At least I galloped. When did you?…

Rzadko eksterminuję komentarze, bo choć blogi z definicji niejako są towarzystwami wzajemnej adoracji, to jednak różnorodność jest ciekawa. Niemniej mówienie mi, co tu mogę robić, a czego nie, to już trochę przesada.

Poza tym u mnie po staremu, czyli nic zgodnie z planem. Udałam się w sobotę do miasta, w założeniu po warzywa na obiad i ewentualnie kwiaty na balkon (to drugie ma jednak umiarkowany sens, biorąc pod uwagę, że kwiatki należy podlewać, a do wykonania tej czynności potrzebny jest właściciel, najlepiej obecny na miejscu). Prosta sprawa, dojść do Kleparza, zrobić zakupy, wrócić.
W ogóle tam nie dotarłam.
Bo akurat znajomy poszukiwał towarzystwa na obiad, więc ochoczo zaoferowałam mu własne. Zjedliśmy chińskie pierożki (muszę wam powiedzieć, że ja ogromnie lubię jeść pałeczkami, naprawdę lubię – nie potrafię tego wyjaśnić i nie jestem mistrzem, raz nawet zdarzyło mi się cisnąć niechcący kąskiem tempury we współjedzącego, wskutek czego natychmiast doniesiono mi widelec i dokończyłam szybko posiłek, płonąc ze wstydu; tak czy inaczej, sprawia mi to dużą przyjemność), po czym autorka uznała, że skoro mamy taki piękny wiosenny dzień, to należy rozpocząć sezon na jedzenie lodów. Wszyscy wiedzą, że lodami można mnie przekupić, ugłaskać, pocieszyć, rozkochać i tak dalej. Przepadam. Kiepsko się orientuję w krakowskiej topografii, ale najbliższy punkt z lodami zawsze wskażę. Spożywszy zatem skromne trzy gałki, ruszyłam dalej przez miasto, uświadamiając sobie przy tym, że robi się cokolwiek późno i lepiej przebierać nogami, bo jeszcze chwila i zastanę opustoszałe lady na Kleparzu. Byłam już na ostatniej prostej, gdy wtem.
Na wystawie mijanego sklepu zauważyłam buty.
Akurat takie, jakich wyglądałam od pewnego czasu.
Oczywiście, że pół minuty później już je przymierzałam, a przymierzając, dostrzegłam na wieszaku nieopodal bardzo szykowne porteczki.

W skrócie – zamiast z pomidorami, wróciłam do domu z parą butów, spodniami ORAZ spódnicą. Pogratulować. Nałożyłam sobie embargo na wychodzenie dalej niż do osiedlowej Żabki i za karę przez całą niedzielę robiłam porządek w książkach.
Znalazłam wiele, które mnie zdziwiły – w sensie, zdziwiły mnie obecnością na moich półkach, bo nie przypominam sobie nawet, żebym je kupowała, nie mówiąc o przeczytaniu. Poza tym czego tam nie ma. Przewodnik po Nepalu (nie byłam). Nauka paralotniarstwa w weekend (no can do – niemniej taki podręcznik istotnie wydano, jest zdumiewająco cienki). Kamasutra dla kobiet (przydatność zbliżona do poprzedniej, nomen omen, pozycji, ale ładne wydanie za to). Przy okazji, wśród całej tej masy dziwnych znalezisk wykopałam też program Equusa z TYM Danielem Radcliffe’em. To było drugie w moim życiu przedstawienie oglądane w Londynie, w 2007 roku. Gdybym wtedy wiedziała, jak sprawy dalej się potoczą… No cóż.

wp-1459698046331.jpeg

Znalazłam też zdjęcie mojej wielkiej fascynacji sprzed 10 lat. „Miłość” to byłoby za dużo powiedziane, zwłaszcza że któregoś dnia afekt wyparował, jakby nigdy go nie było. Nie mamy ze sobą kontaktu i nie boleję szczególnie, choć facet był niesłychanie przystojny, pod wieloma względami cudowny i znał Józefa (to mnie w nim zachwycało i nadal zachwyca w mężczyznach – natychmiastowe porozumienie, łapanie w lot hermetycznych żartów, gry słowne, zamiłowanie do subtelnego wkręcania innych). Nasze drogi rozeszły się dość łagodnie. Podejrzewam – i mam nadzieję – że dobrze mu się ułożyło.
A wreszcie znalazłam kolejny tom mojego pamiętnika, pisany w moich wczesnych latach dwudziestych.
Chciałam powiedzieć, że różni się stylem od poprzednich memuarów, ale niestety. „Ja go tak kocham, a on mnie tak nie kocha” (z perspektywy czasu widać oczywiście, że trza było chłopu wymierzyć kopa w kierunku drzwi, zamiast się łasić, z czego skwapliwie korzystał – wstyd, wstyd, na jakie głodne kawałki daje się człowiek nabierać, gdy ma dwadzieścia lat i jest zakochany). Rozważania dowodzące, że miało się wówczas zbyt dużo czasu na myślenie. Poświęciłam półtorej strony maczkiem pierwszemu w życiu shotowi tequili (byłam zachwycona – później tequilę piłam jeszcze tylko raz i był to raz ostatni, ponieważ następnego dnia miałam ochotę odciąć sobie głowę nożem kuchennym, tak fenomenalnie się czułam). Na skromnych czterech stronach, maczkiem toże, opisałam moje – trwające dwadzieścia minut najwyżej – spotkanie z pewnym dość popularnym wówczas dziennikarzem; uwielbiałam, jak pisał, bo rzeczywiście było to znakomite, natomiast przy bliższym poznaniu facet tracił niemożebnie. Nazywając rzeczy po imieniu, był dość raczej arogancki. Dość raczej bardzo. Był człowiekiem z gatunku „czy pani wie, kto ja jestem”. Jedną wszak dobrą rzecz z tego spotkania wyniosłam. Powiedział bowiem rzecz oczywistą, ale prawdziwą, gdy mu w swoim podekscytowaniu wyznałam, że chciałabym robić to, co on. Powiedział mi, uwaga, „to rób”.
Tak, to prawda objawiona, oczywista oczywistość et cetera et cetera, i nie zajmuję się dziś tym, co on, ale zasadę „to rób” stosuję z powodzeniem od lat. Chcesz czegoś, to zwyczajnie to się za to zabierz.

Dopiero teraz człowiek sobie uświadamia, jak fantastyczne to były czasy. Można było mieć wszystko w głębokim poważaniu, żyć sobie z dnia na dzień. Mieszkało się na Starym Mieście, na niewygodnym, zimnym poddaszu – ale latem, w samej bieliźnie, można było wyjść przez okno na dach, usiąść i patrzeć na miasto. Miało się irytujących współlokatorów – ale jeden z nich raz zaniósł mnie na barana z Rynku do domu i w moje urodziny wysunął zza pleców potężny bukiet bzu. Bywało się co rusz w knajpach, z których wiele już nie istnieje – ale nadal rozpoznajemy się z innymi bywalcami i uśmiechamy do siebie, mijając się czasem na ulicy. Budzik rano nie dzwonił, nie było maili do odpowiedzenia natychmiast, zmartwień o zepsutą pralkę i że coś pobolewa w biodrze.  Ta nasza młodość, chciałoby się rzec (jak na ironię, któregoś dnia wiózł mnie do domu taksówkarz, który dobrze znał Tadeusza Śliwiaka, autora tego tekstu – takie to miasto).
I wtedy jeszcze miałam czytelny charakter pisma.

7 thoughts on “At least I galloped. When did you?…

  1. Bueheh! No z tym nic według planu- czyli dzień jak codzień podpisuję się całą sobą!😀 Ja pałeczkami jeść nie umiem ale za to te pierożki chińskie jak i lody: UBÓSTWIAM!!
    A z butami i ciuchami- no widać tak miało być skoro zamachały do Ciebie😉.

  2. jeeesssuuuu jak ja lubię jak ty piszesz, „nożem kuchennym” i te pamiętniczki żenujące z kochaniem przestraszliwym, o to to!
    i weź mnie nie przerażaj, że to był 2007, przecież to 9 lat! ale JAK TO????????????

    • No. Za miesiąc będzie 9 lat. A najlepsze, że ciągle dużo pamiętam. Na przykład tytułową frazę, którą bohater zaczepnie rzuca swojemu psychiatrze.
      Nic dziwnego, że człowiek jest trochę dziwny, skoro widział penisa Harry’ego Pottera.

      • Granatowe! Uwielbiam, to ostatnio mój ulubiony kolor. Nie tak dostojny jak czarny i nie takie fiu bździu jak niebieski:- D

        • Też lubię. Kiedyś nienawidziłam, ale jestem z pokolenia, które do szkoły podstawowej (przynajmniej do pewnego momentu, już nie pomnę) musiało chodzić w tych obrzydliwych, śliskich granatowych mundurkach/fartuszkach. Teraz też o granatowym myślę, że to bardzo wdzięczny kolor, poważny, ale nie do końca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s