Amazing technicolor dreamcoat

Smutno mi dziś bardzo, ponieważ wyszłam wczoraj do miasta, o dwudziestej drugiej byłam już z powrotem w domu, a głowa i tak mi pęka. W związku z tym, czekając, aż rozpuści mi się tabletka, postanowiłam popełnić wpis godny szafiarki, gdyż przyszedł mi ostatnio do głowy pomysł, by opisać mój związek – bo trudno o lepsze słowo – z moim ulubionym ciuchem. Z moim płaszczem mianowicie.

W 2011 poleciałam sobie na bardzo krótki urlop do Madrytu. To był styczeń. Pierwsze dni nowego roku po czasie bardzo dla mnie nieszczęśliwym i bolesnym. Wyrwałam się i poleciałam, pozwiedzać, a przy okazji trochę sobie w głowie poukładać. Zimno tam było, dużo deszczu padało, ale widziałam Guernicę – szczęka mi opadła, pamiętam jak dziś – i co rano chodziłam na piekielnie mocną kawę i bułeczkę do niewyględnego bistro w dzielnicy Malasaña, takiego z ladą z lastryko i mnóstwem staruszków czytających gazety.
Ostatniego dnia, chroniąc się przed ulewą w domu towarowym, znalazłam płaszczyk. I to, proszę państwa, była miłość od pierwszego wejrzenia, ponieważ od razu uświadomiłam sobie, że ja stąd bez niego do domu nie wrócę. Zanim zorientowałam się, co robię, podawałam ekspedientce kartę kredytową. Jakoś zagłuszyłam myśl „Bóg cię opuścił, wydajesz pieniądze, których nie masz, na płaszcz, w którym nigdzie nie wyjdziesz, a w ogóle przyleciałaś tu z maleńkim plecakiem, w którym to coś się nie zmieści”.
Kupiłam go mimo wszystko.
Bo on do mnie mówił.
Nie dość, że efektownie wyglądał, to jeszcze był bardzo wygodny i – choć nie sprawia takiego wrażenia – ciepły.
Trudno było się spakować, ale jakoś się udało (od dawna uważam, że pewne prawa fizyki powinno się zredefiniować po tym, jak ludzie zaczęli podróżować tylko z bagażem podręcznym i nauczyli się upychać w nim absolutnie wszystko).
Nie noszę go często, ale lubię zabierać go w świat i zakładam go zawsze wtedy, gdy coś ważnego może się wydarzyć (oczywiście pod warunkiem, że pogoda stosowna). Wtedy, gdy potrzebuję dodać sobie animuszu i wtedy, gdy po prostu, próżnie, po dziewczyńsku chcę się pokazać.
Ten płaszczyk stał się czymś w rodzaju mojego talizmanu. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym go nie mieć.
Są takie ubrania, w których czujecie się jak na balu przebierańców. Ładne może, ale tu sztywne, tam uwiera, w ogóle jakoś nie wasza bajka. Najchętniej pozbylibyście się tego w cholerę i włożyli starą, dobrą piżamę.
Są też takie, które wkładacie i od razu czujecie się lepiej. Odważniej. Jakbyście wszystko mogli, nikt wam nie podskoczy. Macie wrażenie, że one się z wami zrastają. Stają się na was jak druga skóra i jednocześnie są klarownym komunikatem dla otoczenia – „oto ja”. Przechodzień tylko spojrzy i już wie, z kim ma do czynienia. Bo jest to okrycie dość, jakby to powiedzieć, charakterystyczne. Krój ma klasyczny, jak to trencz, ale do uszycia go wykorzystano dwa różne, zupełnie różne materiały (trzy właściwie, bo poszewka jest z purpurowego nylonu). Innymi słowy, zależnie od tego, którym profilem się ustawię, mogę robić albo wrażenie całkiem zwyczajne, albo całkiem nie. Takie to kuriozum, na którego metce stoi napisane the design of this garment has copyright protection. Poważna sprawa.
Nie potrafię opisać mojego uwielbienia dla tego kawałka wełny. Płaszczyk nasłuchał się więcej komplementów niż jego właścicielka przez całe życie chyba – od różnych ludzi, nieznajomych na dworcach, pograniczników (to było interesujące – stałam półtorej godziny w niesławnej kolejce na Stansted, wreszcie podeszłam zirytowana do oficera, a ten mi powiedział, że mój płaszcz jest too cool for this queue – podejrzewam, że aż rozbłysłam z uciechy), uroczych Angoli, których darzę żarliwą nienawiścią, sprzedawców w księgarniach. Jeśli kiedyś zostanę wezwana na tamten świat, to tylko w tym płaszczu, powiadam.
Tak. To jest tylko ciuch, rzecz użytkowa. Nic naprawdę ważnego. Niemniej dla mnie ma bezcenną wartość. Powiedziałabym nawet, że w jakiś sposób mnie definiuje. James Dean miał swoją kurtkę (nota bene, po zakończeniu zdjęć do „Buntownika bez powodu” odmówił jej oddania), Bogart wiadomo, a ja mam mój płaszcz. I nie zawaham się go użyć.

10 thoughts on “Amazing technicolor dreamcoat

  1. 🙂 czekam więc na zdjęcie nie tylko rękawów, ale całości🙂

    i osobiście nie posiadam takiego ubrania, nawet butów takich nie posiadam, w sensie, że wyjątkowych, ukochanych i niezastąpionych. Spokojnie mogę się rozstać praktycznie ze wszystkim, choć ubolewałabym, że nie mam w czym chodzić najpewniej.

    • Ja na ogół odzież traktuję dość użytkowo, zresztą raczej nie kupuję rzeczy drogich, więc pozbywam się bez większych sentymentów. Natomiast ten płaszcz naprawdę jest miłością mojego życia – myśmy byli sobie pisani, jak śpiewał taki jeden😉 Tu chodzi głównie o to, jak się czuję, gdy go wkładam.

  2. Oj jak dobrze to znam… gdy zakładam moją kochaną kurtkę skórzaną i równie kochane bardzo stare już glany, to od razu nabieram pewności siebie – mam wrażenie, że wszystko się we mnie „prostuje”, podnoszę głowę i jakoś… czuję się znacznie lepiej sama ze sobą🙂 A płaszcz wygląda na naprawdę bardzo awangardowy, strzel sobie kiedyś „focię”, żeby można było całościowo ocenić….🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s