Rebel, rebel!

Przed każdą podróżą w nieznane ogarnia mnie Reisefieber. Lekki, ale jednak. Co prawda ostatnimi czasy podróżuję tak często, że powinno być mi wszystko jedno, ale nie jest. Jadę na lotnisko i myślę: po co ci to. W domu byś posiedziała. Odpoczęła. Umyła okna. Obejrzała seriale, spotkała się ze znajomymi, którzy już mają dość twoich wykrętów. A ty nie. Znowu będziesz pieniądze wydawać, noce zarywać, świat taki niebezpieczny ostatnimi czasy, a ty pchasz się gdzieś sama, z małą walizką, aparatem i duszą na ramieniu.
I tak się dręczę – pakując się, jadąc na lotnisko, siedząc w powoli zapełniającym się samolocie.
A potem samolot rusza.
Myśli niżej podpisanej natomiast zostają na ziemi.

Pierwszy przystanek: Półwysep Arabski. Znów tu jestem. Wszystko po staremu. Głos muezzina niosący się nad lśniącą halą odlotów, zapach perfum słodszych niż lubimy w Europie, długorzęsy mężczyźni, would you please follow me, ma’am.
Rycząca maszyna niesie na wpół uśpioną autorkę przez krótką noc, goniąc wschodzące słońce. Wyrwana z drzemki autorka nie narzeka, gdy ktoś poda jej szklaneczkę koniaku (na tyle pełną, by znów zasnęła po wypiciu, ale nim to nastąpi, będzie sączyła grzecznie, zwinięta w precel na fotelu, zagapiona w swój mały ekranik – dlaczego nikt mi nie powiedział, że Mr. Robot to taki dobry serial? Oczy protagonisty będą mi się śniły po nocach). Wreszcie w kabinie robi się jaśniej, personel się krząta, ten minutes to landing i wtem, nagle jestem Gdzieś Indziej. Koła dotknęły asfaltu, moje stopy jakoś się wspięły na ruchome schody. Pieczątka w paszporcie, nic do oclenia, arcyurocza pani w okienku ekspresowej kolejki do miasta, kolejny arcyuroczy człowiek w metrze – tu jednorazowe bilety to takie plastikowe żetoniki – hotel, prysznic, nieudana próba walki ze snem. Nie ma mocnych na zmianę stref czasowych; ogłupiały organizm musi się zresetować, więc tylko na chwilkę się położę… Tylko nnn chww…

Po zmierzchu wychodzę na miasto.
Jest gorąco. Z nieba coś kapie. Dachy wieżowców trudno dostrzec, bo powietrze ciężkie od wilgoci, która natychmiast osadza się na skórze; włosy się skręcają. Rozmawiałam z moim szefem przed wyjazdem – mówił, że nie znosi azjatyckiego klimatu. Ja wprost przeciwnie. Ryba w wodzie.

.

Siedzi człowiek pod Petronas Towers, patrzy na tańczące fontanny okolone drapaczami chmur, pije Long Island Ice Tea i nie może się nadziwić, jak tu się znalazł. Chciał polecieć do Malezji i oto jest. Tak po prostu. Kupił bilet i siedzi. Pod Petronas Towers. Jak to się stało, że mętne marzenie nagle stało się zupełnie klarowną rzeczywistością?
I przypomina mi się głos mojego osobistego Jamesa Bonda: you’ve gotta be more confident with yourself, man.
Byłby ze mnie chyba dumny?

12 thoughts on “Rebel, rebel!

  1. Kocham podróże. Ale Kuala Lumpur to miejsce, do którego zdecydowanie nie wrócę. Widok z pomostku na Petronas jest urzekający – to fakt, ale jakoś nie czuję klimatu tego miasta i kraju…Za to reszta Azji i Półwysep Arabski…Tak! Warto w tym celu oderwać się od ziemi🙂

      • Ha, a to ja mam zupełnie inne doświadczenia…😦 Nie spotkałam w żadnym innym kraju tak nieprzyjaznych, niepomocnych i biernych osób jak w Malezji… Poza jednym wyjątkiem…

        • Mam całkowicie inaczej. Ale może to dlatego, że podróżuję sama, a doświadczenie mnie nauczyło, że ludzie samotnie podróżujący zwykle są otaczani opieką. Mam wielce niemiłe doświadczenia z pewnych krajów, ale tu czuję się bardzo bezpiecznie i spokojnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s