L-l-lies

To nie był dobry piątek.

Z och, jakże wielu powodów.

Jeden wszystkie znamy. W sumie nie wiem, czy czuję się gorzej z myślą, że posłowie traktują mnie jak potencjalny inkubator, w razie czego do poświęcenia, czy z tym, że traktują mnie jak szmatę, bo przecież ich zdaniem aborcje wykonuje się li wtedy, gdy się z kimś zapomniało po pijaku, czy może z tym, że jeśli nie będę mogła zajść w ciążę, a będę chciała i potrzebowała medycznego wspomagania, to pokażą mi wała. Ogromna fala wkurwu i obawy przelała się w ostatnich dniach przez ten kraj. W sumie nigdy dotychczas nie czułam się niepełnowartościowym obywatelem, jest to zatem dla mnie uczucie nowe i niewygodne, do którego jeszcze nie przywykłam.
I, kurwa mać, nie zamierzam.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Mam otóż, moi drodzy, bardzo niską tolerancję na romanse pozamałżeńskie. Niską znaczy znikomą. Nigdy z żonatymi się nie bratam. Jak na ironię, mam jakieś osobliwe szczęście do tego typu amatorów mojej skromnej osoby i żadnemu się nie udało. No, prawie – tę moją zasadę raz złamałam, w okolicznościach oczywiście imprezowych, dwanaście lat temu, i to był jeden jedyny raz. Przyznaję się, żeby nie było, żem świętsza od papieża. Od tamtej pory ludzie z węzłem dla mnie nie istnieją jako potencjalni partnerzy. Za dużo nasłuchałam się i naoglądałam historii o tym, jak on to już z żoną nie sypia, już prawie składa pozew, po czym mijają lata, żona wskutek niepokalanego poczęcia wydaje na świat kolejne potomstwo, a pozew nadal w drodze do sądu, przez pocztę w Ułan Bator ani chybi. Poza tym żenuje mnie cały ten spektakl, głodne kawałki i dyskretne zsuwanie obrączki, umawianie się po hotelach, ściemnianie obu stronom, ugh. Podziękuję.
Nie mam nic przeciwko poligamii, gwoli ścisłości. Szczerze pisząc, uważam ją za całkiem zdrowe rozwiązanie (choć nie dla każdego, oczywiście). Pod jednym, absolutnie kluczowym warunkiem – trzeba być szczerym. Nade wszystko cenię sobie szczerość. Bo jak wiemy, kłamstwo ma krótkie nogi. Nie ma szans, żeby się nie wydało. Poza tym chodzi o taką pospolitą ludzką uczciwość. Nigdy nie byłam szczególną fanką małżeństw, ale uważam, że jeśli komuś coś się obiecuje, ba, przysięga – przyzwoitość nakazuje słowa dotrzymać. Albo przynajmniej uczciwie powiedzieć: słuchaj, kochana, tak się podziało. Nie brnąć w zaparte, nie nawijać makaronu na uszy.
Dlaczego o tym piszę, państwo pytają.
Moja przyjaciółka się rozwodzi.
Szczęśliwe małżeństwo ze sporym stażem, zwierzaki, podróże, wypieszczone gniazdko. I wtem. Wydarzyło się to, co powyżej.
Przepiękna, błyskotliwa kobieta z oczami jak gwiazdy, z sercem na dłoni, a ten rozpina gacie na widok pierwszej lepszej, co mrugnęła zalotnie.

Wiecie, gdy człowiek z kimś się przyjaźni przez kilkanaście lat, prawie większość swojego życia, pewne rzeczy po prostu wyczuwa, wychwytuje między słowami. Przez ostatnie miesiące miałam wrażenie, że coś jest z dziewczyną nie tak. Komunikacja jakaś zwięzła. Tak tak, spotkajmy się, ale może po wakacjach. Ja nie z tych, co lubią się wtrącać, więc usunęłam się nieco i czekałam. Aż tu w piątek nagle news zwalił mnie z nóg.

To nie jest proste, oglądać jedną z najbliższych osób w stanie kompletnej rozsypki i wiedzieć, że nie bardzo da się pomóc. Można siedzieć i słuchać. Powiedzieć, żeby wpadła w weekend, to sobie ugotujemy spaghetti, takie na ośmiu ząbkach czosnku i mnóstwie oliwy, albo lepiej, usmażymy bezwstydnie niezdrowe frytki i zjemy, oglądając serial pod kocem. Tyle można.
Tylko co zrobić z rosnącą chęcią pobicia gościa jego własnymi butami.
Gdy mnie ktoś skrzywdzi, zwykle na chwilę włażę pod moją skorupkę, wylizuję rany i w niedługim czasie jestem jak nowa. Ale gdy ktoś krzywdzi moich przyjaciół, moja reakcja jest zgoła inna. Resztki skrupułów tracę i idę ostrzyć narzędzia. Mam jakiś taki instynkt obrończy. Może to przez moje imię, którego grecki źródłosłów jest właśnie taki – obrońca (nie podejrzewam, ale kto wie?).
Słowo daję, lepiej żeby mi się na oczy nie pokazywał. I to też sprawia mi przykrość, bo zawsze bardzo go lubiłam. Niestety są takie rzeczy, za które trafia się u mnie do szufladki z napisem „tych klientów nie obsługujemy”. A że jestem przesadnie pamiętliwa, jeszcze nikomu, kto do tej szufladki trafił, nie udało się z niej wyjść. Koniec, Schluss, the end.

– Szczerze mówiąc, wyglądasz na bardziej przybitą ode mnie – powiedziała mi moja miła na pożegnanie.
– Bo jestem przybita. Jestem w szoku.
(Byłam. Popłakałam się, wróciwszy do domu).

Na otarcie łez i ponieważ nie mam pieniędzy, ale za to mam doła, kupiłam sobie wczoraj sukienkę, która do mnie mówiła. Przyda się za tydzień.

12 thoughts on “L-l-lies

  1. jak wiesz bywałam tą z którą zdradzano
    ja wiedziałam wszystko ( i bez ściemy, że żona/dziewczyna zuo i że wcale ze sobą nie śpią)
    sama też zdradzałam
    odkąd mam świadomość swojej poliamorii (poligamia to jednak coś innego, to wielożeństwo niedozwolone prawnie w wielu krajach) nie wiążę się i nie romansuję z mono facetami w związkach (chociaż bywa ciężko😉 ) i powiem tak: znam kilka osób, które nigdy nikogo nie zdradziły, głównym motywem jest strach, że się wyda i będzie awantura
    zdradzają i kobiety, i mężczyźni
    zdradzają w jednym związku a już w innym nie
    zdradzają z tysiąca różnych powodów i zostają w związkach ze zdradzoną osobą z tysiąca różnych powodów
    też mam tak jak ty, że rzucam się z zębami i pazurami bronić najbliższych
    przegryzłabym gardło najchętniej, ale…
    jeden z problemów polega na tym, że w tak wielu przypadkach „przysięga” jest uwarunkowana tylko i wyłącznie uwarunkowaniami społecznymi i monogamicznym wzorcem jako jedynym możliwym
    i tak, faceci w tym celują, bo wie taki jeden z drugim, że jeśli nie powie kobiecie, że jest jedna jedyna i takąż pozostanie, to nie zarucha, ew. nie będzie jej „miał”
    ale nie jest też łatwo kobiecie, której nie interesuje mono, bo kiedy nie „przynależy”, to bardzo często jest traktowana jako opcja zastępcza, zanim się nie trafi jakaś, która będzie przynależeć do pana i władcy li i jedynie ( z furteczką dla niego puknięcia po kryjomu kogoś innego, jak akurat tak wyjdzie)
    i pewnie, powinno być tak, że facet powinien powiedzieć, jeśli ktoś inny go kręci, powinni coś z tym razem zrobić jako para, jeśli chcą zostać mono, ale ile z nas ma taką odwagę cywilną? ile z nas ma minimalne chociaż przygotowanie komunikacyjne? ile z nas potrafi rozmawiać o takich kwestiach?
    ja się musiałam tego nauczyć i dłuuuuuuuuugo mi to zajęło i co? i mimo, że ja to potrafię, to mój ostatni „partner” dał dupy (a raczej chuja) i po półtora roku związku ze mną stwierdził, że on to jednak w poliamorię nie umi ( tylko dlatego, że nie chciał powiedzieć pannie prawdy, bo być może by nie zaruchał, tfu nie zakochał… whatever)
    i jasne, że to nie tak powinno być, że uczciwość, że otwartość i prawda powinny być priorytetami w związku, ale przez masakryczną ilość uwarunkowań tak nie jest a raczej bywa bardzo rzadko
    chujowe to
    chujowe do usrania
    ale ja za prawdę, uczciwość i etyczną niemonogamię płacę samotnością
    jestem więc w stanie zrozumieć kłamstwo i to, że człowiek usiłuje jakoś wylawirować
    chujowo i idiotycznie, egoistycznie i tchórzliwie
    nie bronię kolesia
    jebany kurwa tchórzliwy mały chujek
    ale psiakrew… skomplikowane to…
    no i jeszcze jedno.. nie wiem jak w tej sytuacji, ale to często niekoniecznie „pierwsza lepsza, co mrugnęła zalotnie” (chociaż tak było w moim przypadku, BK widział pannę dwa razy, tyle, że mnie nie okłamywał… z to ją i owszem, po całości)
    ja nie mrugałam zalotnie do tych mężczyzn, którzy ze mną zdradzali żony, owszem, kochałam się w nich, ale to ja byłam stroną, która pytała: ale na pewno chcesz? na 100% chcesz? może jednak nie?
    i za każdym razem odpowiedź takiego delikwenta była: CHCĘ, i chcę i chcę
    aż się cholera rozpisałam, ale temat sercu bliski, bo też (poniekąd) zostałam właśnie zdradzona, i porzucona i to właśnie dla kogoś, kto mrugnął zalotnie, nówka sztuka nieśmigana
    ależ tak, poliamoryczną osobę też da się zdradzić, nawet mówiąc jej o wszystkim, bo główną zasadą etycznej niemonogamii jest to, że WSZYSCY zainteresowani są świadomi w co wchodzą
    BK o tym wiedział i zwyczajnie to olał, bo mu nie było z tym wygodnie
    tak więc zdradził mnie, zdradził swoją potencjalną przyszłą (obecną?) partnerkę plus nie wątpię, że nadal po kryjomu czaruje te pozostałe, które sobie urabiał, może nie po to, żeby to wykorzystać na boku, ale żeby mieć alternatywę i dodatkowe zabezpieczenie (pompka dla ego)
    ąż cholera i psiakrew, jak przyjacióła odparuje trochę, to może sprezentuj jej „Kup kochance męża kwiaty” Millerowej, rewelacyjna książka, polecam
    (jeśli komentarz za długi czy wkurzający, to usuń, ok?🙂 )

  2. mogłabym się pod tą notką podpisać wszystkimi kończynami. pod każdym akapitem. a co do Przyjaciół, to moja najbliższa E. miała tak własnie, jak Ty, kiedy rozstałam się po 10 latach z ex. ona to dłużej przeżywała, niż ja. ze względu na mnie, ale i dlatego, że przecież się przyjaźnili. spotykali. a on po prostu bez słowa zniknął z – także jej – życia. jakby nigdy nie istniała znajomość, przyjaźń. ot, rozstał się ze mną, cała reszta nieważna.

    co do skłonności panów, to właśnie przerabiam akcję pt. „będę do Ciebie pisał, będę Cię stalkował w necie, ale nie umiem zostawić swojej dziewczyny („chociaż to już długo nie potrwa, różnice zdań, wiesz, rozumiesz”) mimo że „jesteś tym, czego szukam”. tak bardzo mi nie przykro.

  3. „Nigdy nie byłam szczególną fanką małżeństw, ale uważam, że jeśli komuś coś się obiecuje, ba, przysięga – przyzwoitość nakazuje słowa dotrzymać.”. Otóż to! Ale do tego trzeba być dojrzałym człowiekiem, nie tylko w metryce, ale i w mózgu i w sercu…

  4. Ano komuś się tam w Warszawie zajączkuje całkiem, ktoś nie zdaje sobie sprawy ile kosztuje emocjonalnie, fizycznie i finansowo dziecko niepełnosprawne, a pomoc państwa… jest znikoma w morzu potrzeb chorych dzieci… tylko, że te dzieci dorastają i stają się dorosłymi, a wówczas to za 640 (obecna stawka) muszą ogarnąć wszystko… no chyba, że Warszawka liczy na „późną” aborcję… że rodzące się dzieci będą tak chore, że nie będą w stanie przeżyć dłużej niż kilka dni, może miesięcy, a może kilka lat… że stary i sam chory rodzić, nie bezie o tym myślał, że chyba czas odebrać dziecku i sobie życie, bo… jak go braknie, to nie ma nikogo kto się tym dojrzałym chorym człoo9wiekiem zajmie, gdyż ilość ośrodków i koszty pobytu w nich, to jakiś absurd… a mowa jest o ciążach, które determinuje wysoki stopień upośledzenia rozwoju. O traumie matek rodzących martwe dzieci, lub dzieci tak zdeformowane, że nie przypominające niemal małego człowieka też pisać nie będę, ale zdrowe dzieci katów… patrzeć każdego dnia na dziecko i widzieć jego ojca, który zgwałcił matkę… sorry, ale nie rusza mnie stwierdzenie, że w małżeństwach jest przemoc i takie dzieci tam też się rodzą (to też bardzo poważny problem, też godzien poruszenia i sprzeciwu, jednak nie w tym momencie)… a jeszcze kiedy dziecko jest chłopcem… patrzeć każdego dnia w małą kopię oprawcy i kata… jakim trzeba być potworem aby zmuszać do tego kobietę? Aby miłość matczyna walczyła z przerażeniem, odrzuceniem i brakiem możliwości zapomnienia i rozliczenia przeszłości…

    Natomiast w kwestiach niepolitycznych, myślę, że jeśli chodzi o te obiecanki, to nie tylko kiedy są one formalne to jednak zasada odpowiedzialności i szczerości powinna obowiązywać, a i odwagę trzeba mieć by umieć godnie się zachować, kiedy się głupot na robi.

    Do tego jednak, wiem, że każdy człowiek ma swój „kryptonit”… z moim się rozstałam rok temu… po tym, jak zapomniał mi powiedzieć, że wrócił do byłej żony (kiedy się poznaliśmy był już jakiś czas po rozwodzie, żadna tam świeżynka)… jest moim kryptonitem (to ten środek który odbierał wszelkie moce Supermenowi), bo wiem, że gdyby pojawił się w pobliżu, i choćby przypadkiem doleciał mnie jego zapach (o dotyku nie wspomnę) to racę cały rozsądek i cały swój rozum… i cóż, chyba obecny pan mocno to czuje.

    • Oj tam, trauma. Co tam trauma…
      A propos opieki – w ostatnim „Dużym Formacie” jest tekst o tym właśnie, o starzejących się rodzicach opiekujących się dorosłymi dziećmi, które nigdy nie będą samodzielne. Dramat. O tym jednakowoż nasi politycy milczą, to nie dość medialne. Ani słowa nie usłyszałam o tym, w jaki sposób pomysłodawcy zaostrzenia prawa aborcyjnego zamierzają pomagać rodzicom ciężko chorych dzieci. Zakładam, iż te dzieci po prostu ich nie obchodzą. Zarodki tak. A potem – cóż…
      Łatwo siać tanią demagogię i wykrzykiwać wielkie hasła o tym, jaką to niezmierzoną wartość ma życie. Tylko, no właśnie, jaką ono ma wartość w sytuacji, gdy skazuje się całe rodziny na cierpienie? I dlaczego, niech mi w końcu wyjaśni ktoś z orędowników tego chorego pomysłu, moje życie ma być warte mniej? Jak słyszę gościa, który bredzi, że jedyną ofiarą gwałtu ma być nienarodzone dziecko, to zaprawdę scyzoryk w kieszeni mi się otwiera.

      • Bo oni nie mają najmniejszego zamiaru się tym tematem zajmować … to zbyt duże obciążenie dla państwa… lepiej i łatwiej było rzucić 500+ niż pomyśleć o tych, już dorosłych dzieciach, które zawsze będą dziećmi, bez względu na wiek, gdyż zawsze będą potrzebować pełnej opieki… a które na swoje życie obecnie będą dostawać 640 PLNów renty socjalnej… gdyż jako nigdy niepracujące mogą liczyć tylko na socjalne datki (jałmużnę) bo sobie podstawy składek nie wyrobiły… normalnie to też mi się scyzoryk otwiera.
        Normalnie to też, zaczynam się zastanawiać, czy może jednak na stare lata nie zwiać z tego domu waryjatów.

        • Ja również. Ja również.
          Oburza mnie troska o zamrożone komórki przy jednoczesnym całkowitym lekceważeniu problemów – DUŻYCH problemów – ludzi, którzy już na tym świecie są. I dla których ten fakt to raczej udręka niż radość. Zamiast trochę tej udręki im odjąć, dywaguje się nad projektami, które mogą urodzić takich sytuacji jeszcze więcej.

  5. ale TY piszesz, przybiło mnie, wbiło w kanapę i nie wiem co napisać, bo coby tu napisać to będzie dziwnie, źle, słabo…
    mam Męża i wierzę w instytucję małżeńską. Jednak przypadki wielu osób pokazują, że nad wyraz ona słaba…tak łatwo zdradzić, odsunąć się od siebie na niebezpieczną odległość, tak szybko może się posypać.

  6. Cóż ja mogę napisać. Bywa różnie. Jako głupkowata studentka miałam romans z żonatym wykładowcą (how cliché🙂 ) Widziałam od początku, że żony nie zostawi – w tym sensie była to jasna sytuacja i obietnic rozwodu nie słyszałam. A więc i się nie rozczarowałam, że jednak o dziwo się nie rozwiedzie. To ja zakończyłam ten „związek”, choć było mi cholernie ciężko, bo zakochałam się w gościu naprawdę potężnie. Na szczęście jednak trafił się długi wyjazd i skwapliwie z niego skorzystałam, bo „co z oczu, to z serca”. Faktycznie może łatwiej było się oderwać emocjonalnie te parę tysięcy kilometrów od niego – i skończyć sprawę. Mija parę lat, zaczynam się z kimś spotykać – i po roku zachodzę w ciążę. Presja rodziny, a więc ślub. Głównie z tej presji, niestety. Ja zostaję z dzieckiem w Polsce, „mąż” wyjeżdża do UK do pracy i tam… zdradza. Dowiaduję się, gdy „mąż” wraca do Polski. Romans jest już zakończony, ale „mąż” ma pecha i ja się przypadkiem dowiaduję. A więc rozwód. Oczywiście kontaktu z dzieckiem nie utrudniam. Po paru miesiącach były już mąż pyta, czy by nie spróbować być ze sobą – na początek „dla dobra dziecka”. Wie, jak mnie podejść, bo wiem, co znaczy mieć nienawidzących się rodziców. Zgadzam się. Wybaczam tę zdradę, jakoś racjonalizuję to, co się stało. Od tego czasu minęło już 11 lat. Nie żałuję tego, że postanowiłam to przełknąć… czasem warto dać jeszcze jedną szansę. Ale tylko jedną🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s