Pun intended

Jak niektórzy już wiedzą, autorka przedwczoraj nieco spuchła z dumy, ponieważ napisała coś głupiego i niechcący (nieprawda) wygrała internet, no, pewną jego część. Sama jest pod wrażeniem rzutu błyskotliwości, jaki jej się zdarzył. Uczcie się, drogie dzieci, języków obcych; niezmierzone korzyści.
Dobra, prawda jest taka, że zasłużyłam.
Moje trzydzieści sekund sławy jednakowoż szybko minęło. Dla równowagi wczoraj odbyłam spotkanie, podczas którego z całą pewnością nie poszło mi dobrze, bo byłam tak zdenerwowana, że się nieco jakby pogubiłam. Właściwie to pogubiłam się całkiem, mimo spędzenia całego dnia na przygotowaniach. Cóż. Było, minęło.

Z łatwością mogłabym poświęcić dzisiejszy wpis wspomnianym wyżej wydarzeniom, ale już od kilku dni mam na niego inny pomysł.
Otóż planuję sobie wycieczkę do Londynu w czerwcu (pomijając tę pojutrze, ekhm). Plan wycieczki jest zbudowany wokół jednego wydarzenia, w którym chciałam uczestniczyć od dwóch lat i wygląda na to, że wreszcie da radę. Przy tej okazji oczywiście trza będzie do teatru pójść. No to wybrałam sobie przedstawienie. Proszsz.
Please note the play contains some strong language and drug references and depiction of drug and/or alcohol use. Loud sound effects, high intensity lighting and video effects also feature in the production. Special On Stage Seating Available.
(Bilety na miejsca na scenie są po 15 funtów, więc głupi człowiek byłby, gdyby nie skorzystał).
Wytłuściłam ten fragment nieprzypadkowo. Sztuka bowiem, mocna podobno, dotyka problemu uzależnień. Rzecz w sam raz na sobotni wieczór, nieprawdaż. A można byłoby pójść na musical.
Odbyłam ostatnio osobliwą dość dyskusję o tym, czy nasze upodobania coś o nas mówią i czy przypadkiem nie są odzwierciedleniem tego, co mamy w środku. Powiodłam wzrokiem po mojej półeczce z filmami (akurat na wierzchu Trainspotting), po stole, na którym leży książka o Ku-Klux Klanie… Jak możecie pamiętać, oglądany swego czasu Tytus Andronikus bardzo mi się spodobał, lubię darzyć dziwną sympatią filmowe czarne charaktery, moja playlista składa się w dużej mierze z dojmująco smętnych piosenek, a jednak jakimś cudem pozostaję przy tym obywatelką raczej pogodną i przyjaźnie nastawioną do świata, która nie zamartwia się bezsensem mordęgi na tym łez padole, nie fantazjuje o zapiekaniu poćwiartowanych ludzi w pasztecikach ani nie marzy, by odwiedził ją w sypialni Patrick Bateman. To, że od czasu do czasu z chęcią zapodaję sobie coś ciężkiego, wynika z czystej ciekawości jedynie. Z chęci dotknięcia swoich mroków bez doświadczania na własnej skórze, że może zaboleć. Kontakt z czymś mrocznym i brzydkim paradoksalnie bywa oczyszczający. A poza tym wolę wydarzenia kulturalne – mniejsza, czy to film, czy książka, czy cokolwiek – które zostawiają po sobie ślad we mnie od takich, których następnego ranka nie pamiętam, bo po mnie spłynęły jak woda po gęsi (nie żebym czasem i takowych nie potrzebowała). Czasami potrzebuję czegoś, co mi da trochę w pysk, że tak to ujmę.
Co szczególnie ciekawe, w pewnym momencie tej dysputy padł argument, że twórcy dzieł odrażających, brudnych, złych mogą sami być trochę nie teges. Wiecie. Psychole znaczy. I tu już niżej podpisanej opadły ręce.
Nie wątpię, że niektórych to faktycznie dotyczy, ale nie jest to chyba zbyt liczna grupa. Trzeba oddzielać człowieka od tego, co robi. Taki Anthony Hopkins przecież. Prywatnie, miast wyjadać mózgi, komponuje walce i wspiera Greenpeace. Albo Stephen King, proszę bardzo. Ma stadko wnucząt i walczy o byt lokalnych bibliotek. Yrsa Sigurðardóttir obok mrożących krew thrillerów pisze książki dla dzieci. Nie podejrzewam mojego kochanego Andrzejka, żeby po kryjomu kombinował, jak przejąć władzę nad całą planetą, bo takie role z lubością gra. Ani Bertiego, że bezczelnie zdradza żonę (nie ma żony zresztą). Kreacja to kreacja, człowiek, który za nią stoi, to zupełnie inna historia i te dwa światy w gruncie rzeczy bardzo rzadko się przenikają. Są oczywiście wyjątki, w przypadku których życie naśladuje sztukę – vide Sarah Kane, vide Ian Curtis. Ale na ogół tak nie jest.
Sądzę, że i nimi z drugiej strony książki, ekranu, kurtyny czy płótna, i nami, którzy na to patrzymy, kieruje to samo – ciekawość. Po prostu. Ciekawość zobaczenia, jak to jest. Mamy przy tym przyjemną, bezpieczną świadomość, że to wszystko na niby.
A że rosnącej liczbie ludzi fikcja myli się z rzeczywistością, to inny problem.

9 thoughts on “Pun intended

  1. hmmmmmm
    ciekawe rozważania i jak zwykle ja się trochę zgodzę a trochę nie
    myślę, że to nieco bardziej psychologicznie skomplikowane niż „kreacja to kreacja”
    myślę, że żeby stworzyć wiarygodną postać trzeba na pewno mieć przede wszystkim doskonały warsztat, ale też umiejętność „podpięcia się” pod te cechy u siebie, i jeśli jest to księżniczka pierdząca różyczkami, to można korzystać z tej disneyowskiej części siebie a jeśli Hannibal to… idziemy do cienia
    i myślę sobie kochana, że może i u ciebie (tak się powymądrzam) troszkę tego jest, że twoje zainteresowania, to może takie ujście i dotknięcie tego, co w cieniu ZWŁASZCZA, że na codzień jesteś pogodna i do świata nastawiona przyjaźnie
    więc oczywiście stawianie znaku równości między kreatorem a kreacją jest mocno bzdurne, ale warto przyjrzeć się symbolom, interpretacjom
    jasne, że może to być głównie obserwacja i interpretacja otaczającej nas rzeczywistości, ale myślę, że wiele mówiąca o autorze (aktorze mniej, bo on ma za zadanie pokazać wizję innego człowieka, to jest dużo jednak bardziej odtwórczy zawód niż twórczy, interpretacja postaci więcej mówi o reżyserze niż aktorze :p )
    i oczywiście, że mówi nam nie dosłownie, nie łopatologicznie, ale jednak cośtam mówi
    i z tym, co o tobie twoje gusta mówią: nie jesteś taką wanilią na jaką wyglądasz, kochana, z tym zgadzam się całkowicie :p

  2. Ja też zasadniczo wolę treści, które mną wstrząsną niż pogłaskają. Jak to mawia moja koleżanka, która czasem mnie wyciąga do teatru: „Idziemy na XYZ. Trochę ciężkie, ale jeśli ktoś woli słodkie tematy, to lepiej niech idzie do Muzycznego”. Myślałam też zawsze, że sporo potrafię przyjąć – do czasu, gdy zobaczyłam Versus w Teatrze Nowym w Poznaniu. Przyznam, że „ta scena” (wiadomo, która) po prostu mnie fizycznie zemdliła. Na koniec chciało mi się płakać – ale nie dlatego, że byłam wzruszona albo że było mi smutno albo któregoś z bohaterów było mi żal. Nie. Po prostu miałam tak ogromną potrzebę jakiegokolwiek fizycznego odreagowania „tej sceny”. Nigdy wcześniej nic takiego mnie nie spotkało ani w kinie, ani w teatrze, ani przed telewizorem. Oczywiście moje wizyty w teatrze są „few and far between”, może po prostu nie mam odporności na różne teatralne przeżycia🙂

    • Czytałam o tym przedstawieniu, chciałabym zobaczyć.
      Mnie jakimś cudem wrażliwość z wiekiem rośnie – zamiast maleć w miarę zdobywania doświadczeń. Więc tak, znam tę potrzebę fizycznego odreagowania. A czasami też po obejrzeniu czy przeczytaniu czegoś mam ochotę wejść pod prysznic i „zszorować” z siebie wrażenia.

        • Ha.
          To jest jedna z bardzo niewielu książek, które w trakcie czytania musiałam na chwilę odłożyć. Nie dawałam rady, tak mi się chciało płakać. Ta historia z dziewczyną, która całą walizkę wypełniła cukierkami…

          • Ja też książki zwykle czytam w płodozmianie, więc odkładałam, potem wracałam… wielokrotnie w trakcie czytania uświadamiałam sobie odrębność kobiecej duszy (bosz, co by specjalistki od gender studies na to powiedziały) – chodzi mi mniej więcej o to, że relacje kobiet są tak przejmujące, ponieważ zawierają mnóstwo drobnych, specyficznych szczegółów, na które zwróci uwagę chyba tylko inna kobieta (nie ujmując mężczyznom). Akcenty są tak (w sposób niezamierzony) rozłożone, że dotykało mnie to do kości.

  3. też mi wrażliwość rośnie.
    niemniej na półce mam „Seryjnych morderców”, „Medycynę sądową” w dwóch wersjach: dla prawników i studentów uczelni medycznych. a na półce z filmami króluje gangsterka, głównie dotycząca okresu prohibicji, przeplatana „Milczeniem owiec”, „Kolekcjonerem kości”.
    nie mówiąc, że zawsze miałam skłonność do mocno niegrzecznych chłopców i mężczyzn.
    a.poza tym na playlistach zdarzają się kawałki w stylu „Meluzyna” albo „Podróż w krainę baśni”…

    • „Medycyna sądowa”, tak. Mój ojciec schował tę książkę po tym, jak nakrył swoje dziecię na studiowaniu obrazków w niej…
      „Meluzynę” ubóstwiam, to jeden z moich kawałków wszech czasów. Zresztą wszystkie kompozycje Korzyńskiego to mistrzostwo.

  4. Wolę dostać w pysk niż zapchać się lukrem. Coś w tym jest, że to bardziej uwrażliwa człowieka, choć nad wszelakim złem tego świata nie lubię się rozstrząsać. A przynajmniej nie za często…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s