Let’s get direct

A zatem istotnie spędziłam piątkowy wieczór, oglądając serial. Mam aż tak pasjonujące życie.
Nie żałuję wszakże, bo jest to rzecz bardzo dobrze zrobiona, z piękną i tylko odrobinę jeżącą włos na grzbiecie folkową muzyką, bardzo smacznie sfilmowana (jesienny las i czerwona sukienka bohaterki nasuwały skojarzenia z niepokojącymi wersjami baśni Angeli Carter), z Colinem Morganem, z klatką piersiową Colina Morgana, no i z nieoczekiwanym twistem pod koniec, ale co wam będę mówić. Warto.
Nie piszę tego dlatego, że sami wiecie dlaczego (tu przerwa na pokrycie się żenującym rumieńcem), tylko dlatego, że to naprawdę porządna, wciągająca, momentami bardzo smutna i niesłychanie klimatyczna historia.
Aczkolwiek sami wiecie dlaczego troszeczkę też.
Bo w tym serialu pojawia się ktoś, kogo znam, kto mnie nawet trzymał za rączkę onegdaj i kto jest uroczy nie do zniesienia. I co prawda jest go co kot napłakał, ale lepsze to niż nic. Zawsze miło ten charakterystycznie warkotliwy głosik usłyszeć.

Jak na ironię, twarzoksiążka przypomniała mi wczoraj, że oto minęły trzy lata od dnia, gdy kupiłam bilet na pewne przedstawienie. Dziękuję ci, twarzoksiążko, ale ja o tym doskonale pamiętam.
Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, co się dalej wydarzy, zabiłabym go śmiechem.
Nawet moja bujna wyobraźnia nie wyprodukowałaby takiego scenariusza.
Nie żebym narzekała czy coś.

Widzicie, ja przez lata całe spoglądałam z lekką wyższością na moje koleżanki, które w tajemnicy – albo przy zrezygnowanym błogosławieństwie – partnerów czy partnerek dokopywały się do mrocznych krańców Jutuba i lajkowały na Fejsie absolutnie każde zdjęcie, na którym wielbiony artysta się pojawiał, niechby tyłem i tak daleko w tle, że był wielkości nogi mrówki. Czasami też, przy okazji ogłoszeń, że artysta pręży muskuły w nowym filmie, ekscytowały się bardziej niż gdyby dostały premię. Przyglądałam się temu z niesłuszną dumą, że coś takiego mnie nie spotkało i jestem odporna na takie afekty, a opatrzność przyglądała się temu mojemu samozadowoleniu z coraz szerszym uśmiechem.
Jak łatwo się domyślić, trzy godziny na tamtym spektaklu spędzone wystarczyły, bym nabawiła się osobliwej traumy, z którą żyję do dziś. Powróciwszy wtedy do Krakowa, jęłam szukać gościa w internecie. I znalazłam jeden wywiad, po którym pomyślałam – kurza melodia, on chyba dużo grubych książek czyta (potem się przekonałam, że to koleś, który w rozmowach używa słów typu „idiosynkrazja” lub też „propriocepcja”, ponieważ dlaczego nie), i jedno zdanie, po którym pomyślałam, że ja go chyba chciałabym kiedyś poznać. Bo on mnie w tym zdaniu niechcący opisał. To znaczy nie mnie we własnej osobie, ale taki typ usposobienia, jaki mam. I było to określenie uderzająco trafne.
Był tylko jeden problem.
To nie było szczególnie prawdopodobne. Wrzuciłam zatem tę chęć do szufladki opatrzonej napisem „pobożne życzenia” i zajęłam się rzeczywistością. Ale, jak mawia moja mama, głupi ma zawsze szczęście.

Raptem pięć miesięcy później wymieniałam chichoty z tymże samym dżentelmenem, czerwonym jak rzodkiewka od z trudem opanowywanego śmiechu – a gdy ten śmiech wybuchnie, to wszyscy wokół też nim się zarażają. Parę kolejnych miesięcy później postanowiłam mu się przedstawić (do czego podchodziłam jak do misji samobójczej, ale nie było tak strasznie). Powiedział mi wówczas, żebym przyszła powiedzieć „cześć”, gdy znów będę w okolicy i myślę, że przeklina ten moment. Z drugiej strony uważam, że całkiem przyzwoity i kulturalny ze mnie stalker. Może czasem wpadnie na słup albo zapomni, co chciał powiedzieć, ale ogólnie rzecz biorąc pewnie można było trafić gorzej.
Ośmielona tym jakże pozytywnym doświadczeniem, jeszcze dwóm osobnikom z tej branży poszłam powiedzieć, co o nich myślę, ale te miłe wydarzenia nie niosły już za sobą podobnych konsekwencji. I całe szczęście chyba.
Tak to się zabawnie toczy od tamtej pory.
No i od tamtej pory jeszcze bardziej niż poprzednio lubię tę piosenkę.

Trzy lata, mój Boże. Strasznie ten czas zasuwa.

Poza tym natomiast znowu wyjeżdżam. I chyba po raz pierwszy w życiu czuję, że wcale mnie to nie cieszy. Nie jestem ani trochę podekscytowana, raczej jakby zmęczona na zapas. No i pana i władcy mogę przed sierpniem nie zobaczyć, co mnie raczej dołuje.

9 thoughts on “Let’s get direct

  1. Zastanawiałam się kiedyś, czy wiem o aktorze/artyście, którego mogłabym być prawdziwą fanką. Taką, która zaczyna się jąkać, czerwieni się, miękną jej nogi. Albo na przykład psychofanką. Nigdy nie wydaję z siebie nagłych i niekontrolowanych, raniących uszy dźwięków, więc drugie odpada. Ale gdybym spotkała (choć to niemożliwe) młodego Colina Firtha, albo Matta Damona, to kto wie. Może bym wpadła na latarnię albo zaczęła się jąkać.
    Pozdrawiam😉

      • W teorii ktoś mógłby zostać psychofanem danego autora, bo na przykład bardzo do niego trafia. Ma strasznie zbliżony sposób postrzegania świata i wysławiania się. Myślę, że gdybym spotkała Carlosa Ruiza Zafóna (nigdy nic o nim nie czytałam, bo wolę się zajmować produktem niż autorem, więc nie wiem jaki podobno jest osobiście), pewnie bym się zaczęła jąkać xD Ale nie dlatego że myśli podobnie do mnie, tylko mi naprawdę imponuje. Cień Wiatru – moja ulubiona książka ever, do której wracam co jakiś czas i odkrywam różne elementy od nowa❤

        • Hm, ja mam wobec tego dramatycznie różną definicję psychofana, bo dla mnie to ktoś, kto ewidentnie przekracza granicę, roi sobie Bóg wie co i jest zdolny do naruszania przestrzeni i/lub prywatności. Raczej ktoś, kto rozbija namiot pod czyimś domem niż ktoś, komu czasem skołowacieje język.
          Inna sprawa, że ten zbliżony sposób postrzegania świata to bywa złudna sprawa, bo niepokojąco wielu ludzi utożsamia wytwór z twórcą. Ale można się miło zdziwić. Oj, można.

          • Czasami używa się określenia ‚psychofan’ na kogoś, kto ma na czyimś punkcie obsesję. I absolutnie nie kontroluje wybuchów radości na widok idola. Pewnie jest to niepełny opis psychofana. Zawsze mi się wydawało, że psychofan jest mniej groźny od wariata – możliwie stalkera. Musiałabym się pobawić w porównywanie terminów.
            Rozumiem, że ktoś traktuje aktora jak postać, którą gra – czyli na przykład nie lubi bo był czarnym charakterem. No, to jest poważny błąd. Ale naprawdę trudno odciąć ogół książki jako dzieła od jej autora. Czasami człowiek czyta skandynawski kryminał i myśli sobie: co ten pisarz ma w głowie?…. Może chciał szokować – okej. Ale pewne pomysły nie przychodzą do głowy byle komu.
            Pozdrawiam😉

          • Wyobraźnia ogranicza się przeważnie do wariacji na temat rzeczy znanych. Inne trzeba dopiero poznać. Jeśli ktoś nigdy nie doświadczył bycia ofiarą gwałtu, a chce się o tym jak najwięcej dowiedzieć do książki; to pojawia się pytanie: jakim zabiegiem ma być umieszczenie takiej sceny w książce. I to z jak dużą ilością szczegółów. A jeśli cała książka składa się z drastycznych, wyolbrzymionych do granic turpizmu scen wplecionych w te pełne chorych międzyludzkich relacji. Rozumiem, że dla kogoś to może być rzeczywistość, ale trzeba się chyba czymś kierować kiedy się postanawia to wszystko wsadzić między okładki i zanieść do ludzi.
            Pozdrawiam serdecznie🙂

          • Hm.
            Jako znana miłośniczka dzieł przeciągających widza/czytelnika za włosy po podłodze, myślę, że to w znacznej mierze kwestia przekory. Sama gdybym miała napisać książkę, to raczej krwawy kryminał niż romans, a raczej łagodny ze mnie człowiek i nie mam zbyt mrocznych doświadczeń. Nie sądzę też, by Anthony Hopkins w istocie był psychopatą ☺

          • Niektóre motywy wplecione w fabułę książki mogą pochodzić z fascynacji nimi.. Z fascynacji czymś jak na przykład umysłem psychopaty. Ale, w takim razie, z fascynacji czego wychodzą te wszystkie opisy traum z dzieciństwa typu molestowanie, gwałty czy proste nakrycie dorosłych in flagrante delicto. A potem, czemu jest to opisane w najbardziej obleśny sposób, na jaki pisarz jest się w stanie zdobyć?… Czasami to po prostu za dużo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s