Pursued by a bear

Skoro jest czwartek i wracam późno do domu, to najpewniej teatr w kinie był grany. Ale o tym za chwilę.
Cieszę się, że mam do czego uciekać od rzeczywistości, bo w ostatnich dniach przestałam ją rozumieć – czy to jest tak, że komunizm obalili komuniści i teraz on musi zostać obalony naprawdę, czy ja nie nadążam?… W każdym razie na szczęście mogę pisać o innych sprawach.
Oglądali pierwszy odcinek The Night Manager na BBC? Z Hiddlestonem w roli głównej, nie wiem, czy znacie. Ja nie jestem jakąś jego wielką fanką i jest to wyznanie całkowicie szczere, nie to, że ściemniam, a w rzeczywistości po nocach fantazjuję i dotarłam do ostatniej strony wyników wyszukiwania zdjęć w Google – niemniej muszę przyznać, że ma w sobie jakiś urok. I uśmiech. Wielu miłych recepcjonistów w życiu spotkałam (spotkałam też skrajnie niemiłych, pozdrawiam pana, który za każdym razem witał mnie wzrokiem mówiącym mi, że na noc będzie jednak lepiej zamknąć się od środka, bo jak ja do domu wrócę z odciętymi kończynami), ale jakby taki w moim hotelu urzędował, cóż, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że schodziłabym dość często po nitkę, nożyczki, taksówkę, mapę, z ważkim pytaniem o sens życia, coś tam by się znalazło. W każdym razie, abstrahując od bożyszcza kobiet, to naprawdę bardzo dobry szpiegowski serial. Na motywach bardzo dobrej szpiegowskiej powieści. Z efektowną bondowską czołówką i Matterhornem w tle. I z drugim być może wam znanym w roli absolutnie paskudnego typa z krwią na rękach. Powieść napisał Le Carré, który przypadkiem sam pracował w MI6, zanim go wydał kolega po fachu, Kim Philby, niesławny angielski podwójny agent na usługach Kremla.
Świetna, świetna rzecz.
Nawiasem mówiąc, zawsze chciałam zostać szpiegiem. Powiadam, rodzice zostawili zbyt wiele książek w zasięgu moich rąk, gdy byłam dzieckiem.
Niestety dotąd nie wiem, dokąd się zgłosić, bo w tych czasach to chyba raczej do człowieka się zgłaszają (a ja nigdy nie odbieram połączeń z zastrzeżonych numerów, może błąd). Domyślam się oczywiście, że teraz to wygląda ździebko inaczej niż w filmach z lat 60., i zapewne szpiegowanie nie polega na bywaniu, paradowaniu w smokingach i sączeniu koktajli.

A dziś poszłam, ma się rozumieć, na Zimową opowieść. Jeszcze rano miałam nieszczególną na to ochotę, ale przeważyły dwa argumenty. Po pierwsze – miałam to obejrzeć na żywo i miałam na to bilet nawet, ale potem nagle zmieniłam pracę, głupio było brać urlop po raptem miesiącu, więc z bólem serca bilecik oddałam koleżance. Argumentem drugim był Bateman. Do Batemana mam, jak wiadomo, wielki sentyment, wszak przeżyliśmy razem kilka pięknych wieczorów, i może wreszcie kiedyś pójdę się z nim przywitać, bo choć miałam okazję, nigdy z niej nie skorzystałam, a chłopak naprawdę się rozwija. Pod każdym względem, że tak powiem. Kiedy mu tyle mięśni przyrosło?
Plus, ma się rozumieć, Dame Judi Dench. O niej aż głupio cokolwiek pisać. Właściwie napiszę jedno. Swego czasu czytałam wywiad z nią, wspomnienia o jej roli Julii prawie 60 lat temu. Pojawił się w tym wywiadzie wątek krytyczki, która zawsze nazywała Dame Judi po nazwisku i zrzędziła nad każdą jej rolą. Komentarz aktorki brzmiał: Well, she can go fuck herself. Podejrzewam, że gdyby Judi Dench to do was powiedziała, zapewne uznalibyście to za najlepszy komplement w życiu, tak bardzo jest fantastyczna.
To jest dopieszczony wizualnie i muzycznie, bardzo dobry spektakl – wybitny nie, dość zachowawczy, staroświecki może nawet, ale bardzo dobry. To nie rzecz zrobiona po to, żeby widzem wstrząsnąć, ale rzecz, po której wyraźnie widać, że jej twórcy darzą teatr wielką miłością i że zęby zjedli na tym niewdzięcznym rzemiośle. I mają taki warsztat, że z zachwytem słuchalibyście ustawy o kwocie wolnej od podatku w ich wykonaniu.
Przy czym, muszę przyznać, nie przepadam za manierą aktorską Branagha. Zobaczywszy go dziś, doznałam wrażenia, że w Harlequinade, grając gwiazdę trupy rozmiłowaną w przesadzonych środkach, sparodiował sam siebie. Nie zrozumcie mnie źle – nie podważam jego profesjonalizmu, po prostu nie przekonuje mnie tego rodzaju aktorstwo. Wolę powściągliwość. Z drugiej strony doceniam fakt, że zgromadził wokół siebie ludzi, o których musiał wiedzieć, że są chorobliwie utalentowani i mogą go zepchnąć do narożnika na scenie, i że przedstawienia w tym jego sezonie nie są, że to tak nazwę, Kennethocentryczne. Bo taki Hadley Fraser przecież. Dużo mniej znane nazwisko, a fenomenalny, ogromnie ceniony i wszechstronny aktor. Bo taki John Dagleish, dryblas onegdaj nagrodzony Olivierem, który bezczelnie sobie przywłaszcza cały drugi akt (facet niemożebnie kradnie uwagę). Bo uderzająco piękna i ekspresyjna Miranda Raison.
To wszystko razem – tekst, ekipa i jej doświadczenie – musiało sprawić, że się uda. No i się udało. To nie jest przedstawienie, którego się do końca życia nie zapomni, ale bez dwóch zdań przedstawienie, którego każda scena mówi: „spójrzcie, tak to się robi”.

I jeszcze jedna sprawa.
Ta cała Zimowa opowieść, to ona nie do końca jest Szekspira.
W jego czasach powszechne było czerpanie z tekstów napisanych przez innych i William tylko twórczo przerobił Pandosto, arcypopularną w jego czasach historyjkę, napisaną przez niejakiego Roberta Greene’a u schyłku XVI wieku (to właśnie tę nowelę wzięto na warsztat podczas ostatniego czytanka – i teraz sobie wyobraźcie, jak to musiało wyglądać rozpisane na tylko pięć osób, które miały tylko pięć godzin na przygotowania). Dobrze ją przerobił, to i owszem. Acz, jak w oryginale, do Czech nadal da się dopłynąć statkiem.
A na dowód, że William istotnie śmiało wykorzystywał istniejące już teksty, proszę bardzo, znalezione w bardzo ciekawej książce. Christopher Marlowe: Holla, ye pampered jades of Asia/ What can ye draw but twenty miles a day. Szekspir później: And hollow pampered jades of Asia/ Which cannot go but thirty miles a day. Coś jakby podobne, prawda?

Ale gdy znowu usiądzie obok mnie ktoś rozmiłowany w swoim telefonie, to niech wie, że jest upiornym bucem. Chyba że jest kardiochirurgiem spodziewającym się rychłego wezwania do przeszczepu serca, wówczas przebaczam potrzebę regularnego błyskania ekranem. Wszystkie inne takie przypadki proszę o pozostanie w domu, taniej wam wyjdzie i nie wkurzycie ludzi.

8 thoughts on “Pursued by a bear

  1. A proposito telefonu, to ja zawsze zwracam uwagę. Głośno i wyraźnie. Bo już mnie to wkurza niemożebnie. Nie można ryjka od ekranu telefonu na dwie godziny odkleić? To niech się nie chodzi do kina może…
    Też nie przepadam za Kennethem.
    Znaczy wróć, nie przepadam za Kennethem na poważnie. Bo w Harlekinadzie był fantastyczny (idę na Painkiller za miesiąc z kawałkiem, też mam nadzieję na wspaniałe doznania).
    Hadleya wielbię od Koriolana i City of Angels. Judi to Judi❤
    A John Dagleish? Cóż, taką miał rolę, kraść, co się da. To i ukradł spektakl😉

    • Ukradł bez dwóch zdań! Zakochałam się w nim🙂
      Z tym telefonem, to ja – mając taką wiecznie zawstydzoną osobowość, jaką mam – zawsze mam kłopot, żeby zwrócić komuś uwagę, ale szlag mnie trafia doprawdy.

  2. O matko, pierwszy raz jestem na bieżąco ze wszystkim, o czym piszesz! Pierwszy odcinek „The Night…” obejrzałam z prawdziwym zainteresowaniem! Olivia Coleman🙂
    A wczoraj na spektaklu bardzo dobrze się bawiłam. Jedna sprawa nas różni: maniera Branagha mi nie przeszkadza (no, może faktycznie trochę te melodramatyczne miny rozpaczy), ale nagrodę im. Rudolfa Valentino powinien jednak dostać pan Bateman. Nie tego oczekiwałam! (choć tańczy ładnie)
    Pozdrawiam!
    (to nie ja z tym telefonem…)

    • Bo Bateman ma pewien problem z charyzmą, to znaczy ma jej mało. To nie jest aktor, któremu wystarczy wejść na scenę i stanąć z boku, żeby wszyscy na niego patrzyli, więc nadrabia nadmierną ekspresją. I to go zawodzi czasem (co ciekawe, w „Arlekinadzie” to się świetnie sprawdzało, ale tam jego bohater był znerwicowany, no i to była komedia). On potrzebuje reżysera, który by mu powiedział, żeby trochę zbastował. Ale zawsze mnie cieszy jego widok, bo człowiek ładny, no i dla mnie to jakby się kogoś znajomego oglądało ☺ Mam tylko nadzieję, że tym razem nikt mu krzesła w garderobie nie owijał w papier toaletowy.
      I znów byłyśmy razem w tym samym miejscu!

  3. Też chciałam zostać szpiegiem, ale chyba brak mi odpowiedniej sprawności fizycznej i wielu innych rzeczy. Bo jak być szpiegiem to jak z najbardziej nierealnych filmów, skakać po dachach itp.😀

  4. Wczoraj wreszcie znaleźliśmy czas na pierwszy odcinek „The Night Managera” i w sumie dobrze, że pod koniec tygodnia, do niedzieli będzie krócej. Le Carre podobno miał powiedzieć, że nic nie poznaje w serialu ze swojej powieści, ale mu się podobało.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s