Love is a verb

Próbuję umówić się z moimi pannami na jakiś kulturalny podwieczorek (znaczy piwo i frytki zapewne).
Jest to ostatnimi czasy sprawa wymagająca telefonów, negocjacji i synchronizowania grafików, w sumie głównie z mojej winy – sami widzicie, jak mój rok wygląda. A tym razem okazało się, że panny w komplecie są w mieście li w ten weekend, gdy ja będę robiła za przewodnika mego znamienitego ziomala z Luksemburga. Ja go mogę zabrać na sabat czarownic, niech pozna chłopak lokalny koloryt, ale nie wiem, czy to nie byłoby dla niego za dużo. Panny nie mają nic przeciwko, zresztą nawet jakoś bardzo się nie zdziwiły moją tradycyjnie suchą informacją o tym, że człowiek, którego one nigdy nie widziały, a ja raptem dwukrotnie, jest tak zdeterminowany, by odzyskać swój korkociąg (bo ja go w końcu zabrałam do naszej krainy mlekiem i miodem płynącej), że postanowił osobiście udać się na obczyznę w tej sprawie.
Przy okazji, eee, idziemy na koncert. Napomknęłam mu, że akurat Massive Attack będzie w Krakowie i proszę sobie wyobrazić, że mój znamienity ziomal wysłał mi dziś wiadomość, że właśnie nabył bilety dla nas obojga.
Dotychczas myślałam, że to ja jestem trochę wariatka. Może jednak nie tak bardzo.

A ja naprawdę bardzo, bardzo lubię Massive Attack. Ten na przykład kawałek zawsze, od wielu lat noszę przy sobie, obowiązkowo na każdej z moich playlist.

Informacja dla panien była tradycyjnie sucha, bo po pierwsze w sumie nie bardzo jest o czym mówić na razie, a po drugie ja z tych nie tyle nawet dyskretnych, co obsesyjnie pilnujących, by moje relacje międzyludzkie były moje i bezpośrednio zainteresowanych. Nie rozmawiam o rozrzucanych skarpetkach, nie żalę się przyjaciółkom, że nie przedstawił mnie cioci, nie analizuję osobowości ani trudnego dzieciństwa, nic z tych rzeczy. Gdyby któryś z moich lowelasów przypadkiem wygadał się, że pracuje dla Mossadu, wie, kto naprawdę zabił Kennedy’ego, gdzie jest zaginiony malezyjski samolot i czy Amerykanie naprawdę wylądowali na Księżycu, takie tam – mógłby być całkowicie spokojny. To nie dotyczy jedynie mężczyzn w życiu autorki, ale absolutnie wszystkich. Nie ma szans, by namówić mnie na ploty o kimkolwiek znajomym. Nie było tak zawsze, ale człowiek mądrzeje z wiekiem.
U mnie moment zmądrzenia przypadł w pewien sobotni wieczór dawno temu, gdy poszłam na drinka z z moją ówczesną znajomą i jej nowym facetem. Nie znałam go wtedy, to był naprawdę świeżutko złowiony obiekt. Ja natomiast byłam wówczas w samym oku miłosnego cyklonu i przeżywałam największe z dotychczasowych oszołomień tego rodzaju, o czym moje damskie towarzystwo doskonale wiedziało. Tego wieczoru jednak o nim nie mówiłam. Co w niczym nie przeszkodziło mającej nastąpić katastrofie. W pewnym bowiem momencie facet znajomej nachylił się ku mnie i wygłosił wykład pod tytułem „dlaczego powinnaś natychmiast przestać widywać tę szuję”. Tak po prostu. Zatkało mnie kompletnie. Siedziałam z zębami zaciśniętymi tak mocno, że aż mnie szczęki rozbolały. Gdy obywatel zakończył wykład, przeniosłam zdumiony wzrok na koleżankę, która przytaknęła z zapałem. I nie widziała absolutnie niczego niewłaściwego w tym, że podzieliła się szczegółami mojego życia uczuciowego ze swoim gachem, ani tym bardziej w tym, że tenże uznał za stosowne zapodać mi szereg dobrych rad. Jest prawdą powszechnie uznaną, że nie ma nic gorszego nad niechcianą dobrą radę czy dobroduszne pouczanie, tym bardziej w wykonaniu kogoś, kto o waszym życiu ma pojęcie, oględnie rzecz biorąc, żadne. To jest Matterhorn nietaktu.
Dlatego wolę moje tajemnice.

Z innej natomiast beczki, The Living and The Dead się skończyło (czy wspominałam, że polecam? polecam!), i oczywiście, że obejrzałam ostatni odcinek raz jeszcze, by zachichotać, jak drogi i uroczy autor mojego obrazka usiłuje poderwać kobietę – zamężną, notabene, świnia jak zwykle – na ananasa. Taki owoc. Nie że czekoladki czy inne tam róże, nie, ananas. Ja bym się raczej dała przekonać.
Bez ananasa również, jak sądzę.
Tu lepiej się zatrzymam.
Cóż. Bilet na wyczekiwany koncert to też coś. Musiałam bardzo się powstrzymywać, żeby nie odpisać koledze, że jest kochany i będę wielbić do końca życia.

11 thoughts on “Love is a verb

  1. wiedziałam, że ten kawałek, wiedziałam. też jest u mnie. i Better Things.
    a w ogóle „Mezzanine” to najlepszy podkład pod różne nieobyczajne przyjemności.
    tym razem to ja będę Tobie zazdrościć, bo na koncert raczej nie dotrę. tyle dobrego, że słyszałam ich już na żywo.

    • No widzisz, ja jeszcze przedwczoraj sądziłam, że nie dotrę, a tu niespodziewanka…
      Z tym podkładem to u mnie gorzej, bo mnie w nieobyczajnych sytuacjach muzyka tylko rozprasza. Takie dziwo ☺

      • … u mnie muzyka jest wskaźnikiem nieobyczjności sytuacji… jak ją słyszę cały czas to … nie jest dobrze; a jak w pewnym momencie przestaję zwracać na nią uwagę, albo wręcz przestaję ją słyszeć… no to… hm… przepadłam z kretesem i pewnie nawet mogłoby się okazać, ze i trzęsienia ziemi mogę nie zauważyć, gdyb się na tym końcu świata trafiło takowe przypadkiem.

        • a tak, powinnam raczej powiedzieć, że jest bardzo dobrym wstępem do, bo później, to…ano, różnie bywa z tym słyszeniem😉

  2. 🙂 mam podobnie bardzo cenię sobie prywatność.. i z reguły dobrze na tym wychodzę. A massive lubie też i zazdraszczam lekko koncertu. Dla mnie ich najlepszym kawałkiem jest unfinished sympathy…. teraz wydają płytę , będziesz mieć pewnie okazję posłuchać;)
    Udanego weekendu:))

  3. O matko, czasy kiedy mówiło się psiapsiółkom właściwie wszystkie swoje uwagi na temat chłopaka, który mi się podoba… albo analizowanie jego zachowań… opowiadanie o randkach.. mówienie o różnych szczegółach… Ale to było dawno…
    Może każda kobieta w końcu przestaje? Nie. To zbyt nierealne.
    Ja się jakiś czas temu nauczyłam ostatecznie nie plotkować o kimkolwiek w myśl zależności, że sama bym nie ufała plotującej osobie, że nie opowiada o mnie rzeczy za moimi plecami. Gorsze, że nikt nie zna prawdy o drugim człowieku. Nawet nie w 50% i szerzenie plotek, które mutują z opowiadaniem jest… no głupie.
    Życzę fajnie spędzonego czasu na koncercie😉

    • Znam takie, co nie przestają…
      Plotkowania serdecznie nienawidzę, bo wychodzę z założenia, że czyjeś życie uczuciowe i/lub seksualne to jego sprawa i jeśli o mnie chodzi, może mieć pięcioro kochanków płci obojga. Nie wtrącam się, nie doradzam, nie omawiam z nikim trzecim – tyle jest ciekawych tematów do rozmowy.

      Ale w mojej pierwszej pracy, wróciwszy raz z urlopu, dowiedziałam się, że jestem w ciąży ☺

      Bardzo a propos – Jacek Dehnel wrzucił wczoraj na swoją stronę fejsbukową rozbrajającą konwersację z osobą, która bardzo chciała się dowiedzieć, czy taki jeden jest gejem i nie mogła zrozumieć, czemu pisarz nie chce jej odpowiedzieć na pytanie, przecież żaden wstyd…

  4. z deklaracjami to może jednak ostrożnie…🙂 a nóż wyciągnie kajecik (niechby nawet elektroniczny) i zacytuje Twoją dozgonną obietnicę…🙂 … i dziś może być ona całkiem do rzeczy, ale za rok, dwa czy pięć…😉

    • No właśnie zdążyłam już zauważyć, że kolega zapamiętuje, co się do niego mówi i potrafi zrobić z tego użytek.
      Ale, choć jestem naprawdę bardzo ucieszona, myślę, że nie znamy się na tyle dobrze, by takie deklaracje były stosowne😉

  5. Też uwielbiam Massive Attack, ale dawniejszy. Unfinished sympathy bardzo, bardzo i ogólnie płytę Blue lines.
    Baw się:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s