A ton tour de gagner

Ależ zmokłam.
Powiedzmy, że to wyrównanie za Zatokę Perską, gdzie przez trzy tygodnie widziałam raz chmurkę. Dziś tymczasem nad moją głową, na ostatniej prostej do domu, rozpętała się apokaliptyczna burza, a ja oczywiście bez parasolki. I w balerinkach, jak to ja. Ośmieliłam się pokonać trasę z tramwaju do domu szaleńczym sprintem i dopadłam drzwi ociekająca wodą. Co samo w sobie było nawet dość przyjemne. Gdyby to był zwykły deszcz, to pewnie bym nie biegła. Ale burza to burza. Wszyscy znają autorki stosunek do burz. W skrócie – byle dalej ode mnie. Jeśli jestem pod dachem, zniesę. Na zewnątrz jestem bliska napadu paniki. Nie przesadzam ani trochę. Dla tych słabiej zorientowanych w mojej nudnej biografii, otóż niegdyś przeżyłam burzę w Tatrach, skulona na plecaku w jakiejś kamiennej niszy na szlaku i piorun uderzył parę metrów ode mnie. To jest absolutnie koszmarne doświadczenie, zarazem niepodobne do żadnego innego, jakiego na tej planecie zaznacie, ale od tamtej pory sam widok burzowej chmury na horyzoncie nieco mnie usztywnia i sprawia, że zasuwam kurcgalopkiem do najbliższego budynku.

To w ogóle był trudny dzień.
Zawsze uważałam, że bycie miłym popłaca. Mam przy tym wrażenie, że słowo „miły” w naszym języku nabrało jakichś dziwnych konotacji, jakby chodziło o wiecznie tępo uśmiechniętego wioskowego głupka czy kogoś w tym rodzaju, osobę całkowicie pozbawioną charakteru i taką raczej płaską. Nie podoba mi się to. Tak czy inaczej, jestem głęboko przekonana, że odrobiną życzliwości i zrozumienia można zdziałać znacznie więcej niż za pomocą bycia nadętym bucem. Od lat wierzę – i według tej wiary funkcjonuję – że skoro tak naprawdę wszyscy jedziemy na tym szalonym wózku razem, to naprawdę zdrowiej i przyjemniej oszczędzać sobie nawzajem stresów. Wierzę też, że jeśli komuś okażę sympatię, tak po prostu, nie dlatego, że sobie zapracował na to, bym go z wysokości mojego tronu omiotła łaskawym spojrzeniem, ale dlatego, że to taki sam człowiek jak ja – to ona do mnie wróci. Oczywista, zdarzyło mi się parę razy w życiu boleśnie żałować tego nastawienia, ale w ogólnym rozrachunku wychodzę na plus. Działa. To taka prosta wymiana. Dajesz i bierzesz. Zdarzyło mi się w życiu całkiem sporo sytuacji, gdy ostrzegana „uważaj, to jest trudny człowiek” wracałam z pytaniem „ale czemu? strasznie fajny gość”. Sądzę, że życzliwość to taki jakby magiczny kluczyk, który bardzo wiele drzwi otwiera.

Niestety nie zawsze wszystko tak idealnie idzie.

Są takie indywidua na tym świecie, które same z siebie krzty dobroci nie potrafią wykrzesać, ale bezczelnie jej się domagają. Dają sobie przyzwolenie na ciskanie aroganckich tekstów w innych, pomiatanie innymi, traktowanie ich jak zła koniecznego i zbędnych zarazków, i z jakiejś niezrozumiałej przyczyny uważają, że to jest prawidłowe. Dodajmy, że na ogół nie są to osoby, które miałyby jakiekolwiek wyraźne powody do czucia się lepszymi od innych (z wyjątkiem, ma się rozumieć, szkodliwie rozbuchanej miłości własnej lub też maskowanych kompleksów). I zawsze mnie zdumiewa, gdy osoba taka, wyraźnie nadużywszy czyjejś dobrej woli, cierpliwości, ogólnie wszystkiego i doprowadziwszy kogoś do temperatury wrzenia, demonstrowanego za pomocą nadal dość uprzejmego werbalnego zaprezentowania środkowego palca, uwaga, obraża się. Jakby zachowanie – czytaj: cięta riposta – adwersarza nie było reakcją człowieka, który już po prostu nie zdzierżył. Nie rozumiem, czemu niektórzy nie rozumieją, że każdy, absolutnie każdy człowiek na tym łez padole ma swoją granicę, za którą może rozciągać się siódmy krąg piekieł.
A to jest naprawdę prosta, bardzo prosta zasada. Chcesz, żeby ludzie byli dla ciebie fajni? Bądź fajny dla nich. Ot, cała filozofia. Nie wymaga dyplomu z psychologii społecznej.
Mój James Bond tydzień temu, gdy prawie wyłam za biurkiem, bo wcześniej nieco się powadziliśmy i w ogóle nie wyrabiałam na zakrętach, zszedł na dół do kawiarni i przyniósł mi kolejną torbę emirackich wypieków, podsuwając mi je pod nos i mówiąc:
– Zjedz. Cały dzień nie jadłaś.
Mała rzecz, a prawie się w nim zakochałam dzięki temu. Inna sprawa, że moje zszargane nerwy natychmiast grzecznie się ułożyły.
Toteż apeluję: bądźmy mili. I nam będzie lepiej, i innym.

Poza tym znalazłam kolejny siwy włos. Staram się sobie wytłumaczyć, że on nie jest siwy, tylko spłowiał od słońca, niemniej wiem trochę za dobrze, ile stresu się nażarłam w ostatnich dniach. To się wyrwie, ufarbuje czy coś…

I znowu Francja wygrywa w nogę? Poważnie? Ech.

14 thoughts on “A ton tour de gagner

  1. taaaaak, znamy ten typ człowieka, a niech się obraża, parasol gdzie nie lubi,
    plażowy
    i rozłożyć
    a powiem ci, że dzieki twojej notce sobie dookreśłiłam… że ja miła jestem (i to bardzo!), ale w stopniu ograniczonym
    dużo wcześniej, niż tobie, przepalają mi się bezpieczniki
    i dużo wcześniej niż większość znanych mi ludzi mówię: nie życzę sobie, proszę się zachowywać, albo won z mojego ogródka
    ci fajni jakoś w tym ogródku zostają😀
    a reszta na szczęście może spadać na drzewo, nie muszę z nimi przebywać
    wiem, że pracując i mieszkając w mieście zawęża się sobie możliwość takiego odsiewu, a tam, gdzie jestem ja, bywa samotnie, ale oj tam
    wolę trochę samotności niż bucerkę wokoło😉 (na razie ;p )

  2. Po 38 latach pierwszy raz udałam się do fryzjera w celu nałożenia farby. W ciagu minionego roku stało się. Powód? 15-miesięczny terminator😊

    Co do ludzi. Cóż. Od 3 miesięcy mam koszmarne uczucie, że ktoś z jakiegoś powodu życzy mi/nam BARDZO źle.

  3. ja już mam tyle siwych włosów że bez farbowania się nie obejdzie, ale i też mega dużo stresów miałam jakieś 2 lata temu… to wszystko tłumaczy. Co do takich ludzi – to ja nie pojmuję.. I też uważam, że dobro powraca, jak się jest fajnym dla innych , to inni dla Ciebie też będa. Przynajmniej wiekszosc. A resztą nie warto se zawracać głowy…

  4. Bycie milym, to przeciez czesc savoir vivre’u, zapomnianej sztuki bycia w spoleczenstwie. Niestety, mam wrazenie, ze otwieram jej ostatni rozdzial – savoir mourir …

    • Savoir vivre to już okropnie niemodna rzecz. A szkoda, bo dla mnie na przykład osobnik dobrze wychowany zawsze jest bardziej atrakcyjny od aroganta, choćby ten drugi wyglądał jak skrzyżowanie Cary’ego Granta z Clarkiem Gable.
      Już nie wspomnę o tym, że to naprawdę wraca do człowieka. Może nie zawsze, ale częściej tak niż nie.

      • Savoir vivre to zamierająca część życia. Zamiera, bo zwyczajnie, przez ostatnie 70 – 80 lat zmienił się przekrój społeczny i prym wiodą kolejne pokolenia, które to po drabinie wchodzą, a które wywodzą się z grup, gdzie był to zwrot enigmatyczny, nic nie mówiący i nikomu do niczego nie potrzebny. Więc kolejnych pokoleń nie miał kto tego nauczyć, gdy z domu wynieść tego nie mogli, bo, rodzice tego nie znali.
        Kiedyś tego na pensjach uczono i w szkołach dla chłopców, a później, urowniłowka, coraz większa, i większa i jak patrzę na moich znajomych wykładających na wyższych uczelniach, to płakać mi się chce z żalu nad tym czym kiedyś był autorytet profesora… dziś,m za miast tego, widzę cycki Pani Doktor albo obcisłe i podarte portki, łysiejącego Pana Doktora Habilitowanego … garsonka, garnitur – ? czepiam się jak zwykle….

  5. Nie znam się, ja zawsze z boku, patrzam sobie na ludzi, nie, że z wyższością, nie nie – z zaciekawieniem, przyglądam się… a gburów – ignoruję aż nie przekroczą granicy, bo jak im się to uda to są zdziwieni i zaniemówieni najczęściej…

  6. „życzliwość to taki jakby magiczny kluczyk, który bardzo wiele drzwi otwiera”❤.
    co do burzy i moknięcia- jeśłi to Cię pocieszy ja je zaliczam ostatnio na rowerze..;)
    ps. siwe tak lepsze od odrostu na pół łba imo🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s