Tweedledee and Tweedledum

Jak cały naród, muszę zdążyć do jutra z pewną nieprzyjemną czynnością. Odkładam to oczywiście i wymyślam sobie niezbyt pożyteczne zajęcia. Na przykład włażę na blogaska z celem napisania o tym, że lepiej dwa razy się zastanowić, zanim się coś wyśle w otchłań internetu. A może nawet lepiej odpuścić sobie aktywność w tymże.

Lubię social media. Przede wszystkim z nich czerpię ostatnio wiedzę o świecie, bo polskie portale internetowe coraz bardziej mnie irytują galopującą tabloidyzacją i podawaniem głównie łamiących wiadomości, że jakiejś gwiazdce na przyjęciu widać było sutki (no niesamowite – jakby ktoś ich nie miał…). Lubię je, bo uważam je za przydatne – i pod względem informacyjnym, i towarzyskim. Dzięki nim szybciej dowiaduję się o wydarzeniach, które mogą mnie zainteresować, dzięki nim też utrzymuję kontakt z lubianymi ludźmi daleko. Nie mam ambicji szerokiego zaistnienia w tychże, wprost przeciwnie. Niemniej funkcjonuję w nich od dawna i dość intensywnie, choć chętniej jako obserwator.
Przez ten czas zdążyłam zauważyć, że to nie jest taka prosta sprawa.
Zwłaszcza gdy jest się osobą mniej lub bardziej publiczną.

Jadąc dziś rano do pracy, sprawdzałam Twittera, jak to ja. Dzięki temu dowiedziałam się, że miłościwie nam panujący prezydent zaktywizował się bardzo w tym jakże fascynującym medium i spędził noc na cokolwiek dziwnych pogaduszkach z nastoletnimi fankami oraz opublikował selfie, jeszcze bardziej osobliwe niż ta wymiana okraszonych suto buźkami ćwierknięć.
Gdyby to zrobił członek boysbandu, uznałabym to za całkowicie normalną rzecz.
Ale prezydent?…
Weszłam sobie specjalnie na jego konto, ale po chwili lektury zaczęłam się obawiać, że oczy mi pękną od dalszego czytania. I ja się pytam – co to ma, k****, być? Sposób dialogu z narodem? Jeśli tak, to najgorszy z możliwych. Dlaczego, się pytam, dlaczego głowa państwa zachowuje się w mediach społecznościowych jak jakiś wannabe Justin Bieber? Nie interesuje mnie zupełnie, czy to jego prywatny profil – jest w końcu osobą publiczną i publicznie udostępnia te wynurzenia (chyba że nikt mu nie powiedział, że każdy może je zobaczyć…). Internet to narzędzie bardzo łatwe i zarazem bardzo niebezpieczne w obsłudze – znakomicie pomaga w budowaniu wizerunku, ale też może ten wizerunek w ciągu minut zrównać z glebą.
Oczywiście w tym przypadku dużych szkód już dokonać nie można, niemniej chyba tym bardziej należałoby zadbać o image, a nie rozmieniać się na drobne, wymieniając heheszki z podekscytowanymi panienkami. Jak to się ma do powagi urzędu? Znieważanie funkcjonariuszy publicznych podpada pod paragraf i oto dożyłam czasów, w których funkcjonariusz sam swoją funkcję znieważa, a co więcej, mnie jako obywatela też znieważa, zajmując się wymianą komplementów na Twitterze, a nie staniem na czele państwa, w którym ostatnio nie najlepiej się dzieje. Serio, panie prezydencie. Mnie nie jest łatwo obrazić, ale czuję się jakby trochę obrażona takimi zachowaniami. Zwłaszcza że sama muszę w pracy – jako zwykły urzędnik – przestrzegać szeregu zasad postępowania i nawet po godzinach dawać dobry przykład.
Ponoć niektórzy uważają, że to cudowne, że prezydent taki wyluzowany i przystępny. Otóż nie. To nie cudowne. Nie w tym stylu. Nie à la „napisz byle co do ważnej osoby, a ona i tak ci odpowie, jak jakiś chatbot”. Z uśmieszkami. Można byłoby, jak robią to inni na świeczniku, wykorzystywać swoją obecność w mediach społecznościowych, żeby zwracać uwagę na ważne sprawy. Zachęcać ludzi do wspierania zbożnych inicjatyw. Inspirować ich. A nie, kurza melodia, zachowywać się jak nastolatek, który pod nieobecność rodziców dorwał się do komputera.
To niepoważne, nieprofesjonalne, a nade wszystko zwyczajnie żenujące.
Rzekłam.

Po czym wybyłam na długi weekend z zapasem książków.
To zeznanie najpóźniej do jedenastej rano złożę, przysięgam.

A przyszły weekend, mój jubileuszowy, spędzam wiadomo gdzie. W moje własne urodziny skazuję się na wstawanie o trzeciej w nocy.

7 thoughts on “Tweedledee and Tweedledum

    • Na pierwszy ogień mają iść „Wilki” Wajraka, ale troszkę się boję, bo ja z tych miętkich, co zawsze płaczą nad książkami o zwierzętach.
      A potem nowy Hugo-Bader. Przeczytałam parę pierwszych stron i mocno się zapowiada.

  1. Szykuję się na H.Badera i ja, ale raczej w przyszłym miesiącu, bo ja z tych, co to muszą mieć własny egzemplarz i ten tego, w kwietniu trochę juz zanabyłam.

    • Ja się w nim skrycie (akurat…) kocham. Jest to książka zupełnie inna niż to, co dotychczas pisał, chociaż ta awanturnicza narracja pozostała. Ale bohaterowie inni, bo tym razem nie jeździ po obrzeżach świata, tylko rozmawia z niegdysiejszymi kolegami z opozycji.

  2. Może i późno ta rada, ale „termin ostateczny” spowiedzi podatkowej wypada w poniedziałek🙂 jeszcze godzina z okładem.

  3. Brawo Ty🙂 Mnie księgowa na szczęście składa, co trzeba🙂 Hugo-Badera Jacka bardzo ceniłam, ale książką Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak facet mi podpadł i na razie nic jego autorstwa nie przeczytam (dopóki mi nie przejdzie)🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s