There’s really no honor in proving that you can carry the entire load on your own shoulders

W tym tygodniu nieustannie dziwię się światu. A właściwie dziwię się ludziom. A właściwie martwią mnie oni.
Na przykład nasz minister spraw zagranicznych, ale nad nim wolę się nie rozwodzić, bo jeszcze do mnie list napisze i dopiero będzie.

Przeczytałam dziś o tej sprawie Kory, wiecie. Ze zbieraniem funduszy na leczenie. Niestety przy okazji przeczytałam również masę pomyj z gatunku „a na narkotyki miała”, „jakim prawem żąda od biedniejszych ludzi”, „nie należy jej się” i tak dalej, i tak dalej. Reakcje tak histeryczne, jakby komentującym wydarto ostatnią stówę z portfela.
Ręce mi trochę, powiadam, opadły.
Nie. Napiszę szczerze – wkurwiłam się niewąsko.
Mamy marzec już, tak? Otóż dokładnie rok temu pożegnałam dwie osoby, które nowotwór zmiótł w mgnieniu oka. Wiem, co to potrafi zrobić z dnia na dzień. We wtorek po południu wesoło z kimś gawędzicie, w środę wchodzicie się przywitać, a on nie jest w stanie głosu z siebie wydobyć. Być może zatem jestem nieco przewrażliwiona. W każdym razie ten radośnie demonstrowany brak empatii na chwilę mnie załamał.
Po pierwsze, chęć utrzymania się przy życiu to nie jest chęć kupienia sobie czerwonego jaguara. To nie jest kaprys. Po drugie natomiast, ludzie ze świecznika nie są istotami pozaziemskimi, których nie dotyczą ziemskie prawa (owszem, niektórzy tak o sobie myślą, ale to inny przypadek, o którym nie będziemy mówić). Oni funkcjonują dokładnie tak samo, jak my i sława nie impregnuje ich na nieszczęścia, na wypadki, na rozmaite przykre rzeczy. Nie widzę absolutnie nic niestosownego w tym, że znana twarz zwraca się do publiczności z całkiem prywatną prośbą o pomoc dla kogoś bliskiego – sama w czymś takim wzięłam udział bez rozważania tematu – albo dla siebie samego, przy okazji zwracając uwagę na innych, może nie tak popularnych, którzy zmagają się z tym samym problemem, i zachęcając do tego, żeby pomóc także im. Fani to potężna, doskonale zorganizowana i skłonna do poświęceń armia. To tuba, dzięki której pojedynczy głos może nieść się bardzo daleko. Czemu by z tego zasobu nie korzystać, gdy jest potrzeba? Cóż w tym złego, że człowiek, któremu wiele zawdzięczamy (nawet jeśli niekoniecznie kiedykolwiek go poznaliśmy), który w jakiś tam sposób wpłynął na nasze życie, nagle mówi: „Okej, słuchajcie, teraz ja chciał(a)bym was poprosić o przysługę”? To nieobowiązkowe przecież. To nie żądanie. Nie musimy tego robić, jeśli nie chcemy lub nie możemy. Co nie oznacza, że wolno nam odmawiać komuś prawa do takiej prośby.

Amanda Palmer, którą lubimy i której zazdrościmy męża, napisała swego czasu książkę pod tytułem The Art of Asking. Jak być może wiecie, ona wydała płytę dzięki crowdfundingowi, rozstawszy się z wytwórnią, i wytrwale lansuje pogląd, że ludzie w gruncie rzeczy lubią pomagać i chętnie to robią. I nie trzeba wcale dużo. Wystarczy ich poprosić.
Znam oczywiście przypadki, które, osobiście uważam, nieco nadużywają tego obyczaju i uprawiają regularne sępienie, ale to jednostki. Wielu z nas – ja na przykład – prosić się wstydzi. Mamy poczucie, że to coś niewłaściwego, bo przecież człowiek powinien być samodzielny i samowystarczalny, i w ogóle samotna wyspa. Ale gdy się zastanowić, to wszyscy jesteśmy naczyniami połączonymi. Poza tym choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, każdy z nas któregoś dnia uświadamia sobie, że jednak potrzebuje w czymś pomocy, a ktoś inny – że akurat może pomóc. Na ogół nie wymaga to dużego wysiłku. Korzyści, wprost odwrotnie, bywają ogromne. Tu nie chodzi tylko o wdzięczność. Dociera do nas, że nie jesteśmy jednak sami – to przyjemna myśl. Cała nasza szarpanina na tej skale pędzącej przez kosmos jest łatwiejsza, gdy wzajemnie się wymieniamy, współpracujemy jakoś ze sobą.

Tyle narzekania na dziś. W bonusie leciutko… nietypowy występ Amandy.
Poza tym, szanowni, drobne ogłoszenie parafialne, mianowicie wpis powstał w czasie, który zamierzałam poświęcić na pakowanie. Nawet jeszcze walizki nie wytargałam z szafy. Oznacza to, że przez najbliższy tydzień może być tu troszeczkę cicho, choć zapewne będę próbowała wyemitować jakiś sygnał. Innymi słowy, odpoczniecie sobie.

3 thoughts on “There’s really no honor in proving that you can carry the entire load on your own shoulders

  1. Smutne te refleksje. I jakże prawdziwe… Odnoszę wrażenie, że zyjemy w takich czasach, gdzie proszenie o pomoc jest postrzegane jako słabość. A przecież nie można być słabym i w ogóle najlepiej od razu zrzec się zwyczajnych, ludzkich emocji nie należacych do kategorii „pozytywne”.

  2. Nie wiedzialam ze Kora choruje. Byla moja absolutna idolka w czasach podstawowki, ciotka zabrala mnie na jej koncert, bylam w siodmym niebie… Nawet wlosy mialam obciete „na Kore”🙂
    Mam coraz wieksza alergie na ten „jedyny, wlasciwy sposob zycia”, na wieczne udzielanie rad i krytykowanie. Na coraz mniejsza tolerancje i wszechwiedze u co poniektorych.
    Alergie na „to co wypada, czego nie wolno” i na zwykla ludzka zlosliwosc.
    I jestem swiecie przekonana, ze nadmierne krytykowanie czyjegos stylu zycia wynika glownie z wlasnego niezadowolenia i frustracji. I zazdrosci.
    Osobiscie mam zamiar robic to, na co mam ochote i na co zdrowie pozwoli, az do smierci. I jak mi sie bedzie chcialo tanczyc reagge w ponurym barze do piatej rano, to zamierzam to robic. I pic piwo z gwinta. Bedac matka, albo nawet babka, jak Bog da.
    Az chyba napisze notke.😉

    • Zgadzam się. I ta ohydna satysfakcja, gdy jeden z drugim umoralniacz twierdzi, że człowiek sam sobie winien. Cóż, nawet jeśli tak, nie prosi ich o opinię, a tym bardziej o rozgrzeszenie.
      Napisz, napisz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s