Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążać za tym, co się zmienia

Za drugim razem się udało.
Poszłam i zobaczyłam.

Najpierw luźne rozważania, bo pora późna.
Jak to jest, powiedzcie mi, u nas z tym wręczaniem kwiatków podczas owacji? Każdy może wystartować, czy też te badylki należy uprzednio zdeponować u osoby stosownie uprawnionej? Zanim ktoś się zaniepokoi – NIE mam tego w planach, po prostu jestem ciekawa.

Ale, ale.
W kraju – i mieście tym bardziej – mocno konserwatywnym, w apogeum antyuchodźczej histerii wystawić spektakl o ludziach podróżujących (jeśli w ogóle można to tak nazwać) na przeżartych rdzą, przeładowanych kutrach do brzegów Europy i znajdujących na tych brzegach… cóż, niezbyt wiele? Śmiałe posunięcie.
Jest w tym przedstawieniu jedna z najbardziej efektownych scen, jakie widziałam w życiu. Mianowicie scena przypływania tratwy z bohaterami tej opowieści. Oni wyglądają jak kosmici, cudaczne, nieforemne figury w kamizelkach ratunkowych pobłyskujących światełkami. A że sama scena – w sensie desek – jest pokryta wodą, a reflektory skierowane na wodę dość niesamowity efekt, macie wrażenie, że cały teatr istotnie płynie. Piękne.
Jest to przedstawienie momentami bardzo nieprzyjemne, niekomfortowe, trochę paskudne może nawet – no, ani Jelinek nigdy nie pisała o przepełnionych miłością dla świata bon vivantach relaksujących się nad kir royal w Nicei, ani też to, co się dzieje obecnie na świecie, nie jest zbyt urocze. Możemy udawać, że tego nie ma. Ale to jest. W tej chwili. I wczoraj. I jutro. I za tydzień. I w końcu ta fala do nas dotrze naprawdę.

Bez dwóch zdań jest to rzecz, która nie do każdego trafi. Znalazłam gdzieś w internecie recenzję miażdżącą, znalazłam pełną zachwytów. Tak to chyba będzie, bo i temat kontrowersyjny, i adaptacja dość szczególna. Jest to przy tym rzecz fantastycznie obsadzona. Jaśmina Polak. Ja nawet nie wiem, co o niej napisać, bo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to masa egzaltowanych dużych słów. Wszystkie kciuki w górę. Bielenia, oczywiście (jak ta drobna istotka to robi, że pojawia się na scenie i zmiata z niej wszystkich*; i gdzie on mieści ten potężny głos?). On jest nieprawdopodobny. Potrafi być słodko niewinny, dziecko prawie, potrafi być odpychający; potrafi uśmiechać się w sposób, który jeży wam sierść na grzbiecie – wiecie, to taki osobliwy rodzaj uśmiechu, niby do was, a tak naprawdę do siebie, do myśli o tym, co on z wami zrobi. Chłopak robi niesamowitą robotę w tym przedstawieniu (i nie mam tu na myśli zwisania z elementów scenografii). Gdy wciela się w napalonego maczo o egzotycznej urodzie – on, filigranowy blondasek – budzącego u Europejki jednocześnie odrazę i pożądanie, jest wulgarny, jest zabawny. Tylko że po chwili staje się w tym przejmujący. Krzysztof Zawadzki – jeden z moich lokalnych idoli, który nie boi się ostrych wyzwań, przy tym przypadkiem jest rosły i przystojny, i w dodatku pięknie śpiewa, i gitarę obsługuje! [Przyp. aut. – mogę się przyznać, najwyżej to później ze wstydem usunę – kiedyś po którymś spektaklu Boskiej Komedii stałam tuż za nim w kolejce do szatni, i chciałam się odezwać, ale się okropnie wstydziłam; to było jeszcze przed tym, jak zaczęłam gonić ludzi po ulicy.] Szymon Czacki, niebywale charyzmatyczny. W ciemno klepię bilecik, gdy widzę jego nazwisko w obsadzie. Abstrahując na chwilę od walorów artystycznych – bardzo było mi go było w tym spektaklu szkoda, bo ciągle mokry, zimno mu musiało być… Jan Peszek – to wiadomo. Krzysztof Globisz, dla którego rola w tym spektaklu była pierwszą po tym, jak się pochorował. Można sobie wyobrazić, jak zareagowała publiczność. W Krakowie owacje na stojąco nie są zbyt popularne. Tu widzowie są raczej powściągliwi i śpieszą się na tramwaj. Wczoraj wszyscy natychmiast się zerwali i klaskali długo, bardzo długo. To był piękny moment – w tym właśnie teatr przeważa nad kinem, że czasami wytwarza się po obu stronach kurtyny poczucie jakiejś takiej sympatycznej wspólnoty.
Oto człowiek po udarze pojawia się przed widzami – zupełnie inny niż wtedy, gdy go ostatni raz widzieli; nie mówi zbyt wyraźnie, ale ma ten swój filuterny błysk w oku, ten swój uśmiech. To śmiałe, pokazać się publice w swojej słabości… ale to zarazem dowodzi wielkiej, imponującej siły.
Miałam wrażenie, że gdyby ludzie mogli, to by pobiegli na scenę go uściskać.
Nawiasem mówiąc, Globisza po scenie wozi student krakowskiej PWST, Patryk Kulik, i są uroczy we wspólnych scenach, i talent nam wyraźnie w tym mieście rośnie.

Jeśli nawet nie jesteście fanami teatru, który opowiada wam historie w raczej nietradycyjny sposób, za pomocą urywanych monologów, powtórzeń, zapętleń, z aktorami zwracającymi się prosto do was (na widowni przez większość przedstawienia są zapalone światła, jakby twórcy chcieli, żeby bohaterowie widzom dawali do zrozumienia „wy możecie udawać, że nas nie widzicie, ale my was tak”), warto kupić bilet dla ludzi na scenie, którzy przez ponad trzy godziny jadą na bardzo wysokich obrotach.
Warto to zobaczyć z jeszcze jednego powodu. Wiem, że nie każdy to lubi. Ja na przykład owszem. Lubię mianowicie takie książki, filmy i przedstawienia, w ogóle twórczość jakąkolwiek, która sprawia, że się śmieję, po czym sprawia, że ten śmiech mi więźnie w gardle. Mało tego – trochę mi nawet wstyd, że się roześmiałam. Ten spektakl właśnie to robi. Wyrzuca was ze strefy komfortu.
Swoją drogą, gdybyście się wybierali – miejcie na uwadze, że antrakt niby jest, a go nie ma, i być może warto zostać wówczas na widowni?… Tak tylko mówię…

Z innej beczki, jutro znowu mam spotkanie na szczycie i będę przemawiać. Szef do mnie zadzwonił dzisiejszego popołudnia.
– Spokojnie. Ustawiłem cię jako pierwszą, więc będziesz miała szybko z głowy. Nic się nie denerwuj, ja też tam będę, w razie czego ci pomogę.
A więc mojego arcystresiora aż tak widać. To wspaniale.

*Jak na ironię, czytałam dziś jedną z pierwszych recenzji Doktora Faustusa z Kitem Haringtonem w roli tytułowej, wystawianego obecnie na West Endzie. Recenzję napisał bloger, bo tylko oni mogą, gdyż przed oficjalną premierą prasa ma embargo. I cóż on napisał.
„Czy gdyby nie był taki przystojny i umięśniony, to w ogóle zauważylibyście go na scenie?”.
Gdybym robiła w tej branży i przeczytała coś takiego o sobie, upiłabym się z rozpaczy.

2 thoughts on “Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążać za tym, co się zmienia

  1. Co do kwiatków – w teatrach nie mam doświadczenia, ale w Warszawskiej Operze Kameralnej zawsze pytam. I raz się daje samemu na scenie, raz bileterki wręczają, a czasem idzie się z bukietem do garderoby – to zależało od tego, komu badylek chciałam wręczyć😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s