Waiting for the weather to break

Wróciłam. Nie na długo, bo w sobotę znowu w świat, ale tym razem w innym kierunku i z innych powodów, i już mnie profilaktycznie budzi nerwowy ból brzucha. O tym w każdym razie później.
W sobotę o czwartej rano minęłam na chodniku przed domem grupkę wytwornie ubranych, ale już niekoniecznie wytwornie pachnących młodych dżentelmenów wracających z knajpy. Też tak kiedyś robiłam, ale ostatnimi czasy weekendowe noce spędzam nieco inaczej. Wsiadłam do taksówki, odbyłam uroczą pogawędkę z kierowcą rozkochanym w podróżach na Bliski i Daleki Wschód (przez dziesięć minut z zapałem opowiadał mi o Angkor Wat – lubię takich oszołomów), wypiłam kawę, wsiadłam do samolotu, parę godzin później zeń wysiadłam. Trochę nie do końca pewna tego, co robię. Można było spędzić urodziny po bożemu. Z przyjaciółmi, z panem i władcą, z mamą na telefonie, z jakąś może małą imprezką. A ja co? Postanawiam spędzić je samotnie i półtora tysiąca kilometrów od domu. Chociaż Londyn, po dwudziestu pięciu wizytach tamże, przestał być miejscem obcym. Lubię go i on mnie chyba troszkę też. Są przecież ludzie, którzy stamtąd uciekają. Znajoma po krótkim urlopie w stolicy Albionu zadzwoniła do mnie z komentarzem, że to jest straszne miejsca i ona absolutnie nie rozumie, skąd te moje zachwyty. Sama nie rozumiem. Podejrzewam, że to w dużej mierze spowodowane jest wrażeniem, które tam mi się zdarza – że wszystko mogę. Co tylko zechcę. No i oczywiście całą masą wspomnień i skojarzeń.
Miałam mieszane uczucia co do tego pomysłu, owszem, ale niepotrzebnie.
Doleciałam, jak widać.
wp-1462910364900.jpeg.
Zajechałam z fasonem metrem do centrum, nasadziłam na nos okulary przeciwsłoneczne i jak to panisko ruszyłam przez Piccadilly. Jak to zwykle się zdarza, pod księgarnią Waterstones poczułam przemożną chęć wypicia herbaty, zatem wlazłam do księgarni, zeszłam do kawiarni w suterenie i złożyłam stosowne zamówienie. Żeby mi się nie nudziło, zatroszczyłam się uprzednio o towarzystwo dwóch książeczek – pierwszej (bo bardzo lubię de Bottona, również za to, że dzielimy zafascynowanie awiacją) i drugiej (nie, nie jestem miłośniczką horrorów o morskich potworach i narastającej psychozie, natomiast z pewnej uroczej – słowo klucz… – przyczyny dość mnie zainteresowała powstająca właśnie adaptacja filmowa, i właściwie to chciałam przeczytać tę książkę tylko po to, by wiedzieć, jak się skończy i czy westchnę „jak zwykle” – otóż od razu przeczytałam kilkanaście ostatnich stron i westchnęłam „jak zwykle”). Następnie pomaszerowałam w kierunku mostu Waterloo i dalej, do Old Vic.
Mogę dygresję?
Podczas każdej kolejnej wizyty mój zachwyt barmanami w pijalni Old Vic rośnie. Tacy piękni mężczyźni. Nie zdziwiłabym się szczególnie, gdyby to byli studenci szkół teatralnych, jest to wszak zjawisko dość powszechne, że marzący o scenie często za młodu zarabiają, pracując w teatrach, ale jako bileterzy, szatniarze, maszyniści, kelnerzy. W każdym razie ci w Old Vic są wyjątkowo malowniczy i wiem, że to okropne, co napisałam, lubieżny stary damski satyr, ale tak jest.
Tyle wątku pobocznego, teraz do rzeczy.
Plan na urodzinowy wieczór miałam od dawna. Planu na popołudnie nie miałam (w Londynie w soboty spektakle są grane dwukrotnie, co oznacza, że gdy dobrze zaplanujecie, spokojnie obejrzycie sobie dwa różne przedstawienia jednego dnia). Wahałam się pomiędzy innym spektaklem a The Caretaker Pintera w Old Vic właśnie. W podjęciu decyzji pomógł mi jakże kochany Bertie Carvel, który na Twitterze wyrażał zachwyty nad tym drugim, więc wybór natychmiast stał się oczywisty.
Pinter to wiadomo, on umiał pisać. U niego widać, że największe tragedie – i komedie – zdarzają się w pospolitych światach szarych przedmieść. W tej sztuce pojawiają się tylko trzy osoby – włóczęga, facet, który go przygarnął i jego brat. Ich wzajemne relacje z czasem się komplikują. Włóczęgę, tytułowego dozorcę, gra Timothy Spall, aktor bez dwóch zdań wybitny. Człowiek, który do roli Williama Turnera przygotowywał się, ćwicząc przez dwa lata malowanie jednego obrazu. Nauczył się tak, że to jego namalowana przezeń kopia wystąpiła w końcu w filmie. Jest niesamowity. Mówi zawodzącym głosem, z nieznośną manierą; wygląda jak ktoś, kogo byście w życiu do domu nie wpuścili. Ale, chociaż bez wątpienia angażuje się ogromnie i chociaż jego nazwisko na plakacie największe, tym razem to nie on jest motorem.
Trzy lata temu oglądałam w Londynie Mojo – sztukę samą w sobie średnio udaną, w której jednakowoż grali razem Brendan Coyle, Colin Morgan i Ben Whishaw. Ten ostatni oczywiście kradł przedstawienie, ale w tym spektaklu występował ktoś jeszcze. Znacznie mniej znany aktor pod tytułem Daniel Mays. I wtedy napisałam, że to nazwisko do zapamiętania. Miałam rację.
Mays, kawał chłopa z żarliwym spojrzeniem, kuśtyka niezdarnie po scenie, mówi nieco powolnie i pod koniec drugiego aktu serwuje widzom przejmujący, niesłychanie długi monolog. Jego bohater, jak się okazuje, był leczony elektrowstrząsami. Ta paskudna terapia uszkodziła go na dobre.
Gdy Spall wyszedł się kłaniać, publika z całych sił biła brawo. Gdy Mays wyszedł, publika wstała.
Cóż dodać.

Jest jeszcze trzeci bohater. Wspomniany wcześniej brat. George MacKay, lat raptem dwadzieścia cztery, z ulizanym włosem i dopasowaną skórzaną kurteczką, i doskonale psycholskim obliczem. Cudowny. Jego bohater to antypatyczna paskuda, ale oczy trudno oderwać.

Nawiasem mówiąc, drobna porada turystyczna, gdybyście wybierali się do Old Vic – czy jakiegokolwiek innego teatru gdziekolwiek. Miejsca w lożach są zwykle tańsze, bo niby ograniczony widok. Loże w końcu wynaleziono po to, by siedzący w nich byli podziwiani, a nie po to, by z uwagą śledzili przedstawienie. No tak, siedzicie nieco boczkiem. Ale jesteście bardzo blisko sceny i macie taki jakby swój prywatny pokoik, dzielony z trzema osobami czy nawet jedną, a czasem sami w nim jesteście. Fajne doświadczenie, polecam.

A potem Royal Court i X.
Gdybyście się zastanawiali, czy można zrobić horror na scenie – otóż można. Czy można wystawić science-fiction? Można tym bardziej. Momenty całkowitej ciemności bardzo w teatrze lubię, ale w tym akurat osobliwym przypadku czułam się nieswojo. Jest to przerażające. Niby nic się nie dzieje, właściwie większość pierwszego aktu nieliczni bohaterowie spędzają na rozmowach i wylewaniu frustracji. I chyba właśnie to pozorne nic-się-nie-dzianie jest najbardziej straszne, bo powolutku, powolutku wciąga widza w szaleństwo.
Otóż jest baza na Plutonie. Baza straciła kontakt z Ziemią trzy tygodnie wcześniej. Baza ma dość zapasów, by trwać w zimnym kosmosie przez lata, ale mimo wszystko nieco niepokojący jest fakt, że Ziemia przestała się odzywać, choć wszystkie wysłane przez bazę komunikaty zostały odebrane… W tej ciasnej przestrzeni zamknięci są naukowcy i astronauci. Jedna za drugą, z początku ledwo dostrzegalnie, rzeczy zaczynają się dziać. Główna bohaterka kłóci się ze współpracownikiem, że nie umył szyby, a prosiła (z tyłu sceny znajduje się potężne okno, przez które widać tylko lodowatą ciemność kosmosu, od czasu do czasu jednak pojawiają się w nim jakieś światełka, nawet zdawałoby się, że się zbliżają). Ktoś słyszy łomoty dobiegające z góry, gdzie tylko maszyneria i nikogo z pewnością tam nie ma. Ktoś widuje małą dziewczynkę, ale przecież skąd dziewczynka na pokładzie? Ktoś przyleciał na pomoc, ale czemu tylko jedna z osób w bazie z nim rozmawiała i gdzie się podział? A jakby tych zagadek było mało, zegar co jakiś czas sam się cofa o kilka minut…
I tak od rozmów znudzonych i sfrustrowanych ludzi uwięzionych daleko od domu z wolna przechodzimy w sam środek obłędu.
Jeden z bohaterów pamięta jeszcze śpiew ptaków na Ziemi – która, jak da się wywnioskować z konwersacji, została całkowicie wyjałowiona z wszelkiej przyrody. Nosi przy sobie taki gwizdek do imitowania ich głosów; miałam taki w dzieciństwie. Któregoś dnia, a może nocy, słyszy w pustym kambuzie prawdziwy ptasi śpiew i wtem ptak wlatuje na scenę. W życiu nie myślałam, że papierowego ptaszka można się tak przestraszyć. Że nie wspomnę o końcowych momentach pierwszego aktu, gdy znienacka otwarły się drzwiczki szafki w kantynie i w tychże drzwiczkach pojawiły się ludzkie nogi – ktoś obok mnie nie wytrzymał i wrzasnął.
Ale nie to było najgorsze.
Główna bohaterka lubi sobie nagrywać absolutną ciszę na zewnątrz i potem jej słucha. Bo to cisza tak głęboka, że aż dźwięczy (ciekawostka – NASA istotnie szkoli astronautów w specjalnych komorach, żeby przywykli do ciszy, ale jest na świecie miejsce, w którym poziom hałasu wynosi MINUS dziewięć decybeli i ponoć nikt nie wytrzymał tam dłużej niż trzy kwadranse, zwłaszcza że do tego jest ciemno; najzupełniej zdrowi na umyśle ludzie mieli halucynacje albo, nim do nich doszło, błagali, żeby ich wypuścić, bo tak fatalnie się czuli). No więc słucha ona sobie tej ciszy. Nakłada słuchawki. Cisza istotnie.
I wtem w tych słuchawkach dziecięcy śmiech.
Paplanina małej dziewczynki.
Światła gasną.
Włosy widzów siwieją.

A czy to wszystko wydarza się naprawdę, to inna sprawa.

Główną rolę w tym przedstawieniu gra Jessica Raine, znana z serialu o położnych – i jest arcyświetna, ale skrobie jej marchewkę szczupłe chłopię pod tytułem James Harkness, o którym od pierwszego wypowiedzianego przezeń słowa wiadomo, że Szkot. Z Glasgow. Syn alkoholika; ostro łajdaczył się za młodu, ledwo przeżył ciężkie pobicie, po czym ukończył prestiżową szkołę aktorską – dzięki finansowemu wsparciu anonimowego darczyńcy – i znakomicie sobie radzi, ostatnio z powodzeniem paradując po deskach jednego z najważniejszych teatrów w Europie (bo Royal Court jest miejscem, w którym od lat mają miejsce premiery nowych sztuk wybitnych współczesnych dramaturgów). W wywiadach mówi, że aktorstwo wyciągnęło go z równi pochyłej, którą już się staczał, mając raptem kilkanaście lat przecież. Ja mu wierzę. Gdy kręciłam się pod teatrem po spektaklu, wyszedł jakiś taki elegancko w białą koszulę i doskonale skrojone spodnie odziany koleżka z przydługim włosem, zatrzymał się nieopodal i zapalił papierosa. Jak zwykle – nie miałam odwagi podejść. Obawiam się, że zrobię to następnym razem.

Dość nawet mi się ta wycieczka udała.

2 thoughts on “Waiting for the weather to break

  1. „lubieżny stary damski satyr”.❤
    ta sztuka o Plutnonie. przeczytałam Twoj post i ciary. chcicałabym to obejrzeć. uhh.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s