Cruise altitude

Dzisiejszy poniedziałek był poniedziałkowy do przesady. Po pierwsze obudził mnie szum ulewy. Po drugie wyszłam z domu wcześniej niż zazwyczaj tylko po to, by spóźnić się do pracy, bo całe miasto tkwiło w niemożebnych korkach. Po trzecie zepsuł mi się laptop. Po czwarte ekspres do kawy też się zepsuł. Bez kawy przy poniedziałku? Wolne żarty.
Na pocieszenie obejrzałam dziś film, który, hm, umiarkowanie się udał, ale zawiera Andrzeja (i w sumie siedem osób, które widziałam na scenie – jedną z nich pięć razy… absurd jakiś…) i uśmiech McAvoya. IMDB w kategorii „goofs” wymieniło słyszalny niekiedy szkocki akcent protagonisty. Jaki to goof? W tym jego czar! Tak czy inaczej, choć rzecz raczej słaba, dla poniekąd znajomych wszystko obejrzę i zawsze to miło. Nie takie zresztą dzieła się oglądało, ekhm.

Spędziłam weekend intensywnie, to znaczy kopiąc w glebie w sobotę, i spoglądając z dumą znad książki i lampki białego na glebę umajoną własnoręcznie wkopanymi sadzonkami w niedzielę.
Macie jakiś ulubiony kwiat?
Oto mój.
wp-1460911387694.jpeg
W nosie mam wszelkie róże i orchidee – te skromne, maleńkie kwiatki wyłażą spod ziemi zawsze jakoś w pobliżu moich urodzin.
Tulipany też bardzo lubię. I oczywiście konwalie, choć są wielce trujące (naparem z konwalii można człowieka zabić – nie żebym próbowała, ale czytałam). I bez. Uwielbiam zapach bzu. Jaka szkoda, że mamy wiosnę tylko raz w roku.

W trakcie weekendu, pobrudziwszy sobie trochę łapki i wreszcie wyciągnąwszy się na słońcu z książką, przerobiłam Wniebowzięte.
Jest to otóż wspaniała opowieść o stewardesach, czy też według obecnej nomenklatury – personelu pokładowym. Nie współczesnym, ale tym, który latał w epoce PRL i wcześniej.
Teraz podróż lotnicza to prawie nie podróż. Samolot to taka właściwie poczekalnia. Wchodzisz na lotnisko w jednej części świata, idziesz rękawem aż do niewielkich drzwi, siadasz, wypijasz drinka, parę godzin później kolejnym rękawem wychodzisz w zgoła innej części świata. Czas pomiędzy tymi dwoma spacerami upływa na cierpliwym nudzeniu się, przyglądaniu się chmurom, jeśli to dzień, drzemce przy kojącym szumie silników, jeśli to noc. Ten wart miliony cud techniki leci sam, nawet by sam wylądował. Tak to teraz wygląda. Najbezpieczniejszy środek transportu, przyczyną 9 na 10 rzadkich wypadków jest ludzki błąd.
W tej książce są historie o podróżach zawodnymi Iłami (one docierały za Atlantyk na oparach, bez zapasu paliwa…), bez klimatyzacji, w kabinach niezbyt hermetycznych, gdy pasażerom podawało się posiłek na talerzu, wcześniej go własnoręcznie przygotowawszy – nie czekał zapakowany, jak teraz. Podróż na Bałkany trwała cały dzień. W każdej, excusez le mot, destynacji można było kupić coś, co w szarej i biednej Rzeczpospolitej Ludowej było na wagę złota. Belę materiału wartego tyle, że u nas za kilka takich można było dom postawić. Ciuchy, tam już dawno niemodne, ale w Warszawie pożądane. Egipską biżuterię. Owoce. Puder. Podpaski. Czarny rynek kwitł. Podobnie jak wzajemna nieufność, bo co jeśli kolega współpracuje?… Podobnie jak nałogi. Podobnie jak romanse.
Czyta się to jak świetny historyczny reportaż i jak powieść przygodową zarazem.
Ostatni rozdział poświęcony jest wypadkom właśnie – tym, o czym każdy z nas woli nie myśleć, udając się na wywczas i wiedząc, że musi zdać się na łaskę czegoś, co waży kilkaset ton i jakimś cudem od ziemi się odrywa. To mało przyjemny rozdział. Ale też ogromnie interesujący. Z jednej strony bowiem wspomina kapitana (nawiasem mówiąc, utytułowanego skoczka spadochronowego, rekordzistę świata w celności lądowania), który samolotem z niesprawnymi silnikami ominął budynki zakładu poprawczego dla nieletnich, żeby było mniej ofiar, z drugiej opisuje przypadki lądowania za wszelką cenę, bo a nuż się uda.
Nie wiem, nie ogarniam rozumem, jak z ludźmi na pokładzie można dopuszczać jakiekolwiek „a nuż”. Zdarzyło mi się parę razy, że kapitan z lądowania zrezygnował – dzięki jednemu zwiedziłam sobie nawet kawałek Czech, bo tam w końcu polecieliśmy, taka była mgła nad południową Polską – i każdemu z nich jestem bardzo wdzięczna.
Ten, z którym wylądowaliśmy w Brnie, podczas krążenia nad zamgloną Małopolską powiedział:
– Panie i panowie, nie wiemy jeszcze, co się z nami stanie, ale to nie wasz problem.

A tak z innej beczki – czytałam ostatnio, ze spośród 130 tysięcy zawodowych pilotów na świecie raptem 4 tysiące to kobiety.
Mało.

4 thoughts on “Cruise altitude

  1. kilka dni temu rzuciła mi się w oczy ta książka. muszę ją nabyć jak najszybciej.
    bycie pilotem. marzenie. ostatnio na rozmowie kwalifikacyjnej zapytano mnie, o co – wyłącznie materialnego – poprosiłabym złotą rybkę. o licencję pilotq komercyjnego, oczywiście.

    • Jest świetna. Naprawdę.
      Pilotem jako takim już bym nie chciała być – za duża odpowiedzialność. Ale chciałabym bardzo, żeby ktoś mi pozwolił wystartować. Niestety wątpię, by kiedykolwiek mi się to udało… ☺

  2. Byłam w poniedziałek w Twoim mieście, jeździłam tramwajem i korków jakoś nie uraczyłam. No, może późnym popołudniem taksówka wioząca mnie na dworzec trochę postała, ale korki były jeszcze w granicach normy. Za to na Wawelu, gdzie udałam się w wolnej chwili, tłumu nie było i nawet załapałam się obejrzenie skarbca za friko.
    A 4 tysiące to mało i niemało jednocześnie. Ciekawe jak wygląda rozkład w poszczególnych krajach…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s