Alles an der Rei 

Moja przygoda w Wielkim Księstwie powoli dobiega końca i powiem wam, że ku mojemu ogromnemu zdziwieniu ogarniają mnie dziwnie sentymentalne nastroje. Istnieje pewna szansa, że wrócę niedługo i chyba bym chciała. A nie było wcale różowo na początku, gdy na tutejszym smętnym lotnisku nie działał żaden z dwóch bankomatów, odkryłam, że nie zrobię zakupów na kolację, bo sklepy już nieczynne, a z ołowianych chmur kapał deszcz.

Wiecie, pozory to jednak mylą czasem.

Kiedy tu przyjechałam, sądziłam, że zdechnę z samotności, nudy i przepracowania.

Pierwszy tydzień istotnie był załamujący, ale potem pomyślałam, że skoro muszę tu jeszcze trochę posiedzieć, to dam temu miejscu szansę i wykorzystam czas, który tu mam. Nagle się okazało, że cudzoziemcy trzymają się razem i chętnie dotrzymują sobie nawzajem towarzystwa, lokalsi są przesympatyczni, ich osobliwy akcent – trochę śpiewnie francuski, trochę twardo niemiecki – nawet uroczy (gdy mówią po angielsku, brzmią, jakby mieli wadę wymowy, ale jest to słodkie, poza tym mówią doskonale), jest z kimś pójść na kolację i piwo, i w sumie to całkiem miło tu jest, a małomiasteczkowy klimat ma wiele zalet.
Choć nie jest to miejsce aż tak spokojne, jak mogłoby się wydawać. Słuchajcie.

Kolega tubylec, ten sam, którego w niedawnym wpisie pogoniłam do sklepu po korkociąg, urządził mi wczoraj coś na kształt pożegnania. I opowiedział mi historię. Tu podkreślę, że kolega pracuje na uniwersytecie, ale nieszczególnie przypomina waszego typowego profesora ze studiów. Rozmowa nam zeszła na miejscową swobodę obyczajową – bo ponoć palącym problemem tutejszych jest to, że nie ma z kim oglądać znaczków ze względu na fakt, że tak naprawdę mało kto tu mieszka (koszty horrendalne, więc ludzie dojeżdżają do pracy z Francji czy Niemiec, co tłumaczy, czemu szumnie zwane centrum miasta wieczorami jest całkowicie opustoszałe).
– A wiesz, mam znajomego alfonsa. No, miałem, już tego nie robi. 
– Poważnie?!
– Mhm.
– Tutaj? Tu w ogóle istnieje taki… biznes?
– Tak, mały, ale tak.
– Jak w ogóle poznaje się takich ludzi?!
– Och, to nie był taki alfons jak w filmach sensacyjnych. Wszystko było zorganizowane bardzo dyskretnie i kulturalnie, jeśli można to tak nazwać. Przez jakiś czas nikt nie wiedział, że się tym zajmuje, poza tym miał normalną pracę. Stąd go znam.
– I co z nim? Aresztowany?
– Nie, nie. Hm, to naprawdę nieduże miasto… Trudno tu mieć tajemnice. Jego rodzice o wszystkim się dowiedzieli. Natychmiast zwinął interes.

A tak tu niby cicho, ludzie tacy grzeczni.

Krótka ta historyjka jednakowoż dała mi do myślenia. Ja to jednak mam szczęście do zawierania ciekawych znajomości.

10 thoughts on “Alles an der Rei 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s