Powered descent

Apokaliptyczna ulewa za oknem znakomicie odzwierciedla mój dzisiejszy nastrój.
W dodatku dentysta był grany. Lekko seplenię.

Pamiętacie tę zmorę, co mi tak humor psuła niedawno samą swoją obecnością, że o pełnych nieodgadnionej irytacji westchnieniach rzucanych w przestrzeń nie wspomnę? W przyszłym tygodniu znów będę miała z nią do czynienia i na samą myśl boli mnie brzuch. W nieprzyjemny sposób. Bo brzuch może też boleć w sposób przyjemny, gdy czekacie na coś, co jest tak troszeczkę przerażające, ale bardziej ekscytujące. Niestety to nie ten przypadek.
Chyba nie pomogłam sobie oglądaniem Whitechapel wczoraj przed zaśnięciem. Uwielbiam, poza tym oczywiście Rupert, oj przepraszam, Rupert jest drugą najpiękniejszą osobą na tym łez padole (to nie jest kwestia do dyskusji, to jest fakt), ale to jest tak mroczne, że aż chce się sprawdzić, czy na pewno drzwi zamknięte. I okna. I co to było, ten trzask w korytarzu?…

Troszeczkę a propos, odbyłam wczoraj ciekawą – to znaczy, dla mnie ciekawą – rozmowę.
– Widzisz, bo ja się boję, że stracę kontrolę.
– To stracisz. W czym problem?
– Nie lubię.
– Wolisz nad wszystkim panować, co?
– Tak, nad sobą zwłaszcza.
– Wyluzuj. Ręce z kierownicy. Nie bój nic. Zobaczysz, będzie fajnie.
– Nie umiem.
– Pewnie, że umiesz.
Spogląda na mnie z ufnym uśmiechem i wiem, że ma rację.
Ale.
Gdy ktoś mi mówi „wyluzuj”, to zwykle jeszcze bardziej się spinam, ale istotnie, są ludzie, którzy potrafią tak na mnie wpłynąć, że mam wrażenie, iż gdybym w ich obecności zaczęła bujać się na żyrandolu, to nawet by im powieka nie drgnęła, i ze sztywnego androida zmieniam się w leniwie dryfującą meduzę. Nie ma ich zbyt wielu, ale są i doceniam ich zbawienne działanie na moje nieustannie napięte mięśnie. Nie da się zaprzeczyć, że jestem lekkim (?) control freakiem, który rzadko po prostu pozwala sprawom się dziać, to nie w jego stylu. Lubi być przygotowany i nie lubi improwizować. Oczywiście zmuszony do tego drugiego zwykle odkrywa, że to nie takie straszne, a może nawet przyjemne, może nawet bardzo. Trochę go jednak kosztuje zwolnienie tych swoich hamulców, które czasem aż piszczą. Podczas gdy inni często walczą ze sobą, żeby czegoś nie zrobić, ja walczę, by coś zrobić.

Co mi przypomina, że oto mijają dwa wesołe lata, odkąd wlokłam się noga za nogą na zaplecze pewnego teatru i z każdym kolejnym krokiem żołądek podjeżdżał mi bliżej gardła. I miałam szczerą nadzieję, że jednak nie dojdzie do tego, co w przypływie optymizmu zaplanowałam, bo po drodze chodnik się rozstąpi i wpadnę w jakąś dziurę, ryksza mnie potrąci, ale niestety, nic z tych rzeczy. A potem to już było za późno na odwrót.

Oto mija również rok od momentu, gdy złożyłam wypowiedzenie. Jedną ręką trzymałam Pana Boga za piętę, drugą ocierałam łzy paniki. I nadal je ocieram czasem, bo często czuję się nie dość dobra.
Z drugiej strony tak sobie myślę, że może lepiej czuć się nie dość dobrym niż zbyt dobrym… Niepewność siebie zmusza do podjęcia jakiegoś tam wysiłku, nadmierna pewność usypia czujność.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s