Speed dater

Kto by pomyślał, że już prawie piątek?
To oznacza, iż za tydzień o tej porze będę przebierała się w piżamkę (nie stosuję, to taka przenośnia), by wstać znowu o cholernej czwartej nad ranem, siedzieć na lotnisku z miną a’la Grumpy Cat, ale ale mój wyraz twarzy w pewnym momencie zawsze gwałtownie się odmienia. I tak też będzie tym razem, bez dwóch zdań. W końcu po drugiej stronie Kanału czekają cztery przedstawienia, dwóch czarujących dżentelmenów i banda świrów. Czyli klasyka gatunku. No, ale to dopiero za tydzień.

Tymczasem.
Po nędzy niedawnych kilku dni nastąpiła dziś cudowna odmiana – i jakie piękne słońce świeciło po południu! Po pierwsze, dowiedziałam się, że jednak znowu wyjeżdżam do roboty. Nie do końca tam, dokąd miałam, ale na tyle blisko, że będę mogła wsiąść w autobus i wpaść do drogiego kolegi w piątek wieczorem, albo on do mnie. Nawet się nie zmartwił, przeciwnie, napisał mi, że poza jednym weekendem wszystkie pozostałe ma wolne (znakomicie – ten jeden przeznaczę na zamki, żeby nie było, że nic nie pozwiedzałam – albo może na Trewir?), więc można planować.
Widzicie, jak to się czasem składa.

Jak na ironię, w drodze do domu wręczono mi taką oto ulotkę.

img_20160922_193252.jpg

Wysłałam skwapliwie zdjęcie do Luksemburga, a ten mi pisze:
– No ale idź, bo się spóźnisz!
Dzięki, stary.
– Wiesz co, nie.
– A czemu? Ja bym poszedł, zawsze to coś nowego.
Tak. Nie wątpię, że ty byś poszedł.
Raróg i jego umiłowanie nowych doświadczeń. Przypomnijcie mi, za co go lubię. Ach, tak…

Nota bene, z jakiejś niepojętej dla mnie przyczyny od kilku dni reklama kontekstowa na Fejsie proponuje mi cudowne warsztaty dla singielek, które sprawią, że dowolnie wybrany dżentelmen straci dla mnie głowę. Ceny nie podają sprytnie.
Gdyby mnie kto zapytał o zdanie, sądzę, że naciągalstwo jest to okrutne. Może i komuś pomogło, nie wątpię (dobrze, trochę wątpię – mam alergię na wszelki kołczing, za dużo z tym miałam zawodowo do czynienia), ale obiecywanie komuś nieśmiałemu i stęsknionemu za bliskością, że trup męski będzie słał się gęsto pod stopami, jeśli tylko zapiszą się na kurs, to dla mnie pospolite i w dodatku podłe nadużycie.
Ale, ale.
Odwracam tę otrzymaną dziś ulotkę i czytam, że szybkie randki to coś więcej niż rozmowa (więcej? intrygujące, bo trwają 5 do 7 minut). I całą instrukcję obsługi. I że jeśli zaznaczenia w ankietach uczestników się pokryją, to owi dostaną swoje namiary.
Chryste Panie. Albo Jesus fuck, jak mówił mój ulubiony bohater literacki.
To ja już wolałam starą, dobrą, sprawdzoną metodę uśmiechnięcia się do kogoś w kolejce do baru. Proste, tanie, niezawodne, mówiąc językiem z poprzedniej epoki.
I nadal działa.

Ludzie tracą umiejętność rozmowy, to fakt. Coraz częściej potrzebują pomocy w nawiązaniu kontaktu z innymi, to też fakt. Ale te akurat metody budzą mój, że to tak ostrożnie ujmę, umiarkowany entuzjazm.

Ale. Wracając do na nowo rosnącej liczby przyjemnych zdarzeń.
Jutro natomiast idę na wieczorną herbatkę czy coś z moją najlepszą przyjaciółką i też niebywale mnie to cieszy. A po drodze do domu spotkałam na ulicy jednego z moich ulubionych lokalsów, z którym przepracowałam wiele lat, później drogi nam się rozeszły i jakoś nie mogliśmy się spotkać („a co ty tu robisz?” – „no, idę…”) i wymieniliśmy publicznie bezwstydnie ciepły uścisk.
Tak to żyćko się toczy.

2 thoughts on “Speed dater

  1. Jak już człowiek wykmini gdzie spotkać drugą osobę, to boi się zagadać, albo ta druga osoba się płoszy. A co niby ma do stracenia?
    Tak. Pamiętam, że cztery lata temu uśmiechanie jeszcze działało. Teraz uśmiecham się tak na wyłączność😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s