Wann der Däiwel d’Kou huet, da kann en d’Kallef och huelen

No i po zawodach. Samolot odleciał.

Ludzie z grubsza dzielą się na dwie kategorie – na tych, którzy znają Józefa i na tych, którzy nie. Na ogół łatwo rozpoznaję tych pierwszych, bo niekiedy wystarczy rozmawiać z kimś przez kilka minut, żeby wiedzieć, że to swój. Czasami ci ludzie są z zupełnie innego świata niż ja, a jednak opatrzność jakoś nas ze sobą styka. No i właśnie jeden z takich delikwentów, Józefa znający niewątpliwie, postanowił, że w weekend odwiedzi nową słowiańską koleżankę w jej grajdołku. Jak pomyślał, tak zrobił. Słowiańska koleżanka natomiast była na tyle beztroska, że wpuściła nieszczególnie dobrze znanego jej człowieka do domu, licząc, że nie okaże się seryjnym mordercą. Albo to pierwszy raz…
Ziomal przyleciał rano, więc otrzymał instrukcje, jak samodzielnie dostać się do mojej kwatery głównej.
– Jeśli zamierzasz się położyć, zamknij proszę drzwi od wewnątrz – piszę.
– Dlaczego? Czy twoja dzielnica jest niebezpieczna?
– … Nie, po prostu u nas zamyka się drzwi na klucz.
– Naprawdę?
– U was nie?
– A po co?
(Chłopak mieszka w kraiku, w którym przestępczość praktycznie nie istnieje, a na domiar szczęścia jego miejscowość liczy coś około 7000 mieszkańców i państwo uwierzą lub nie, ale jest w pierwszej dziesiątce największych tamże. W kolejny szok wprawił mojego drogiego gościa fakt, że mógł w niedzielę pójść na shopping, bo jak to tak).
No dobrze.
Wracam po robocie do domu. Otwieram drzwi. Wita mnie całkowita cisza. Zasnął? Uciekł? Przecież dziesięć minut temu do mnie pisał… Rozglądam się zaniepokojona i już chcę go wołać, gdy wtem zauważam na komódce zapisaną kartkę, a obok niej dziwny przedmiot.

Hm.

Fast forward o parę godzin.
Dotarliśmy na festiwal.
– Patrz – ciągnę ziomala za rękaw i wskazuję na ogromny, wschodzący księżyc.
– Pełnia – uśmiecha się. – Znaczy, że będziemy dziś szaleć.
Wiecie, ja jestem dość wyluzowana. Mam swoje za uszami. Mało co mnie gorszy, mało co mnie dziwi. Przy ziomalu wychodzę na skromną pensjonarkę. W oczekiwaniu na Massive Attack raczyliśmy się Jägermeisterem („nigdy tego nie piłaś? poważnie? to usiądź tutaj, zaraz wracam”). Sporą miałam uciechę, gdy kolega opowiadał o tym, jak był na imprezie dla fetyszystów w Niemczech – ponieważ dlaczego nie, każde nowe doświadczenie nas wzbogaca w taki czy owaki sposób – a siedzący nieopodal facet najpierw przesiadł się bliżej nas, a potem tak wyciągał uszy w naszą stronę, że prawie się wywalił z krzesłem. Lëtzebuergesch niewzruszony ciągnął opowieść, jakby relacjonował wizytę u cioci na imieninach. I tak przez cały czas. Swoboda obyczajowa level extreme. Dla przykładu, następnego dnia przy obiedzie łobuz zabawiał mnie historią o tym, jak zażywał viagrę (bo viagra, nie wiem czy wiecie, ma taki skutek uboczny, że niweluje objawy choroby wysokościowej), nie bacząc na sąsiednie stoliki.

Koncert był fenomenalny, choć dla mnie stanowczo zbyt krótki. Bujaliśmy się z wielkim zapałem.
W drodze powrotnej raróg zagapił się na komunikat po niemiecku na ekranie kasownika w autobusie i oznajmił, że w tekście jest błąd, właściwie dwa, a właściwie trzy. Znakomicie, MPK.
Spodziewałam się, że gdy wysiądziemy, Lëtzebuergesch – nienawykły do nocnego życia, bo oni go tam za bardzo nie mają – ziewnie i będzie chciał do domu, ale nie, poinformował, że całkiem chętnie poszedłby na one quick drink.
Wszyscy wiemy, co w rzeczywistości oznacza one quick drink. Oznacza powrót do domu około piątej rano i nierówną walkę z kluczami dziwnie niepasującymi do zamków. Nie ma co nawet próbować zaklinać rzeczywistości. Ale dobrze, gość w dom, Bóg w dom (Lucyfer raczej w tym przypadku). Przyleciał z zagranicy, niech ma. Noc była młoda, więc zabrałam dżentelmena na Kazimierz. Do jedynej knajpy, do której mogłam go zabrać.
Do Singera.
Usiadł, dostał swój napitek. Patrzy na ludzi tańczących na stole do Gogol Bordello i mówi:
– Podoba mi się to miejsce. Jest takie normalne.
Każdy, kto był w Singerze w piątkową noc, wie, że aby nazwać to miejsce normalnym, trzeba mieć osobliwe pojęcie normalności. To, co tam się dzieje… no cóż, rzeczy, które wydarzają w Singerze, tam pozostają. Niemniej ziomalowi ogromnie się podobało, do tego stopnia, że zażądał powrotu kolejnego wieczoru.

Fast forward o parę godzin. Po śniadaniu w nieocenionym Kolanku (dla mnie złożonym głównie z kawy – starzeje się człowiek) pokazuję gamoniowi miasto. Zwiedzamy z przystankami na lody i ślimaczki nad Wisłą. Sybaryci, ich mać.
– A to jest nasza słynna kładka. Zakochani przypinają tu kłódki.
– Ile jest twoich?
– Co druga.
– Tak myślałem. Zatrzymujesz kluczyki, mam nadzieję?
– Wybieram kłódki z kodem.
– Mądrze.
Nader obfita kolacja w Karakterze (polecam całym sercem, jeśli PT czytelnicy wybierają się do Krakowa – GENIALNE jedzenie, rewelacyjne wina, bardzo przyjemna obsługa) sprawiła, że uczestnicy wycieczki opadli z sił i owszem, powrócili do Singera, ale w milczeniu wysączyli po jednym koktajlu i jak emeryci wrócili do domu spać.

Fast forward o parę godzin. Dla odmiany śniadamy w Alchemii od Kuchni, Lëtzebuergesch przeciąga mnie przez pchli targ na Placu Nowym (zafascynowały go rozmaite stare militarne klamoty, ale szczerze się zdruzgotał, gdy zauważył gdzieś znaczek ze swastyką – pierwszy raz zobaczyłam, jak ta wyposażona w nieustający półuśmiech buzia ściągnęła się nerwowo i zapytała, czy u nas to legalne) i dziwi się, że nigdy nie robiłam tam zakupów. Subtelnie domaga się okrążenia krakowskich sklepów z przyodziewkiem. Tu muszę dodać, że koleżka jest raczej modniś. Ma stajla w sensie. Nie wygląda jak wasz typowy belfer, którym jest. No chyba że klasyczny outfit typowego belfra w jego ojczyźnie to wytarte dżinsy tak obcisłe, że wyglądają jak zszyte na człowieku i z nogawkami wpuszczonymi w sztyblety, sweterek ze szwami na wierzchu, skórzana kurtka (zabrał ze sobą do Polski dwie, bo jedna nie pasowałaby do wszystkich spakowanych ubrań – trzecią nabył na miejscu; bez komentarza), bransoletki i nieodłączna beanie, z której drwiłam, bo kto nosi wełniane mycki w sierpniu. Szyderstwa się skończyły, gdy wczorajszego popołudnia gwałtownie wyłączono pogodę, z nieba lunęło, autorka trzęsła się jak galaretka w swojej kusej sukienusi, a ziomal ze spokojem nasadził czapeczkę i łypnął na autorkę ze złośliwą satysfakcją. Żeby oddać sprawiedliwość, podzielił się kurtką.
Jako że lało, niedzielny wieczór spędziliśmy prawie zupełnie kulturalnie na mojej kanapie. O ile w ogóle możliwe jest kulturalne spędzanie wieczoru na mojej kanapie. Oglądaliśmy Johna Olivera, puszczaliśmy sobie ulubione kawałki, żarliśmy lody prosto z kubełka i popijali białe wino, rozmawialiśmy o górach – bo on wspinający się i był bardzo zawiedziony, że dopiero w niedzielę powiedziałam mu o podkrakowskich skałkach. Jedni drugich uczyli wiązać węzły (co koniec końców doprowadziło do całkowitego unieruchomienia autorki, albowiem od klasycznych ósemek szybko przeszło do krępacji innego rodzaju). A przy okazji z koleżki wyszedł stolarz.
– To gniazdko nie wygląda dobrze. Ale to da się poprawić.
– Mogłam zostawić ci skrzynkę z narzędziami na wierzchu w piątek – śmieję się, bo to już kolejny tego typu komentarz, to krzywo, tamto się chwieje, a jeszcze tamto można by przemieścić.
– Mogłaś – odpowiada najzupełniej serio. – Ja tak mam, że gdy gdzieś wchodzę, to od razu zauważam rzeczy, które bym naprawił. Albo przerobił. Swoją drogą, pokazywałem ci już zdjęcia mojego stołu?

Fast forward o parę godzin. Budzik dzwoni o piątej. Tym razem z gościa wyłazi zdyscyplinowany górołaz – w niespełna pół godziny od otwarcia oczu stoi w drzwiach wykąpany, spakowany, gotów do drogi i postukuje niecierpliwie sztybletem.
– Moglibyśmy spokojnie jechać później – jęczę półprzytomna. – Dałbyś pospać. Masz samolot za prawie cztery godziny.
– Wiem. Ale wolę być wcześniej. Chcę jeszcze do duty free.
– Jesteś bezdusznym, zimnym…
– Wiem.
Odstawiam gościa na dworzec, wsadzam do pociągu na lotnisko.
– Może bym na wiosnę wrócił – mówi. – A jak przyjedziesz znów do Luksemburga, to daj mi znać, zabiorę cię na moją wieś.
Ależ proszę.
Strzelamy sobie misia, jadę do biura, ratuję się kawą w znacznych ilościach, po czym dostaję zdjęcie ze strefy wolnocłowej. Dzięki wizytom na Kazimierzu Lëtzebuergesch upodobał sobie smakowe wódeczki pewnej firmy. Nie potrafił wybrać, więc kupił po jednej z każdego rodzaju. Jak on to wtargał na pokład, nie mam pojęcia. W każdym razie jest już w domu.

I tak to się, widzicie, składa. Przypadek, najważniejsze w życiu to przypadek.

9 thoughts on “Wann der Däiwel d’Kou huet, da kann en d’Kallef och huelen

  1. kurczę, jak to robić, żeby mieć takie przypadki??
    (ogólnoludzkie, niekoniecznie głównie-męskie;)
    pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s