I don’t sleep, I keep my radio on

Jeśli mam do czegoś szczęście w życiu, to do ciekawych ludzi. Widać po blogasku, prawda?

Tak to już jest, panie i panowie, że ja albo nie mam życia towarzyskiego wcale przez długie tygodnie, albo mam je w uderzeniowej dawce.

W każdym razie w piątek rano, spóźniona li o kwadrans, weszłam do biura pewnym krokiem i starając się wyglądać.
Po prostu wyglądać.
Jakkolwiek.
Nie było to proste. Oj, nie było.
Weszłam do biura i zaraz mnie uszczęśliwiono toną papierzysk do przeczytania – ja zasadniczo to robię w pracy, czytam – i na domiar szczęścia po włosku. Porca Madonna. To naprawdę jest nie jest dzień, gdy umiem w języki obce. Nawet we własny umiem słabo. Po dwóch kawach nadal czytałam ten sam akapit, właściwie nie tyle czytałam, co gapiłam się nań w nadziei, że do mnie przemówi. Nie przemówił.
A to wszystko dlatego, że poprzedniego wieczora odpowiedziałam na jeden niewinny esemes.
Wskutek czego spałam przez trzy godziny – nie dlatego nawet, że jakichś czynów lubieżnych się dopuszczałam, po prostu wyśmienicie się rozmawiało nad winem. Do tego stopnia, że około godziny drugiej w nocy wygnałam rozmówcę z jego własnego domu do sklepu po jeszcze jedną butelkę białego. I wiecie, on zamiast mi odmówić, to wziął, przywdział swoją gustowną kurteczkę, nastroszył loczki, postawił kołnierz i poszedł.
Przyznaję. Był to błąd.
(Zwłaszcza że przyniósł czerwone).
Ale wart popełnienia.
Uwielbiam tego olbrzyma i zawsze będę. Słowa nie opiszą, jak bardzo go uwielbiam.
On jest jakby mną, tylko w męskiej skórze. Rozumiemy się bez słów. Choć gdy już te słowa są w użyciu, zwykle iskry lecą.

Ale serce i tak skradł mi taksówkarz.
– Dobry wieczór. Do Nowej Huty poproszę.
– Znakomicie się składa, bo tam mieszkam, a to mój ostatni kurs dziś. Miło wieźć sąsiadkę.
– Nie nie, ja jestem stąd, z Podgórza. Jadę tylko z wizytą.
– Ach.
Wymiana spojrzeń w lusterku. A co, wy nie wpadacie w gości o dwudziestej trzeciej?
To dość długi kurs, więc trochę sobie pogadaliśmy. Jak po wielokroć pisałam – uwielbiam rozmawiać z taksówkarzami. Wielu z nich ma niesamowite historie w zanadrzu (wojna w Jugosławii, grzebanie syna samobójcy, podróże po Kambodży, doktorat z matematyki – to tylko pierwsze z brzegu, które pamiętam).
– A pani to krakowianka?
– Nie, chociaż już prawie tak. Przyjechałam tu na studia siedemnaście lat temu i zostałam.
– ILE?
– Siedemnaście.
– To pani jest, przepraszam, po trzydziestce?
– Obawiam się, że owszem, tak.
– A ja myślałem, że jesteśmy rówieśnikami.
– To znaczy?
– Bo ja mam dwadzieścia sześć.
Oj, stary. Bez przesadyzmu.
– To teraz mi głupio, bo już chciałem panią na kawę zaprosić, a tu się okazuje, że pani taka…
– Tak?
– To znaczy, nadal chciałbym.

Lubię, gdy taksówkarze czekają, aż wejdę do budynku i dopiero potem odjeżdżają. A najlepsze, że za kurs zapłaciłam skromne dziewiętnaście złotych (dla nietutejszych – punkt docelowy jest odległy od mojej kwatery głównej o prawie dziesięć kilometrów i był już późny wieczór, gdy jest drożej, więc zaprawdę nie wiem, jak licznik w tej taksówce działał).

Jak na ironię, następnego wieczora również szczególnie nie wypoczęłam, gdyż udałam się w gości. Zostałam nakarmiona, ale tak nakarmiona, proszę państwa, że mój punkt G się odezwał.
– Chcesz chlebek do wytarcia talerza?
– Tak.
30 sekund później.
– Więcej chlebka?…
– Tak.
Wiecie, ja nieskromnie uważam, że całkiem nieźle pichcę, ale są ludzie, którzy swoimi umiejętnościami kulinarnymi wystrzeliwują mnie w kosmos i robią ze mnie bezwstydnego żarłoka. Nie są to ludzie, którzy robią ze swojego gotowania jakiś szoł z publikowaniem zdjęć sałatki we wszystkich social mediach; im to po prostu od niechcenia znakomicie wychodzi, ot, rozmawiają z wami, wina doleją, muzyczkę puszczą, wrzucą na patelnię niedbale zerwane zioła, coś tam zamerdają, jakiś tam czosnek nieelegancko posiekają, nagle podsuwają pod nos, a wam miękną kolana. Po tym, jak zjadłam moją kolację razem z talerzem i sztućcami, zostałam napojona, położona do łóżka („oczywiście, że nie wracasz do domu, pada przecież”), przykryta kołderką i dwoma kotami – które oczywiście stosownie ugniotły mi biust łapkami przed położeniem się na nim; dobrze, że samce gatunku ludzkiego tego nie robią! – i dopiero rano wypuszczona do domu. Bez kotów, niestety.
Cudownie.

Dziś za to jest zimno, mokro, ponuro, w tramwaju kobita jakaś dała mi łokciem w twarz (bo oczywiście, dlaczego miałaby zauważać, że wokół niej przebywają inni ludzie – uwielbiam pasjami takie typy), a do tego player ITV mi nie działa i nie mogę oglądać mojego Erniego. Żyzń parchata, powiadam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s