Can you make it rain harder?…

Stoję sobie wczoraj w kolejce do kasy w osiedlowym owadzie. Przede mną rodzina – on, ona i ich krasnal. Krasnal siedzi sobie w wózku sklepowym i szamie croissanta. Ona wykłada z wózka na taśmę wszystko poza krasnalem, a sporo tego. On tymczasem nawija przez telefon. Nieprzerwanie. Ona wszystko poza krasnalem, a sporo tego, pakuje do siatek. On nieprzerwanie nawija przez telefon. Nie zawracając sobie głowy jakimś „dzień dobry” w kierunku kasjerki, wyjmuje kartę i płaci, nieprzerwanie nawijając przez telefon. Po czym odchodzą. Ona, pchając wózek z zakupami i krasnalem, i on, nadal gadając do pudełka.
Stojąc tuż za tą rodziną, miałam okazję niechcący podsłuchać treść rozmowy i nie sądzę, by facet ratował statek porwany przez piratów u wybrzeży Somalii lub zdalnie wystrzeliwał sondę kosmiczną. To była najzupełniej prywatna konwersacja.
W skali od 1 do 10, jak bardzo buraczkowe jest takie zachowanie?… Bo ja nie znoszę, no nie znoszę. W gruncie rzeczy bardzo niewiele jest w naszym życiu sytuacji, gdy nie można powiedzieć: „oddzwonię”.

Ale, ale.
Dziś miałam o czymś innym.

O kajakach.
Nie wiem, jak wam to powiedzieć, ale mam nową miłość.
Jak na ironię, mój ojciec spędził młode lata w marynarce, a jego córka bardzo boi się wody. Nie takiej pod prysznicem, bez przesady. Głębokiej wody. Raz w życiu tonęła – to zdumiewająco bolesne doświadczenie, gdybyście byli ciekawi – i od tamtej pory ma pewien uraz. Nie lubi podróży morskich. Jeśli koniecznie trzeba, to zniesie, ale będzie się kiepsko bawiła. Kiedyś podczas wakacji na Sycylii dała się namówić na rejs. Gdy zobaczyła łupinkę, którą miała płynąć, chciała odwrócić się na pięcie i odejść bez słowa, ale wstyd jej było, więc wsiadła. Podczas gdy całe towarzystwo nasłoneczniało się na górnym pokładzie, niżej podpisana siedziała sztywno na dole i ratowała się winem, które ktoś jej mądrze zostawił. Jej pierwszy chłopak, dawno temu, zabrał ją na wakacje, które miały być romantyczne. Na jeziorach. Dużo wiosłowania i w ogóle. Przyznaję, okoliczności przyrody były piękne. Autorka dała się namówić na pływanie kajaczkiem i zachowywała kamienną twarz do momentu, gdy usłyszała, że ma pod sobą dwadzieścia metrów wody. Po paru dniach kajakowe eskapady zaczęły być nawet przyjemne, ale tylko ja wiem, ile nerwów na początku się najadłam.
Mniejsza o moje fobie.
Jest otóż pewien dżentelmen w Londinium, mieście nad rzeką niezbyt pachnącą fiołkami (tak naprawdę przez Londyn płynie trzynaście rzek, większość już teraz pod ziemią), który co dzień zasuwa do biura nie metrem, ale nadmuchiwanym kajakiem właśnie. Kajakiem zwanym Kevin. Chwali sobie, bo nie ma tłoku jak w metrze, przyroda i w ogóle. Ot, wyimek z jego wypowiedzi dla Financial Times, proszę bardzo:
Once I decided to kayak to a black-tie dinner on the Embankment. My chances with the ladies were probably diminished by my turning up stinking of river water, and Kevin’s not exactly a tempting ride home.
Cóż za słaba znajomość damskiej psychiki.
Albo kokieteria.
Ja tam bym wolała zjeść kolację z wionącym glonami awanturnikiem niż wyprasowanym elegantem z City. Podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniona.
Nawiasem mówiąc, specjalnie dla was (bo przecież nie z własnych niskich pobudek, o nie) sprawdziłam i właściciel Kevina wygląda tak.
Sprawdziłam też i ma bardzo ładny akcent.
Coś mi mówi, że głębokość Tamizy nie miałaby dla mnie szczególnego znaczenia, gdyby mnie zechciał podwieźć.
Podczas następnej wizyty w Londynie będę uważnie obserwować rzekę i w razie czego machać.
Lubię takich dziwaków. No lubię, nic na to nie poradzę.

A jeśli mowa o ludziach dziwnych i dumnych z tego – o tym cudzie, który nas zostawił, nie chcę nawet pisać, bo mi nadal smutno, że ten rok zabrał kolejnego geniusza. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego określenia, proszę to zobaczyć i potem porozmawiamy – och, ten moment, gdy on wyrzuca gitarę i na luzie odchodzi, mówiąc całym sobą „no, tak to się robi”… Przetańczyło się trochę nocy przy Kiss. Bez dwóch zdań jedna z osób, które mnie muzycznie wychowały. Mnie i wielu innych.
I nie widzę następców.

17 thoughts on “Can you make it rain harder?…

  1. ooooo, ja poproszę tego z kajakiem BARDZO :p w moim typie pan :p
    garnitur to mundur a ja mam alergię, za mundurem panny sznurem a rude spieprza ile siłw łapach w przeciwnym kierunku😉
    a Prince… ehhhh geniusz, tak… i jak on ich obudził w tym klipie!

  2. uhh. buractwo 11 pkt.
    Kevin. mru. dziwni ludzie. mmmrrrrrruuuuu.
    chociaż garnitury uwielbiam.
    a Prince. nadal nie przyjmuję do wiadomości.

    • Ja też, chociaż prawdą jest, że w garniturze można wyglądać jak małomiasteczkowy komiwojażer.
      Albo jak James Bond. Mam kolegę, który normalnie nosi się dość niezobowiązująco – zwisające nieco z tyłka dżinsy, kaptury i takie tam. Ostatnio sprawił sobie pierwszy w życiu szyty na miarę trzyczęściowy garnitur. Granatowy, w klasyczne prążki. Jak go zobaczyłam w tym przyodziewku, to mi szczęka opadła.
      A jak na ironię, właściciel Kevina pracował w banku, więc i trochę garniaków w życiu nanosił się zapewne, nim postanowił pchnąć karierę na nowe tory🙂

      • oczywiście! np. za krótkie spodnie. albo kiepski materiał. i już się robi parodia garnituru.
        ja ostatnio zobaczyłam kolegę w szytym na miarę fraku (kolega jest rewelacyjnym muzykiem, frak niezbędny na koncerty w pewnych miejscach). ohhhh.

  3. Kiedyś podążałam do niemieckiego Schwerina rowerem. Równolegle po rzece/kanale płynął facet na desce windsurfingowej, ale bez żagla, za to z wiosłem. Brodaty, skąpo odziany, skąpany w słońcu. Teoretycznie aseksualny, ale miał w sobie coś pierwotnego, a zarazem zagadkowego. Wpatrzona w niego wywróciłam się na rowerze🙂

    • Ja też nie. Wiem, że demonstrowanie braku szacunku dla świata ostatnio w modzie, ale dla mnie człowiek zachowujący się w taki sposób jest przykrym bucem i tyle. A poza tym szpanowanie komórką było na topie w latach 90.😉

  4. Co do ostatniego akapitu – ja również nie widzę następców. I to jest przerażające i smutne zarazem. Aż strach się bać, co reszta tego roku jeszcze przyniesie…
    Ja mam uraz do wody straszliwy po przygodzie z topieniem się – i nie wiem czy nawet i dla tego pana zaryzykowałabym przejażdżkę kajakiem…

    • Ja też mam uraz, ale niestety również skłonność do udawania chojraka – bo przecież nie pokażę ludziom, że się boję (a oni i tak to widzą, bo gdy się naprawdę, naprawdę boję, to jestem jak sparaliżowana). I czasami robię rzeczy, które mnie przerażają, żeby nie wyjść na głupka, na którego koniec końców i tak wychodzę🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s