Lah

– Czerwone światło. Czerwone światło.
– Tak, wiem, ale szybko przejedziemy.
– Jedziesz pod prąd. Pod prąd.
– Tak, ale tu nigdy nie stoi policja, lah.
Lah. Żadnego dźwięku w tej części świata nie usłyszycie częściej. Lah używa się zamiast kropki, ono znaczy nic, a zarazem wszystko. Lokalsi dodają je niezależnie od języka, którym chwilowo się posługują.
Autorka kurczowo trzyma fotel jedną rączką i swój pas drugą, ignorując fakt, że kierowca oczywiście ma swój odpięty. W poważaniu ma przepisy ruchu drogowego, ale w Kuala Lumpur – KL po tutejszemu, nikt nie używa pełnej nazwy – wszyscy mają je w poważaniu. Nikt nie chodzi pieszo. Mają doskonałe, superszybkie i bardzo tanie metro (dość rzec, że bilet kosztuje koło dwóch złotych – cena zależy od odległości), ale też kochają auta. Każdy ma samochód i każdy łamie w nim prawo. Korki arcypotężne przez całą dobę. Mimo wszystko trudno zginąć na drodze, bo kierowca raczej was przepuści. Po prostu włazi człowiek na jezdnię, licząc, że jakoś przemanewruje na drugą stronę.
– Wiesz co, po prostu zostawimy auto na parkingu Ritza i wyskoczymy na godzinkę coś zjeść.
– A tak można?
– … Teoretycznie nie.
Zaprawdę, nocny cruising po niezasypiającej stolicy Malezji ma swój nieodparty urok, ale żeby znieść go ze spokojem, trzeba wypić dużo alkoholu lub być pogodzonym z rychłą śmiercią. I tu znowu moja mentalność mija się nieco z lokalną, bo mój kierowca, hinduista, twierdzi, że wszystko zapisane w świętej księdze, na nic nie mamy wpływu, sorki, cokolwiek się wydarza, miało się wydarzyć. Tam tak jest. Wsiadacie do taksówki z hinduistą, bladym świtem budzi was wezwanie na modlitwę z pobliskiego meczetu, na obiad idziecie do Chinatown. Jakoś to wszystko (mniej lub bardziej, i nie bez kłopotów) współgra. Plus oczywiście nieprzebrana liczba cudzoziemców, którzy przyjeżdżają do pracy, na urlop, z rozmaitych powodów. I dzięki temu KL, choć nie jest najciekawszym miastem świata, ma coś w sobie. Najłatwiej to poczuć, gdy wieczorem trafia się do Changkat – nieco zwariowanej dzielnicy pełnej modnych klubów, zwykłych sympatycznych knajp, sklepów sprzedających podejrzanie wyglądający lokalny gin i jeszcze bardziej podejrzaną lokalną wódkę z etykietką radośnie głoszącą „Polska”, zadaszonych brezentem jadłodajni z plastikowymi stolikami, plastikowymi talerzami, piwem serwowanym wyłącznie w puszkach, morderczo słodką kopi i żarciem wypalającym żywym ogniem kubki smakowe. W Changkat panuje niesamowity zgiełk, bo z każdej knajpy dobiega inny hicior, lokalny lub światowy, ale nadawany odpowiednio głośno i z przesterem, poza tym samochody, poza tym ludzie. Ale niektóre z lokali mają pięterka, a na tych pięterkach coś w stylu tarasów, na których można usiąść, przewiesić łokcie przez barierkę, oprzeć stopy na balustradzie i obserwować przechodzący w dole świat.

Zatem on ze spokojem wiezie mnie przez zatłoczone pagórki Kuala cholernego Lumpur, a ja trzymam fotel.
– A czemu pociągasz nosem, masz katar?
– Trochę.
Wątpliwy urok tej części świata polega na tym, że oni bardzo przesadzają z klimatyzacją. Nawet gorzej niż w Emiratach. Jakby chcieli zamrozić człowieka. Teoretycznie miałam w pokoju dynks do wyłączania nawiewu. Po kilku dniach odkryłam, że on nie działa. Bardzo bolałam, iż nie zabrałam piżamy (bo ja z tych, co sypiają w stroju urodzinowym, nieprawdaż). Zabrałam ze sobą polar, bo zawsze zabieram na drogę – w samolotach jest zimno – ale temperatura we wszelkich miejscach użyteczności publicznej sprawiła, iż w drugim dniu pobytu zaczęłam nosić go ze sobą wszędzie, wciśnięty do plecaka.
I lało.
Och, jak lało. W Azji sformułowanie „ściana deszczu” nabiera nowego znaczenia. To nie ściana. Całą przestrzeń wypełnia deszcz. Deszcz łamiący parasolki i przedostający się bez trudu przez peleryny. Budynki wokół znikają jakby w gęstej mgle. Taki to potrafi być deszcz.
Pogoda zatem raczej nieszczególnie nadawała się do wycieczek na plażę – ale nadawała się znakomicie do takiego po prostu, zwykłego, leniwego włóczenia się, przyglądania, poznawania tubylców, a nawet, proszę państwa, lekcji kickboxingu. Bo można i nie jest to zbyt kosztowna zabawa, a że ćwiczyłam sztuki walki za młodu (choć bardzo inne, których sens polegał raczej na wykorzystywaniu energii przeciwnika niż ruszaniu na niego z własną), natychmiast się zainteresowałam.
– Najpierw zdejmujemy buty – rzecze mój instruktor o rzęsach jak gwiazda filmowa i takim też uśmiechu. – Musisz mieć dobre poczucie równowagi.
Posłusznie zzuwam moje pepegi.
– Dobrze. Teraz stań tak, jak ja… Potrafisz trzymać gardę? Pokaż. Okej, na początek niech będzie. A teraz spróbuj mnie uderzyć, najpierw lewą pięścią, a później prawą. Ale nie, nie! Ani kroku do przodu! Stopy zostają tam, gdzie są.
Jest to znacznie trudniejszy balet niż sądziłam, ale ogromna frajda.

Ostatniego wieczoru zasuwam pustym KLIA Ekspresem na lotnisko – mój samolot z powrotem na Półwysep Arabski odlatuje o niezdrowej drugiej w nocy. Moszczę sobie skromne gniazdko na najbliższe siedem godzin, po czym ląduję o czwartej z minutami rano, czyli technicznie rzecz biorąc dwie godziny później, a potem dalej do ojczyzny, nad całkiem dobrze mi znanym widokiem suchych pustkowi. Nawet nieco mi szkoda, że nie mogłam ani na chwilę wyjść na zewnątrz podczas przesiadki – jak tu nie tęsknić za czterdziestoma stopniami o poranku? – ale nowe lotnisko w Doha, przypominające nieco pasażerskie kosmodromy z filmów science-fiction, nie przewiduje takiej możliwości. Nie interesuj się, tym, co na zewnątrz, szanowny pasażerze. Spójrz, posadziliśmy ci palmy w terminalu. Masz sztukę współczesną. Salon Ferrari, gdyby takowe zmieściło się do podręcznego. Po co chciałabyś stąd wychodzić?…
Parę godzin później ląduję w Polszy z upiornym katarem, zmęczona i wymięta nieopisanie, mimo że ja już z tych, co latają w niewyględnych, acz wygodnych gaciach zamiast szpilek i pełnego makijażu. Jeszcze pociąg z Warszawy. Dom. I wtedy następuje najwspanialszy moment w każdej podróży, w obie strony, tam i z powrotem – prysznic, owinięcie się w ręcznik, wdzięczne osunięcie się na najbliższy miękki mebel z cichym westchnieniem obezwładniającej rozkoszy.
I to jest to.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s