Fiumelatte

Kocham Włochy za wszystko. Za ogromne cytryny i pomidory, za espresso al banco za skromne jedno euro, za oszalałą gestykulację, śpiewny język, gęsto porośnięte bluszczem balkony z wywieszonymi na słońcu majtkami. Za carabinieri pachnących najnowszymi perfumami Gucci i poprawiających leniwie modne okulary przeciwsłoneczne, gdy ich się zapyta o drogę (zaprawdę powiadam, ilekroć widzę włoskich policjantów, mam ochotę coś ukraść albo przejść na czerwonym świetle – choć za to drugie nigdy nie zatrzymują w Italii). Za przysadziste kobiety na ulicznych targach, krzyczące do mnie, że ich pecorino to afrodyzjak i wtykające mi marynowane oliwki do buzi.

Zacznijmy od tego, że Mediolan nie jest moim ulubionym włoskim miastem. Pierwsze miejsce na liście bliskich memu sercu zajmuje Neapol, która to miłość wielu ludzi dziwi, bo ani on piękny, ani nie pachnie w nim zbyt ładnie, ale jest w tym mieście coś nieprawdopodobnie czarującego. Mediolan jest wytworny i wymuskany, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Większości ludzi kojarzy się z dwoma punktami do odhaczenia – Duomo i „Ostatnią wieczerzą”. Oczywiście oba warte uwagi (miejcie przy tym baczenie na fakt, że fresku Leonardo nie obejrzycie tak sobie, gdy wam przyjdzie ochota – trzeba kupić bilet znacznie wcześniej, naprawdę ZNACZNIE wcześniej), ale co by tu jeszcze… Oszalały shopping? Można, owszem, jeśli macie stosownie duży limit na karcie kredytowej. Lombardzka kuchnia? Jak najbardziej. Wino? Ma się rozumieć.
Ale to nie koniec.
Na dobrą sprawę to nawet nie początek.
Mediolan jest tak sprytnie położony, że wystarczy wsiąść w pociąg i tego samego przedpołudnia można snuć się po cudownym Turynie albo leniuchować nad jeziorami. Można. Można też łazić po samym Mediolanie w poszukiwaniu tego, o czym niekoniecznie rozpisują się przewodniki – wiedzieliście na przykład, że w mediolańskiej bibliotece możecie zobaczyć pukiel włosów Lukrecji Borgii? Całe Włochy to raj dla historycznych fetyszystów, a w sercu Mediolanu wyrasta przecież kolosalny Castello Sforzesco, siedziba TYCH Sforzów. W Pinacoteca di Brera ze ścian spoglądają na was oczy namalowane przez Caravaggia i Rafaela. Tuż za Duomo, jakieś pięć minut szybkim krokiem, stoi maleńki, łatwy do przeoczenia kościółek z trzynastowiecznym ossuarium – każda ze ścian wyłożona jest czaszkami i kośćmi, w osobnej gablotce spoczywają czaszki ściętych przestępców. Kawałek w drugą stronę kapliczka z genialnym trompe l’oeil Bramantego – macie wrażenie, że ołtarz jest Bóg wie jak głęboki, a później przestępujecie trzy kroczki w bok, przechylacie głowę i zauważacie, że ta głębia jest namalowana; to genialne złudzenie optyczne.

Gdy tylko przyleciałam, zobaczyłam na mieście plakaty reklamujące wystawę Eschera.
To myślę, pójdę.
Wystawę zainstalowano w Palazzo Reale, samym w sobie dość atrakcyjnym, więc tym bardziej.
I tę wystawę całym sercem polecam, jeśli będziecie przypadkiem w Mediolanie przed styczniem. Escher, zafascynowany geometrią i obiektami niemożliwymi, a przy tym doskonały rysownik, tworzył własne światy. Wystawa jest fascynująca, dwie godziny spędzicie tam z pewnością. Zwłaszcza, że pomiędzy poszczególnymi zakątkami znajdują się miejsca, w których możecie na własnej skórze – czy raczej oczach – doświadczyć złudzeń optycznych, które Escher z lubością wykorzystywał, a nawet znaleźć się w jego grafice. Niesamowite.

A gdy już macie dość, można rano powlec się na potężny, wybudowany za Mussoliniego dworzec Milano Centrale i wsiąść w pociąg do Varenny. Varenna to taka maleńka miejscowość nad brzegiem jeziora Como. Ponoć najpiękniej położonego w Europie. Mogę przytaknąć. W Varennie, na maleńkiej i dość uroczej stacyjce, wysiada się po to, by nacieszyć się jej urokiem, ale też po to, by ruszyć charczącym parowcem na drugi brzeg jeziora. Jak wszyscy wiedzą, nie znoszę podróży drogą wodną, ale zniosłam dzielnie, bo obiecano mi wino po drugiej stronie. W Bellagio, znaczy.
Wiecie, w Italii są takie miejsca, które upodobali sobie sławni i bogaci. Sorrento. Portofino. Mieścinki nad Como właśnie. Ale wystarczy skręcić za róg i znaleźć domową knajpeczkę, w której sprzedają wino na karafki, właściciel sam mozoli się z waszą pizzą, a za kelnerką – cóż Sanepid by na to?… – podąża jej rozbrykana suczka. Wychodzicie lekko wstawieni, zapłaciwszy śmieszny rachunek, schodzicie stromą uliczką na nabrzeże, a w nos uderza was zapach pinii, oleandrów i werbeny. Wskakujecie na prom, do pociągu, znów Mediolan, lotnisko…

7 thoughts on “Fiumelatte

  1. W tym roku urlopowałam w Bellagio właśnie, z małym potworkiem co prawda, ale udało się znaleźć pyszne, również dosłownie, miejsca, których nie każdemu chce się szukać. Tak, też uwielbiam Włochy.

  2. Mediolan bez La Scali to jak Rzym bez Campo di Fiori 😉 nawet bez spektaklu codziennie po poludniu mozna zwiedzic teeatr i arcyciekawe museum, drogo ale jak sie kocha to …

  3. Dzięki🙂 Też kocham Włochy za wszystko – ale raczej te od Rzymu na południe (notabene – w pobliżu Neapolu jest wyspa Ischia – zajrzyj tam: Monte Epomeo jest orzekające). A Mediolan mnie dotychczas zniechęcał – że fabryczny, że bez klimatu. Więc dzięki za refleksje i pomysł🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s