Ride a magic bus tonight

Bardzo nam się świat zmniejszył w ostatnich latach. Reguła sześciu stopni oddalenia trochę przyrdzewiała, bo w rzeczywistości mediów społecznościowych prawie każdego, prezydenta USA i Richarda Armitage’a, mamy na wyciągnięcie ręki – przynajmniej pozornie. Zapominamy o tym, że ludzie, których gdzieś tam w internetach obserwujemy, nie są tak naprawdę – poza nieliczną grupką – naszymi znajomymi. Możemy sobie wyobrażać, że znamy ich na wylot, ale przecież w gruncie rzeczy wiemy tylko tyle, na ile nam pozwolą (i, co zawsze podkreślam, to wcale nie musi być prawdą). Nie wiemy, co sprawia, że publikują takie a nie inne posty, lubią takie a nie inne profile, robią zdjęcia temu a nie innemu, a przede wszystkim mają takie a nie inne poglądy. Jeśli są żywymi ludźmi, zapewne je mają. I mogą je wyrażać. A my możemy z tymi poglądami zgadzać się lub nie, dyskutować lub nie. Ale o jednym zawsze warto pamiętać, jak sądzę.
Wolność słowa, wiecie, to takie coś, co działa w obie strony.
Wolność słowa oznacza też, że bierzemy za to słowo odpowiedzialność, a nie że pieprzymy trzy po trzy, by następnie ubolewać, jak to nas źle zrozumiano. Nie nękamy ludzi. Nie lżymy ich w odpowiedzi na ich stanowisko, z którym się nie zgadzamy. Poważnie, po ostatnich dniach jestem skłonna wyrazić zdanie, że dostęp do internetu powinien być reglamentowany. Tylko dla dorosłych. I to dorosłych gotowych podpisać się nazwiskiem pod tym, co puszczają w świat. Parę dni temu ręce mi się same załamywały nad osobnikami, którzy najpierw na swoich publicznych profilach wyrażali poparcie dla tego, co się stało na Florydzie, a potem, gdy ktoś puścił ich podpisane komentarze w świat, piszczeli, że tak nie wolno. Dzisiaj łamiąca wiadomość, że pewien celebryta ma być może romans z inną celebrytką (tak Bogiem a prawdą, mnie to jakąś ustawką trąci, ale moje medialne wykształcenie czasami czyni ze mnie osobę nadmiernie podejrzliwą) wywołała jakąś kuriozalną histerię, jakby się jednej z drugą zapomniało, że celebryta w ogóle nie wie o ich istnieniu i zapewne nie jest ciekaw ich miażdżącej opinii na temat swoich życiowych wyborów.
Takie mam wrażenie, po raz wtóry, że internet pozbawił nas cennej umiejętności gryzienia się w język.

No, ale żeby nie było tak poważnie.

Po pierwsze, z cyklu „poezja wyszukiwarek” – ktoś tu dziś trafił, wbiwszy w Gugla wdzięczną frazę: kobiety szukające facetów by ich torturować i wykorzystać. Nie przypominam sobie, bym kogokolwiek w życiu torturowała (nie żebym nie miała ochoty parę razy, ale to inna sprawa), więc nie pomogę za bardzo.
Po drugie, w moich trafieniach ostatnio coś ustały pytania o to, czy Colin Morgan ma dziewczynę. Nadal niestety nie wiem, czy ma, ale spodziewam się, że pytania wrócą, albowiem ponieważ koleżka gra w serialu, na który zacieram rączki od dawna. Tylko że nie z jego powodu. Na wszelki wypadek od razu wystosuję ostrzeżenie, że mój kolejny wpis może być jedną wielką mętną dygresją. Bo wiecie, chodzą po tym świecie osoby, których żarliwie nienawidzę, a przynajmniej tak sobie bezskutecznie wmawiam. Osoby owe jak najbardziej w tym serialu się pojawiają. I BBC sprawiło mi nieopisaną radość, bo otóż postanowiło – po raz pierwszy w swojej historii – wszystkie odcinki wspomnianego serialu udostępnić naraz w internecie jutro, choć premiera telewizyjna za dwa tygodnie. Nie posiadam się. Na moje szczęście odcinków jest tylko sześć (spośród których raptem trzy interesują mnie szczególnie). Czy może być coś lepszego do roboty w piątkowy wieczór niż… no tak. Bez komentarza.

5 thoughts on “Ride a magic bus tonight

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s