Not in Kansas anymore

Mam wrażenie, że o tym mieście łatwiej opowiadać obrazami.
Bo co o nim można napisać.
Że jest niepodobne do żadnego innego? No, jest. Taka marsjańska kolonia. Jak z filmów, w których ludzkość ucieka na inne planety i buduje tam sobie raje pod kopułą wiecznie błękitnego nieba.

image

Że to lunapark ludzi, którzy mogliby kupić całą waszą dzielnicę i nawet by tego wydatku nie zauważyli? Owszem.
Że po horyzont szklane wieże? Wiadomo.

image

Niektóre z nich, jeśli nie większość, to imponujące cuda architektury – albo po prostu bardzo wysokie kurioza – bo tu nic nie może być zwyczajne, nie godzi się wtapiać w tło.
Że aby pokonać skromne półtora kilometra, na ogół trzeba wziąć taksówkę – albo pojechać metrem, bo to nie jest kraj dla pieszych, chyba że lubią ginąć pod kołami pędzących sześcioma pasami samochodów? Było o tym w telewizji.
Że możecie tu kupić wszystko, zjeść wszystko? Ależ tak.
Że upał potrafi przydusić, a kąpiel w morzu nie orzeźwia? Ma się rozumieć.

To wszystko wiadomo.

Czego nie wiadomo, nie od razu, to to, że w tym dziwnym, z pozoru niegościnnym miejscu łatwo poczuć się u siebie.
Tu żyją prawie sami cudzoziemcy. Wszyscy są nietutejsi. Nie jesteście sami w swojej nietutejszości, więc przerażenie „o mój Boże, jak ja się tu znajdę” szybko mija.
Wszyscy są też bardzo mili.
Słońce co rano. Kupujecie nadziewanego croissanta i mocną kawę – albo lemoniadę – i w promieniach słonecznych idziecie przed siebie. Wieczorem zrywa się bryza, kontury drapaczy chmur nieco się rozmazują w wilgotnym powietrzu, ale światła na dachach nieustannie, niestrudzenie migoczą

image

To już zaraz dwa tygodnie, jak tu siedzę. Przyleciałam tu w towarzystwie nieznajomego, który spędził na Bliskim Wschodzie wiele czasu i przez całą drogę zapewniał, że będzie mi się podobało. Na wizytówce nabazgrał maczkiem miejsca, które powinnam odwiedzić.
Odczekawszy swoje w kolejce do pieczątek, wsiadłam do taksówki. Za kierownicą, jak się okazało, siedziała lokalna dziarska dziewuszka, drobniutka, która beztrosko i mimo moich protestów wrzuciła moje ciężkie toboły do bagażnika, mój zmęczony zewłok na tylne siedzenie, po czym z prędkością 130km/h pogrzała do miasta.
Jak wiadomo, dość lubię gawędzić z taksowkarzami. Całkiem jak w Krakowie, dziewczyna powiedziała, że woli jeździć po nocy, bo spokojniej (nie żeby różnica była znacząca…). Zapytana, co najpierw powinnam zobaczyć, zaśmiała się i wskazała na błyszczącą na horyzoncie Burj Khalifa, a potem, poprawiwszy chustkę i posławszy mi w lusterku zawadiackie spojrzenie spod doskonale umalowanych rzęs, powiedziała:
– Ale najpierw musisz na plażę!

O tym wszystkim będzie. W każdym razie nieznajomy miał rację.

7 thoughts on “Not in Kansas anymore

  1. Wszystko cudnie, zobaczyłabym super chętnie, tak na moment, ale tego upału bym nie zniosła i nie ma szans, żebym przywykła. Jakiś czas byłam latem w NY, upalisko plus 100% wilgotności, myślałam, że zejdę.

    Kiedyś oglądałam reportaż o obcokrajowcach, którzy tam mieszkają dla kapuchy. I jakieś smutne wydało mi się mieszkanie taaam wysoko, ciągle w klimie, bez możliwości otwarcia okna, bez tarasu, zielonego skrawka chociażby. No, ale tacy ludzie niewiele czasu spędzają w „domu”.

    Korzystaj, baw się świetnie😊

    • W sumie tylko tacy tu mieszkają – i nie dziwię im się zbytnio; gdybym miała możliwość przeniesienia się na rok-dwa, chętnie bym to zrobiła.
      Z upałem da się żyć – ten tydzień był całkiem przyjemny, wczoraj wieczorem nawet temperatura spadła poniżej 30 stopni ☺ natomiast bardzo łatwo zrozumieć, czemu tu nikt pieszo nie chodzi.

      • Może będziesz miała taką możliwość, kto wie😃

        Ja bardzo lubię chodzić pieszo😊 W tym reportażu była rodzina z malutkim dzieckiem. Kobieta, dziecko i oczywiście niania całą dobę w klimatyzowanym mieszkaniu. Wieczorem kolacja z mężem w restauracji kilka pięter niżej. Hm, na chwilę to może i ekscytujące😊

        • Ja też i chodzę pieszo wszędzie, gdzie mogę. Tu się nie da za bardzo, bo upał to jedna sprawa, druga to architektura – cóż z tego, że masz do celu rzut beretem, jeśli po drodze szesciopasmowa autostrada ☺
          No i fakt, tu można żyć w takich enklawach, mając minimalny kontakt ze światem na zewnątrz. Jest to trochę dziwne na początku, ale ja sama nie wypuszczam się za bardzo poza kompleks, w którym rezyduję, bo tu wszystko jest ☺

  2. mnie Dubaj przypomina swiat filmu „Moj wujaszek” Jacquesa Tati.
    Ale wyjazd na pustynie jest nie lada przezyciem😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s