Sequence Number

Byłam wczoraj w Jordanii.

Uściślając, przeszłam kilka metrów po jordańskiej ziemi, z samolotu do samochodu, który czekał na nielicznych pasażerów (i odwożąc ich do terminalu, zderzył się z z innym lotniskowym samochodem, ale na tyle niegroźnie, że panowie pokrzyczeli na siebie przez okna i pojechali dalej – no cóż). Weszłam do terminalu. Posiedziałam przez chwilę na krzesełku, przyglądając się sunącym bezszelestnie po marmurach pięknookim kobietom w nikabach i tym w podkoszulkach. Wreszcie poszłam kolejnym długim, zakrzywionym korytarzem, na końcu którego czekał uśmiech i służbowe „Grüß Gott”, oznaczające bez wątpienia, że wracam do Europy. Czyli tak naprawdę wcale nie byłam w żadnej Jordanii. Nie przekroczyłam jej granicy. Byłam w tej magicznej, nieoznaczonej na mapach krainie znanej jako TRANSFER, gdzie każdy jest u siebie i zarazem nie jest. Teoretycznie wyjechał z jednego kraju, ale nie przekroczył granicy drugiego. Siedzi w tym swoim nigdziebądź. Modli się o ogólnodostępne WiFi, żeby zabić nudę – zabrane książki już przeczytał. Zaprzyjaźnia się z cudzymi dziećmi. Rozgląda się za miejscem, gdzie kawę wydają. Czeka. Czeka, aż na ekranie pojawi się wytęsknione słowo „boarding”. Wtedy wreszcie będzie mógł pójść tym korytarzem. Zająć miejsce i skulić się w nim. Poprosić o wino (nawiasem mówiąc – jordańskie są bardzo dobre!). Zdrzemnąć się nieco, ukojony łagodnym pomrukiem silników, które na zewnątrz, za dźwiękoszczelnymi szybami zapewne ryczą potwornie, ale do ucha pasażera dociera tylko to delikatne, usypiające szemranie.
Pasażer, będąc nigdzie, niby w jakimś kraju, ale w gruncie rzeczy gdzieś pomiędzy trzyliterowymi kodami na karcie pokładowej, będąc przez chwilę niczym więcej niż kodem paskowym na kartoniku, bo w tym zapisane są wszystkie jego ruchy, skąd, dokąd, kiedy – lada moment zniknie, jakby nigdy go tu nie było. Za kwadrans poczekalnia zapełni się kolejnymi takimi jak on. Nieco zagubionymi i wpatrującymi się w tablicę z odrobinę zrezygnowaną cierpliwością, bo cóż innego można zrobić. Za kilka godzin pasażer wyląduje w domu i natychmiast poczuje się dziwnie zmęczony. Zaniepokojony, bo miał bardzo niewiele czasu na przesiadki i co, jeśli bagaż nie zdążył? (Zdążył, przybył oklejony osiemdziesięcioma czerwonymi nalepkami oznaczającymi, że z tą walizką trzeba biegusiem – pani na stanowisku odprawy w Dubaju widocznie istotnie przejęła się moim lekkim podenerwowaniem. Co ciekawe, pierwotnie moje toboły miały zostać nadane li do Ammanu, bo leciałam dwiema różnymi liniami, które najwyraźniej nie mają ze sobą umowy i zrobiło się lekkie zamieszanie, gdy przerażona oświadczyłam, że nie ma takiej opcji, bym to odbierała i od nowa nadawała w miejscu przesiadki, bo tym sposobem nie zdążę na kolejny samolot. Pani się zafrasowała, ale złapała za telefon, podzwoniła tu i tam, nagle wyrosło przy niej całe stado ludzi dyskutujących żarliwie i popatrujących to na mnie, to na ekran, cokolwiek na nim widzieli, celujących palcem to w ekran, to we mnie – trochę to trwało, ale wreszcie na rączce mojej walizki pojawiła się opaska z jedynie słusznymi literami KRK. Uff).
Pasażer da się zawieźć do domu taksówkarzowi – bardzo miłemu, co nie zmienia faktu, że pierwszy i ostatni raz korzystałam z tych oficjalnych lotniskowych taksówek; ichni cennik to zbrodnia w biały dzień, no dobrze, w ciemny wieczór, ale jednak gruba przesada.
– A pani skąd przyleciała?
Odpowiadam. I sama dziwię się mojej odpowiedzi, bo jak to, jeszcze rano tam byłam, jeszcze w południe jadłam lunch, a teraz nagle jestem z powrotem tutaj, prawie 6000 kilometrów dalej? Nie może to być.

Obiecuję, że będzie tu duży wpis o wszelkich cudach tego miasta, które naprawdę wydaje się nierealne, ba, ono jest nierealne, to sztuczna enklawa nieustającej szczęśliwości wciśnięta między morze i pustynię – bo czegóż on nie ma, wszystko najnowsze, najwyższe i największe. Sztuczne wyspy, wieżowce, centra handlowe z lodowiskami, stokami narciarskimi, piętrowymi fontannami. Obejrzawszy cały budynek wydrukowany w 3D i funkcjonujący jako zupełnie normalne biura, zastanowiłam się, czy misję na Marsa też zamierzają wysłać. Zamierzają.
A przynajmniej o jednym cudzie chciałabym napisać.
I napiszę.
Gdy tylko wrócę stamtąd, dokąd jadę o szóstej rano. I może chociaż tam się wyśpię.

5 thoughts on “Sequence Number

  1. masz niespożyte siły🙂 cudnie piszesz i dobrze że szczęśliwie wróciłaś. Udanego oglądania przedstawień i czekam na notkę o tym dziwaczno cudacznym mieście w którym byłaś🙂

  2. Bardzo trafnie oddałaś klimat miejsca pt. „transfer”… Ja mam takie dwa miejsca, w których bywam-nie bywam: Bangkok i Dohę. Niby się tam jest, a jednak się nie jest. Tymczasowość jest wręcz namacalna🙂
    P.S. A latanie jest super! Świat kurczy się do kilku/kilkunastu godzin🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s