Walk walk fashion baby

Pacjent będzie żył, choć nadal jestem a) trochę zagniewana, b) trochę smutna.
Pojawiło się jednak światło w tunelu i, wyobraźcie sobie, nie jest to pociąg. Mam bowiem ogromne szanse na to, że spędzę najbliższe dwa miesiące, pracując z jednym moich ulubionych ludzi na świecie. Naprawdę dziko go wielbię (nie w opisywanym tu ostatnio sensie maślanym). Pod względem zawodowym mój idol. Bardzo wymagający. Niemniej, w odróżnieniu od wielu menedżerów, z którymi miałam do czynienia, jasno mówi, czego dokładnie oczekuje. Trochę się go bałam na początku, bo mimo że nie jest to człowiek solidnej postury, ma w sobie coś, co was deprymuje. Może właśnie to – że jest wymagający. Gdy powiedziałam mojemu osobistemu Jamesowi Bondowi, że trochę się tego faceta boję (a to jego szef na co dzień), pokiwał głową i odparł:
– Yes, he’s a bit intimidating… But he’s really cool.
On wtedy do nas przyjechał, ten mój idol, tam na tę pustynię. Na samą myśl o jego przyjeździe sztywniałam. Tak czy inaczej, spędziliśmy wspólnie tydzień, harując jak dzikie osły (i od czasu do czasu odzyskując równowagę psychiczną w fantastycznej libańskiej knajpie, gdzie podawano piwo – tam to nieoczywista sprawa). Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że deprymujący, jeżący mi sierść na plecach człowiek jest w istocie przemiłym, życzliwym gościem. W ciągu raptem tygodnia wsączył we mnie niesamowicie dużo wiedzy – jak robić rzeczy, których rzeczy nie robić, bo są stratą czasu. I z kogoś, kogo się bałam, przerodził się w sympatycznego mentora.
Mieliśmy takie jedno spotkanie, przed którym panikowałam niemal jak te filipińskie małpiatki, które, biedactwa, są tak przeraźliwie nieśmiałe i nerwowe, że potrafią popełnić samobójstwo z tych nerw. Ręce latały, wdech wydech, może by się popłakać, może by zwymiotować. Nikt nie chce zrobić z siebie patafiana przed wierchuszką, a ktoś taki jak ja w ogóle boi się odezwać, co dopiero mówić przez dwadzieścia minut o czymś, z czym miał do czynienia przez raptem kilka dni. Pół godziny do spotkania. Niby jestem dobrze przygotowana, niby nauczyłam się na pamięć, ale mam żołądek w gardle i pustkę w głowie. I wtem słyszę:
– Come on. Let’s go for a walk.
– Sorry?…
– A walk. Let’s take a walk.
No i facet zabrał mnie na spacer. Kupił nam po smoothie i okrążyliśmy dwukrotnie budynek, siorbiąc. Pogadaliśmy o tym, dokąd wybieramy się na wakacje i dlaczego tam. Niesamowicie mi pomógł w taki prościuchny sposób. A gdy wracaliśmy, oznajmił, że owszem, może się zdarzyć, iż on też podczas tego spotkania zada mi trudne pytanie, ale to nie dlatego, że jest przeciwko mnie, tylko żeby mnie odpowiednio pokierować. I że nie oczekuje, iż będę znała odpowiedź – nie natychmiast w każdym razie.
Spotkanie się odbyło. Trwało, bagatelka, trzy godziny. Autorka lekko drżącym głosikiem, ale już bez reakcji fizjologicznych zaprezentowała swoją część. Skończyłam, patrzę na ekran i widzę, że miga mi ikona komunikatora. Wiadomość od pana deprymującego. Świetnie, myślę. Teraz mi wytknie wszystko, o czym zapomniałam powiedzieć (a zapomniałam).
Otwieram.
„Well done!”.

Teraz rozumiecie, dlaczego go uwielbiam.

Jest zodiakalnym Bykiem, nota bene. No wiadomo!

Gdy parę miesięcy później, będąc w innym miejscu, dowiedziałam się, że też akurat tu jest i właśnie przyszedł, zerwałam się na równe nogi i pędziłam przez budynek co koń wyskoczy, tratując ludzi po drodze – żeby się z nim przywitać.

Jeśli natomiast idzie o wszelkie inne wydarzenia na świecie, to niniejszym oświadczam, że nie mam absolutnie żadnego problemu z literackim Noblem. Z zainteresowaniem jednakowoż śledziłam falę oburzenia, która przelała się przez internety, bo jakże to, jakiś szarpidrut z irytującym głosem, Boże widzisz i nie grzmisz, dokąd zdąża ten świat, degrengolada, upadek kultury itepe itede.
Nie przepadam za podziałem kultury za wysoką (cacy) i niską (be). Wolę podział na dobrą – czyli taką, która człowiekowi powoduje jakieś zamieszanie wokół serduszka, sprawia, że zawiesza się na chwilę zasłuchany/zapatrzony – i złą, czyli taką, przy okazji obcowania z którą człowiek myśli z lubością i zafascynowaniem o swoim zeznaniu podatkowym.
Gwoli ścisłości, też nie lubię słuchać Boba Dylana, gdy śpiewa.
Ale jego teksty uwielbiam.
Wychowałam się na nich.
Ja, ale też mój ojciec, dla którego zdobycie winyla pośród pól malowanych zbożem rozmaitem w Polsce wczesnych lat 70. było sporym wyzwaniem.
Rozumiem, że nie każdemu ta nagroda pasuje. Sama typowałam Margaret Atwood. Albo Joyce Carol Oates. Niemniej całe to och ach jak mogli nieco mnie mierzi.
Dylanowi ta nagroda się należała. Właśnie dlatego, że mnie wychował. Mnie i tysiące innych. Uwrażliwił nas. Pisze nam prostymi słowami o rzeczach nader dotkliwych. O naszej codziennej, beznadziejnej podróży. I wżarły się w nas te jego wersy, bo kto ich nie zna. Degradowanie Dylana do roli jakiegoś tam piosenkarza trochę mnie zirytowało. Bo w czym wiersz śpiewany ma być gorszy od wiersza czytanego? Rączka w górę, kto ostatnio przeczytał jakiś wiersz? A teraz rączka w górę, kto ostatnio, słuchając piosenki, znieruchomiał oszołomiony, bo ktoś napisał ścieżkę dźwiękową do jego życia?… No właśnie. Times they are a-changin’. Dobra literatura pozostaje dobrą literaturą, niezależnie od tego, w jaki sposób jest nam podawana. Wszelkie twierdzenia, że wielcy poeci nie pisali piosenek, są bardzo łatwe do obalenia. Czy naprawdę poetą może być tylko ktoś, kto ma grzywkę, mankiety, chmurne czoło, wstaje rano, sięga po pióro i z namaszczeniem smaruje wiersz przez cały dzień?… A może właśnie każdy z nas? Dla mnie ten Nobel to jasny komunikat, że czas przyzwyczaić się do tego, iż granice między dziedzinami kultury są bardzo płynne. Ale też komunikat, że literatura to nie jest coś ponad nami, coś niezrozumiałego i nadętego. To coś obok nas. Z nami nawet. Coś, co nam codziennie towarzyszy.

(Żeby wszak nie było tak refleksyjnie, dziś ten chłopak, nie do zniesienia człowiek w istocie, nie polecam, ma urodziny! Najlepszego. Oby miał wiele okazji do spotkań z jedyną stalkerką, jaką ma – każdy by chciał taką mieć).

8 thoughts on “Walk walk fashion baby

  1. Ów „nobel” cieszy rownież z powodu przytarcia tego i owego oraz skłoni do refleksji „korporacjonistów” literackich.

  2. No proszę, tak się ostatnio skutecznie staram oddzielić od świata, że dopiero tutaj się dowiaduje, że pan Zimmerman też oberwał Noblem. Ale… kogo to ? Noble z literatury coraz częściej miewają laureautów, których wcześniej prawie nikt nie zna i nie czyta. A Noble z polityki… tylko naukowe trzymają jeszcze swój poziom i mają wartość.

  3. W zyciu zawodowym dobrze jest trafic na kogos takiego jak twoj idol bo prawdziwy szef to rzadkosc. Zawsze uwazalam, ze bycia managerem nie da sie nauczyc na eadnym uniwersytecie, bo to musi byc tak naturalne jak oddychanie.
    Gratulacje, ale to przeciez nie przypadek. Ty przeciez masz dar, nie?😉

    • No ja nie wiem… ☺ Ale uważam, że w tym przypadku miałam kupę szczęścia. Zwłaszcza że w przeszłości miewałam do czynienia z managerami, którzy kiepsko traktowali ludzi – niektórzy z nich świadomie i celowo. Łącznie z przypadkiem, który w nerwach potrafił rzucać przedmiotami.

  4. a Dylan i Cohen to przeciez historia mojej mlodosci (chlip, chlip …) i chociaz wolabym by wlasnie uhonorowano poetycki i literacki talent Leonarda C. doceniam uniwersalizm tworczosci Boba D. Zwlaszcza w takich utworach jak „Blowin’ in the Wind” czy „Man Gave Names to All the Animals”. Koncerty na zywo obu poetow nie pozostawiaja najmniejszego cienia watpliwosci co do moich wyborow, chroboczacy jak pocierany o metal papier scierny glos Dylana i jego zimna, niemal Buster Keatonowa twarz bez najmniejszej emocji pozostaje w cieniu eleganckiego, chociaz czesto wpadajacego w parlando , spiewu Cohena. Wszystkie jego koncerty, w ktorych uczestniczylam byly czyms wiecej, niz spektaklem i pewnie dlatego wiadomosc o Noblu wywolala to subiektywne oczywiscie porownanie.

    • Ja też bym wolała. Cohen bardziej do mnie przemawia, ale z drugiej strony mamy takie wieczne już teraz wersy typu „how many roads must a man walk down”.
      Bardzo mi się nie podobają próby dyskredytowania gościa, który naprawdę wywarł wpływ na kilka pokoleń. Nie trzeba go lubić – ale wszystkie te teksty o tym, że w przyszłym roku dostanie Kanye West, że jak to tak Nobel dla piosenkarza, toż on nie stał przy Sienkiewiczu etc., no doprawdy. Co prawda uważam snobizm intelektualny za najlepszy rodzaj snobizmu, ale bez przegięć…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s