Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

2 thoughts on “Aaa shrew

  1. uwielbiam to czytać
    widzę oczami wyobraźni i tak bardzo bardzo, ale w pozytywny sposób, zazdroszczę
    i zawsze czytam z uśmiechem😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s