One might even forget he was German

Za powroty do pracy po długim urlopie powinno być wypłacane odszkodowanie. Albo nie wiem, masaż jakiś powinien człowiek dostać w nagrodę. Kupon na lampkę szampana. Bo ja dziś wróciłam i cały człowiek mnie boli (dosłownie – nowe buty znów zrobiły mi jesień średniowiecza). Poza tym na dzień dobry odkryłam, że mój grafik znów uległ zmianom i może się okazać, że wcale nie polecę tam, dokąd miałam lecieć. Byłoby to wielką szkodą, bo zdążyłam się już przyzwyczaić do ekscytującej wizji weekendów na wsi, wróć, przepraszam, w ósmym największym mieście siódmego najmniejszego kraju w Europie. Słowo „ekscytująca” nie jest ironią w tym przypadku.
Nic to. Pożyjemy, zobaczymy.

Ale, ale. Zawsze powtarzam, że życie dąży do równowagi, w związku z tym wynagrodziło mi smutki.
Na waszym miejscu tutaj zakończyłabym lekturę.

Otóż jak wszyscy wiedzą, autorka kilka lat temu nabawiła się pewnej osobliwej przypadłości. Coś jakby alergii. Lekki rzut – to jest gdy autorka znajduje się w bezpiecznej odległości od czynnika wyzwalającego chorobę, to jest circa 1500 km – objawia się tym, że oczy autorki otwierają się coraz szerzej i szerzej, a na jej pyzatą twarzyczkę wypływa tępy uśmiech. Rzut ostry jest… trudny do opisania. Tak czy inaczej, autorka przez ostatnie lata dosłużyła się racjonalnych powodów swego uwielbienia i absolutnie nie zamierza go zwalczać. Uznała je za naturalną część swojego życia, coś w rodzaju obowiązku, ale jednego z tych przyjemnych – bo wypełnianie go dostarcza jej mnóstwo radości.
Autorka wiedziała od wielu miesięcy, że będzie taki serial o młodych latach królowej Wiktorii. Wiedziała, a w dodatku była na bieżąco z tym, co się działo na planie, ponieważ kiedyś, ani chybi w pijackim widzie, ustawiła sobie instagramowe powiadomienia o nowych postach pewnej osoby przypadkiem w tym serialu zatrudnionej. Przez długie tygodnie o rozmaitych porach dnia i nocy, niekiedy wielokrotnie, obserwowała pojawiające się na ekranie jej telefonu zdjęcia pałacowych żywopłotów, kominków, krzeseł, wazonów, gzymsów, wypchanych zwierząt, framug okiennych, sufitów (och, tych zwłaszcza), guzików, butów et cetera. Pomyślała, że owa pewna osoba, znana z zamiłowania do historii, musi być bardzo zadowolona z tego, gdzie się znalazła – i proszę bardzo, nie byłam w błędzie. Jednakowoż dzięki temu spamowi wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać, gdy ten serial będzie gotowy i właśnie to dostałam.

Niewątpliwie ten serial ma opowiadać o wielkiej love story wielkiej królowej i niewątpliwie tak jest, ale jak łatwo się domyślić, ten wątek interesuje mnie umiarkowanie, gdyż przyszły mąż Wiktorii, książę Albert, ma brata. Ernesta. Zgodnie z historyczną prawdą. I zgodnie z historyczną prawdą braciszek jest czarującym skaraniem boskim.

A do tego ów dżentelmen przemawia nieco warczącym barytonem, rozkosznie przeciągając samogłoski – i spogląda tymi swoimi karmelkami. Tu w dodatku przemawia in deutscher Sprache, co jest przezabawne. Co prawda nawet dla mojego niewprawnego ucha nie brzmi to jakoś bardzo niemiecko, ale wzbudziło we mnie sporą wesołość. W ogóle cały ów jest przezabawny, bo o ile książę Albert jest nie tyle wyniosły, co sztywny niemożebnie, o tyle jego braciszek Ernest to niezgorsza szelma z nieodłącznym kpiącym uśmiechem, szarmancka i wygadana, trollująca swojego brata bezlitośnie, korzystająca obficie z życia i wyraźnie biegła w tematach damsko-męskich, czego dowodzi fakt, że wszystkie panie w pobliżu są zachwycone Ernestem, za to Albert, uch, no, skoro już przyszedł, to niech będzie. Niemniej, jak wiadomo z lekcji historii, ślub z monarchinią ma wziąć Albert. Toteż bardziej doświadczony Ernest (w rzeczywistości tak lubił hasać po alkowach, że nabawił się choroby wenerycznej, którą oczywiście zaraził żonę; jak również w pewnym momencie swego życia mieszkał pod jednym dachem nie tylko z nią, ale i dwiema kochankami jednocześnie – dusza człowiek!) postanawia swojego ździebko bucowatego brata wyswatać.
No więc może sobie powabny Tom Hughes walcować z powabną Jenną Coleman, wdzięczni bardzo oboje, ale mnie wystarczy gamoniowaty brat, bo wsącza w te kilkadziesiąt minut stosownie dużą dawkę nieodpartego uroku i kąśliwości. Wreszcie nie jakiś psychopata (chociaż nie mówmy hop, książę z upływem lat stawał się coraz mniej mile widzianym gościem na brytyjskim dworze). To jest właśnie to, co pamiętam ze scenicznej wersji Zakochanego Szekspira i z czytanek – niemożliwa mimika, wyrażanie całym człowiekiem „nie wiem jak wy, ale ja się świetnie bawię”, wrażenie, jakby za tą twarzyczką spoglądającej melancholijnie porcelanowej lalki nieustannie wrzał z trudem opanowywany śmiech (nawiasem mówiąc, w realu to się na ogół kończy spektakularną i bardzo donośną porażką). To jest właśnie to.

Och, jest też w tym Rufus Sewell. Drugie najpiękniejsze oczy na naszym łez padole. Przegląd internetów każe sądzić, że cała widownia kocha się w jego bohaterze i/lub nim samym, ale dajcie spokój, jak można nie kochać się w Rufusie. Zwłaszcza że on z wiekiem coraz czarowniej wygląda. Moim zdaniem to jeden z najbardziej niedocenianych aktorów naszych czasów.

Wyśmienicie.
Tośmy się napiali nad urokami różnych ludzi, a teraz do rzeczy.

Przez sześć miesięcy możecie sobie oglądać Sen nocy letniej z Londinium, z Globe. Ten sam, którym się zachwycałam parę miesięcy temu. Za darmoszkę. Nie trzeba tkwić przez trzy godziny pod gołym londyńskim niebem, można na własnej kanapie.
Korzystajcie.
W tym naszym brzydkim, brutalnym świecie ten spektakl jest jak solidny kubek herbaty. Z kieliszkiem rumu. I z jalapeno na przekąskę.

Poza tym wykańczam zabranego w podróż Ellroya i powiem wam, że nie ogarniam.
Czytałam wcześniej jego kryminały i zawsze mroziły mi krew w żyłach, ale to jest coś innego. Reportaż wcieleniowy, tak można by to nazwać, gdyby nie fakt, że on nie wchodzi w niczyją rolę. Nikogo nie próbuje udawać.
On opisuje własne życie. Brutalne, tajemnicze morderstwo matki, gdy był dzieckiem. Piękne i beznadziejne dorastanie z ojcem, przystojnym i świetnie wyposażonym, ale kompletnie nieprzystosowanym społecznie. Uzależnienie od wódy i prochów. Włamania. Odwyk. Powrót do zamkniętej, nigdy niewyjaśnionej sprawy uduszenia mamy – żeby się dowiedzieć, kim jest on sam i kim naprawdę była ta rudowłosa kobieta, która wydała go na świat i którą podglądał w kąpieli.
Doskonała książka. Jedna z tych, po lekturze których czujecie się brudni.
I tym sposobem przeszłam od afektów do patologii w mniej niż 1000 słów. Jak w życiu, chciałoby się rzec.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s