Dorastanie tylko wkurwia

Moja koleżanka miała dziś stresujące spotkanie i wyobraźcie sobie, że do uspokajania wybrała sobie mnie. Doprawdy, właściwa osoba na właściwym miejscu. Próbowałam zatem powiedzieć jej, że na pewno pójdzie jej lepiej niż mnie na ogół, bo ja to na przykład kompletnie tracę zdolność mówienia, a ona na to:
– Przecież ty jesteś taka wygadana!
He?
W porównaniu z nieboszczykami, owszem. Ogólnie jednak znana jestem z tego, że nie mówię za dużo – co, nawiasem mówiąc, niektórzy ludzie postrzegają jako zniewagę, a to naprawdę nie tak, że nie chcę z nimi gadać, po prostu nie mam i nigdy nie miałam potrzeby zagłuszania ciszy za wszelką cenę. Uświadomiłam sobie jednakowoż, że koleżanka zna mnie głównie z rozmaitych wydarzeń towarzyskich, podczas których bywa nieco inaczej, bo a) nawet mój oporny język rozwiązuje się po alkoholu, b) kiedy zwęszę okazję do opowiadania o czymś, co naprawdę mnie fascynuje, biada rozmówcy, bo może usłyszeć bardzo długi wykład, wygłaszany z entuzjazmem lekko nawet może niepokojącym. Ale – konia z rzędem temu, kto nie może godzinami rozprawiać, gdy tylko wyczuje, że oto może wsiąść na swojego konika. Na służbowych spotkaniach, ma się rozumieć, raczej nie mogę rozmawiać o teatrze ani o dziwnych przygodach w podróży, ani o ulubionych miejscach w górach.

Skoro już zeszłam na moje skrzywienia.
Zgadnijcie, gdzie dziś byłam.
Tak, tak.

Polowałam na to przedstawienie od dawna, bo grane jest bardzo rzadko.
Wreszcie się udało. I Bogiem a prawdą, chętnie zobaczyłabym je ponownie, nawet jutro, mimo że czuję się po nim paskudnie brudna.
Jest to otóż historia dwóch braci. Pozornie historia jakich wiele, niemal serialowy stereotyp – jeden ogarnięty, porywczy, ale mimo wszystko uporządkowany; drugi to duże dziecko z przerośniętym ego i skłonnością do nadużywania życiowych przyjemności, które wiecznie pakuje się w tarapaty i zawsze jakoś się z nich wydostaje, często dzięki pomocy pierwszego. Kochają się, no bo ta sama krew, ale równie żywo się nienawidzą. Ale, jak napisałam, to tylko pozornie tak wygląda. Bo oto poznajemy obu braci, gdy pierwszy odwiedza drugiego w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ten trafił i dokąd go wezwał, by nieudolnie poprosić go o pomoc. Musi zmierzyć się z demonami przeszłości i prosi brata, by ów potwierdził lekarzom, iż obaj byli w dzieciństwie molestowani.
I tu zaczyna się spiralny, gwałtowny zjazd w dół.
Jeśli myślicie, że to dołujący spektakl o pedofilii, to nie do końca. Owszem – młodzieńcze doświadczenia rzucają cień na dorosłe życie obu bohaterów. Ale na życie każdego z nich w inny sposób.
To bardzo ponura historia o tym, jak ludzie wykorzystują się nawzajem, jak z pełną tego świadomością krzywdzą innych, jak sobie samym zadają ból, bo nigdy nie zaznali miłości i nie potrafią inaczej. O tym, do czego skrzywdzona, poharatana dusza potrafi się posunąć, żeby tę swoją ciągle rozjątrzoną ranę zagoić. O tym, że czasami ludzie nam najbliżsi skrywają w sobie potworny mrok, a my nie chcemy go zauważyć.
Przedstawienie zaczyna się i kończy w ciemności tak absolutnej, że zagadką pozostaje dla mnie, jakim cudem aktorzy docierają na scenę i z niej schodzą. Ani najmniejszego światełka. Nic nie widać. Smoła. I nie było zbyt łatwo, sceny jako takiej w tym spektaklu nie ma, oni grają na drewnianych podestach okalających pień drzewa. Widownia siedzi na ławkach wyściełanych sztuczną trawą – ot, niby taki miły szpitalny park…
Scenografia i światło to w ogóle czwarty i piąty aktor tego spektaklu. Był moment, gdy nastrój zmienił się na tyle gwałtownie, że podskoczyłam przestraszona. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć zabawy – jeśli można to tak nazwać… – krakusom, którzy się na to wybierają (a powinni).

Jak stali bywalcy mojego zakątka internetów wiedzą, chodzę na wszystko, w czym gra Grzegorz Mielczarek.
Nigdy go nie poznałam – na jego szczęście, jak sądzę – ale darzę go uwielbieniem i uważam, że to doskonały aktor, oszałamiające sceniczne zwierzę. Potrafi być tak obleśny, że wialibyście byle dalej. Tak przerażający, że osiwielibyście zamknięci z nim w jednym pomieszczeniu. Tak poruszający, że chcielibyście go przytulić. I to wszystko w ciągu raptem stu minut. Między nim i jego scenicznym bratem, którego gra Marcin Sianko (fenomenalny) iskrzy bardzo.
Wśród tych wszystkich dynamicznych wymian brzydkich słów, rzucania szkłem, dawania sobie po twarzach, szarpania, rzucania sobą nawzajem o podłogę, przechodzenia od sztywnego opanowania do niemal psychopatycznej furii, wśród tego wszystkiego brzmi prosta, znana prawda. Każdy z nas potrzebuje tego samego – uwagi i troski drugiego człowieka. Nie każdy z nas to dostaje. Czasami w desperackiej pogoni za tym można bardzo pobłądzić.

PS Towarzystwo w rzędzie za moimi plecami, komentujące teatralnym szeptem każdą scenę, a zwłaszcza te, w których szpilka mogłaby upaść i wywołać zamieszanie – oby was jutro czkawka męczyła.

2 thoughts on “Dorastanie tylko wkurwia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s