Chäschüechli

Powróciwszy. Nie jestem z tego faktu szczególnie zadowolona, choć z drugiej strony tęskniłam za domem podejrzanie mocno, jak na moje standardy.

Zawsze sądziłam, że z miastami to jest trochę jak z facetami. Wiecie, jak to działa. Czasami kogoś widzicie i natychmiast nakrywacie się nogami, serce przestrzelone na wylot, znane wam dotychczas życie właśnie się skończyło. I on nawet nie musi być zniewalająco piękny, choć to oczywiście znacząco osłabia wasze szanse w starciu. A czasami spotykacie kogoś, kto prezentuje się bardzo efektownie, jest błyskotliwy i niby czarujący, ale ten jego czar zupełnie do was nie trafia. Wszystko przyjemnie, niemniej nie iskrzy.
(Coś jak ja i Hiddleston, powiedzmy).
Zurych to ten drugi facet. Przynajmniej dla mnie.
Bardzo ładne miasto, zbyt ładne może. Malownicze – tu wzgórza, tam jezioro – idealnie czyste, jak wyszorowane na wysoki połysk. Można w nim dobrze zjeść i szwajcarskie wino wypić, zakupy też niezgorsze można zrobić – chyba że w niedzielę, to wtedy nie, bo wówczas centrum wygląda następująco.
20160306_112511
(Oczywiście, że kupiłam sobie szwajcarski scyzoryk, bardzo ładny, różowy – tak, tak – i oczywiście, że natychmiast się zacięłam).
Można fotek sporo popstrykać, bo jak pisałam, ładnie. W wietrzne dni światło jest cudowne. Po Zurychu miło się spaceruje i trudno się zgubić, więc spokojnie można zostawić mapę w hotelu, wetknąć ręce w kieszenie płaszcza i pójść przed siebie.
To też jedno z tych miejsc, w których miło się siedzi, popija kawę i przygląda przechodniom. Ale żeby zakochać się na zabój, to nie.

Ciepło nie było, wprost przeciwnie. Pierwszego dnia przeklinałam szpetnie, taszcząc moje toboły przez miasto w zacinającym deszczu, usiłując schronić cały ten mój majdan oraz ewentualnie siebie pod parasolką, którą wiatr z lubością mi łamał. Któregoś innego poranka wyjrzałam przez okno i nieco się zaniepokoiłam.
20160308_172041

Przytrafiło mi się parę krótkich, za to bardzo emocjonujących śnieżyc. Niemniej naród Helwetów jest twardy i zimno czy nie, po jeziorze wiosłuje.
20160306_145612
Imponujące.
Właściwie też powinnam zastanowić się nad taką rozrywką, albowiem szwajcarska kuchnia i ja bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, i teraz będę musiała pójść na operację zmniejszenia żołądka. W Zurychu miejsc do uprawiania bezwstydnego sybarytyzmu nie brak i wbrew powszechnemu mniemaniu nie musi to oznaczać natychmiastowego bankructwa. Raclette w mokry i zimny dzień, najlepiej podlane odpowiedniego rozmiaru lampką tamtejszego wina, może uczynić człowieka szczęśliwym. O czekoladowych musach nie wspomnę.

Skoro zaczęłam o facetach, to dokończę tym wątkiem. Siedząc wczoraj na lotnisku i ratując się przed zaśnięciem (długa noc… czy krótka raczej, zależy z której strony patrzeć) kolejnym espresso, wyczytałam, że dwaj arcyujmujący mężczyźni zamierzają podbić Londyn i nie wiem czemu, ale jakoś wierzę, że im się uda. Co więcej, wyczytałam, że właśnie uruchomiono sprzedaż biletów. Westchnęłam ciężko nad moją kawunią. Nie ma szans, pomyślałam. Znowu pewnie trwa krwawa walka, a ja wiszę na WiFi i w dodatku za godzinę muszę wyłączyć telefon. Ale sprawdzę, czemu by nie sprawdzić. Nabycie biletu zajęło mi całe trzy minuty, dokładnie na wieczór, który mi – przynajmniej na razie i oby tak zostało, trzeba szybko wnioskować o urlop – pasuje. W trzecim rzędzie. Cudownie. Ian McKellen jest jednym z tych, którzy mają w moim nieszczęsnym serduszku osobne szufladki i ogromnie chciałabym się z nim przywitać, acz podejrzewam, że proste to nie będzie. Nieważne. Nawet jeśli się nie uda, zobaczenie go na scenie będzie niewątpliwie wspaniałym doświadczeniem.
Idąc za ciosem, skorzystałam z piątkowej promocji National Theatre, bo strasznie chciałam dorwać bilet na Cleansed (tak, wiem, że ludzie mdleją – to tylko sprawia, że jeszcze bardziej chcę to zobaczyć). Wyprzedane to było do cna, ale NT ma taką zacną tradycję, że w piątki wypuszcza skromne liczby tańszych biletów, w tym również na oblegane spektakle. Moment, gdy znajdujecie na stronie teatru jeden jedyny, samotny bilet na interesujący was dzień, to prawie jak strike w kręglach.
Innymi słowy, całkiem udany był to powrót, choć przesiadka kosztowała mnie mnóstwo nerwów – bieg z wywieszonym językiem nie jest tym, co lubimy najbardziej po ciężkim dniu. Niemniej dotarłam, wzięłam prysznic, padłam w pościel i natychmiast zasnęłam.

6 thoughts on “Chäschüechli

  1. Rozwazalam The Cleansed ale stwierdzilam ze taka ilosc ciezkich scen moze byc oznaka przerostu formy nad trescia. Nie wiem, chyba jednak odpuszcze. Ale z duma moge sie pochwalic ze zdobylam bilet na The Flick. 20 minut po ponownym otwarciu sprzedazy wiekszosc byla wyprzedana.

    • Ja lubię przerost formy nad treścią – to jest w sumie zabawne, bo mój ulubiony teatr to jest albo całkowita prostota z gatunku gołe ściany i krzesło, albo zmasowany atak na zmysły. I choć nie do końca wiem, jak to o mnie świadczy (ostatnio odbyłam frapującą dyskusję o tym, co o nas mówią nasze gusta… nie wypadłam dobrze), bardzo lubię od czasu do czasu dać się przeciągnąć za włosy po podłodze. Niekoniecznie należy rozumieć to dosłownie😉 natomiast dobrze to opisuje moje kulturalne upodobania.

      • Rozumiem to, ja na przyklad lubie ksiazki i sztuki ktore mnie poruszaja ale znam osobe ktora byla oburzona po tym jak rozpoczela polecona przeze mnie lekture ‚Kwietniowej Czarownicy’, bo ona nie uznaje przygnebiajacych ksiazek. To chyba dobrze ze jest taka roznorodnosc gustow na swiecie.

  2. W Zurychu uwielbiam odwiedzac male, niepozorne muzeum Kunsthaus , ktore posiada najbogatsza kolekcje rzezb Giacomettiego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s