Don’t forget what happened to the man who suddenly got everything he wanted

Witajcie, majowe jutrzenki.
Jak u szanownych powrót do pracy po przydługim weekendzie? Łzy otarte? Wgłębienie w ścianie od walenia głową wyżłobione? Ile kaw się wypiło, ile westchnień z głębi trzewi wypuściło? Ile nieprzeczytanych wiadomości zastało się w skrzynce, po czym rozważało, czy ich autorzy kiedykolwiek zauważą brak odpowiedzi?
Nie martwcie się. Jutro piątek.

Przeczytałam dziś dość ciekawy artykuł o tym, jak dziewczyna wyskoczyła z $500, żeby zobaczyć osławionego Hamiltona, musical, na który do końca roku bilety są wyprzedane i warte – ponoć – wycięcia sobie nerki, tak dobra jest to rzecz. Innymi słowy, to bilety tak gorące jak te do fabryki Willy’ego Wonki.
Najpierw pomyślałam, że trochę przesada. W końcu to tylko przedstawienie. Czy warto głodować z powodu przedstawienia?
A potem przypomniałam sobie wszystkie moje „och, trudno, później będziemy się martwić”. Znam doskonale uczucie, gdy człowiek po prostu MUSI coś mieć. Coś zobaczyć. Czegoś doświadczyć na własnej skórze. Nie to, że chciałby. O, nie nie. To nie życzenie. To silny wewnętrzny przymus, który sprawia, że nie sposób sobie wytłumaczyć, że coś jest nierozsądne. Może inaczej. Wie się doskonale, że to nierozsądne, tylko że ta wiedza ani trochę nie przeszkadza w objęciu kursu na przygodę. Nie powstrzymuje. Całe to przekonywanie siebie „mogę bez tego żyć, nie ma co szaleć” to w gruncie rzeczy ściema, bo już i tak decyzję się podjęło.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że wydawanie na rzeczy umiarkowanie istotne pieniędzy, których się nie ma lub takich, których brak jakoś tam jednak w budżecie się odczuje, jest supercool i wszyscy powinni to robić. Ale rozumiem to. Wiem doskonale, ile NAPRAWDĘ potrafi być wart taki bilet. Kwota zablokowana na koncie ma się nijak do wrażeń, do tego, że się było, widziało, będzie się tygodniami zamęczało ludzi wokół egzaltowanymi relacjami, opowiadało wnukom i uśmiechało do wspomnień – będzie się miało już na zawsze takie happy place w serduszku. To pewnego rodzaju, można rzec, inwestycja.
Gorzej, jeśli wrażenia najwyżej ułamek tej zablokowanej kwoty warte, ale takie przypadki omówimy innym razem.

Tyle prasówki na najbliższe dni i tygodnie.
Jutro o tej porze będę bowiem pakowała się do Londynu, do którego lecę tylko po to, by następnego ranka wrócić, więc właściwie nawet się nie pakuję, raczej upewniam, że w tobołku tkwi dowód osobisty, dynks na prąd, płyn do soczewek, szczoteczka do zębów i tusz do rzęs. Wrócę i będę musiała spakować się nieco porządniej, bo otóż przyjdzie mi spędzić resztę wiosny i zatęsknić za majowymi burzami (jedna z takich właśnie mi za oknami szaleje; och, jak cudnie powietrze pachnie) w kraju, w którym pogoda dość przewidywalna, że tak powiem.
UAE
Ostrożnie z marzeniami. Czasem sobie o czymś pomyślicie i chwilę później toto klepie was w ramię. W prawe, dla żartu, stojąc po waszej lewej.

9 thoughts on “Don’t forget what happened to the man who suddenly got everything he wanted

  1. ha. jakieś pół godziny temu weszłam na stronę Colors of Ostrava. i powiedziałam sobie, że skoro 2016 i tak jest najbardziej pokręconym rokiem mojego życia (póki co, oczywiście), to.
    bo, prawda, w ogóle nie jadę na Openera dwa tygodnie wcześniej.
    nie idę też w czerwcu na Zaz i Gogol Bordello.
    nie. wcale.🙂
    (co ja poradzę, że muzyka to moje opętanie, uzależnienie, a muzyka na żywo to jest odrębny kosmos).

    • Cóż. Jedzenie jest przereklamowane, bez prądu też w sumie można żyć, ale bez regularnego karmienia obsesji to już nie bardzo.
      Ubolewam, że tym razem Gogol Bordello mnie ominie. Poprzedni koncert wspominam jako najlepszy w życiu. Szaleństwo to było.

      • 100% TAK.
        ja znów tamtego GB bardzo Ci zazdrościłam, pamiętam opis. najgłupsze, że byłam wtedy w mieście, nie miałam innych planów. po prostu NIE. na szczęście dostałam kolejną szansę.

        • No to teraz ja będę zazdrościć🙂 bo mnie tej rozkoszy raczej nie będzie dane zaznać tym razem (acz jeśli pojawi się cień szansy, to skorzystam z pewnością).
          To była jazda bez trzymanki, Eugene jest bezlitosny. Wychodziłam calusieńka mokra. Skoro ja, osobnik nieśmiały i wycofany, który nie jest fanem publicznego tańcowania ani tym bardziej śpiewów, skakał i darł się na całe gardło, to musiało być coś🙂

  2. Co do karmienia obsesji, to ja nie mam osobiście co karmić… ale dam przykład z „kultury niższej”. Pamiętam wszak, jak w jednym z odcinków Sex and the City Carrie Bradshaw z wypiekami na licu opowiadała, jak to po przeprowadzce do NYC niedojadała, ale Vogue musiała kupować – ‚religijnie” każdy numer… pamiętam, że mnie to jakoś rozbawiło (jak wiele innych rzeczy zresztą – choć serial lubiłam, oglądałam z przymrużeniem oka i w tym celu bardzo dobrze spełniał on swoją rolę). Ja jestem (alas!) jednak do bólu praktyczna. Czasem brak tej iskry ‚szaleństwa’, ale co zrobić😀

  3. U mnie właśnie taka mniej więcej pogoda, też mnie fabryka wysłała odrabiać pańszczyznę. W niedzielę ma być „tylko” 35 stopni. Chyba szalik założę😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s