słychać na widowni. Mam zatem nowy cel życiowy, mianowicie chcę pójść na premierę do National Theatre.

Potem drepczecie sobie przez biura projektowe i stolarnie, przez monstrualne magazyny. Możecie się pobawić lalkami wykorzystywanymi w spektaklach i odciętymi głowami z przyszytymi prawdziwymi włosami. Czy możecie wejść na scenę? Niestety. Kiedyś podobno było można, ale teraz już ze względów bezpieczeństwa nie. Ma to ponoć związek z tym, że nad scenami NT są przestrzenie, w które wciąga się scenografię (to jest teatr repertuarowy – znaczy, gra kilka przedstawień jednocześnie na zmianę; normalnie w Brytfannie gra się tylko jedno osiem razy w tygodniu przez kilka tygodni/miesięcy, dobranoc, i robi się następne). Dlatego właśnie National Theatre wygląda tak dziwnie z zewnątrz – te wystające ponad bryłę budynku kominy to tak naprawdę magazyny. Żeby zrobić miejsce jednemu spektaklowi, meble czy inne tam klamoty wykorzystywane w drugim podwiesza się w niebiesiech nad sceną. Ten mechanizm mógłby utrzymać wypełniony piętrowy autobus, a scenografia jest ze sklejki i pianki głównie, więc jakby nie ten ciężar, ale jednak widzom nie wolno na scenie przebywać, bo jeszcze coś by na nich spadło. W każdym razie następnym razem, gdy będziecie oglądali NT Live, miejcie na uwadze, że kilkanaście metrów nad waszym Cumberbatchem prawdopodobnie dyndają sofy, kredensy i klatki schodowe.
Fascynujące.
Tym to wszystko mocniej rezonowało, że tuż przed wyjazdem obejrzałam fenomenalną Kwestię techniki w Starym Teatrze – graną przez maszynistów. Wyśmienity spektakl, który zaczyna się świetną sceną tańczących ścian, poruszanych przez niewidzialne dłonie. Bardzo zabawny, bardzo szczery i bardzo interesujący, bo w ciągu tej raptem godziny macie szansę dowiedzieć się bardzo dużo o tym, jak to wszystko wygląda z drugiej strony. Można się zastanawiać, kto jest prawdziwym artystą w tej branży i czy to nie przypadkiem ten człowiek, który w tle zasuwa spocony, a jego wysiłek jest dla waszego oka calkowicie niewidoczny.

2 thoughts on “Deus ex machina

    • Złudzeń co do anonimowości w internetach pozbyłam się wiele lat temu, ale sądzę, że to, co piszę, to mimo wszystko za mało informacji dla jakiegoś psychopatycznego stalkera, który chciałby wystawać pod moim domem😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s