Conquer the angry one by not getting angry

Jak widać po moich ostatnich wynurzeniach, lubię miłych ludzi. Lubię uprzejmość – nic nie kosztuje, a jak wiele zmienia. Czasami jednakże zauważam osobliwą prawidłowość, mianowicie nad grzecznością i wychowaniem innych najgłośniej ubolewają ci, którzy sami w te klocki zbyt mocni nie są.
Jadę otóż ja sobie dziś tramwajem. Zatłoczonym, jak to w moim grajdołku. Tramwaj zbliża się do przystanku, pasażerka nieopodal wstaje i przesuwa się w kierunku wyjścia.
– A może by tak „przepraszam” powiedzieć – pada wtem głośne i skwaszone zdanie. Dziewczyna przeprasza, sprawa wydawałaby się załatwiona, ale nie. Obywatel, nie zniżając głosu, jakby chciał się upewnić, że wszyscy go słyszą, informuje, że jakby ludzie książki czytali, a nie oglądali tefałen, to by wiedzieli, jak się zachować.
Ciekawe rozumienie savoir-vivre’u.
Chciałabym powiedzieć, że to jedyny taki przypadek. W poniedziałek inny obywatel pod Galerią Krakowską zapytał mnie, gdzie jest najbliższy przystanek (może to te tramwaje tak ludzi wkurzają?…) i czy odjeżdża stamtąd linia 14. O ile byłam w stanie podać mu lokalizację najbliższego przystanku, o tyle szczerze wyznałam, że nie mam pojęcia, czy czternastka tamtędy kursuje, bo z niej nigdy nie korzystam.
– A czy ja się pytam, czy pani z niej korzysta?! – gość do mnie.
No ludzie.
– Hm – autorka do gościa. – Zatem najbliższy przystanek jest tam, ale z czternastką panu nie pomogę, przepraszam.
– PFF!
I odmaszerował.
W kierunku przeciwnym do wskazanego.
Wiem nie od dziś, że niektórzy ludzie uwielbiają się wkurwiać na innych, szukać dziury w całym, wytykać komuś, że śmiał w ogóle zaistnieć w ich pobliżu. Jakimś cudem czerpią przyjemność z nieustannego dążenia do konfrontacji. Chciałabym, żeby mi kiedyś kto wyjaśnił, co w tym takiego uciesznego. Mnie by to okropnie męczyło. Wielce sobie cenię wzajemną życzliwość i mój mały rozumek nie ogarnia, co takiego fajnego w byciu złośliwym i sfochowanym.

Kontynuując wątek ludzi miłych i tych, którzy mają z tym pewien problem, wyczytałam wczoraj, że petycja jest. By pewnego naszego literata, choć ostatnio bardziej publicysty, choć chyba najbardziej przesadnie aktywnego użytkownika mediów społecznościowych nie zapraszać na krakowskie Targi Książki.
W sumie to się z tym zgadzam, choć owego literata z bożej łaski wyraźnie podniecił fakt, że znowu się nim zainteresowano. Jest na to wdzięczne określenie w języku fanatycznych wielbicieli herbaty z mlekiem – „attention whore”. Cóż. Są tacy, którzy zdobywają sławę dzięki talentowi i ciężkiej pracy w odpowiednich proporcjach, a są tacy, o których pies z kulawą nogą by nie usłyszał, gdyby nie narobili wokół siebie fermentu.
Uważam, że zapraszanie pospolitego buca i seksisty, nazywającego kobiety feminazistkami i pindami, komentującego ich wygląd w sposób, który zasadniczo zasługuje na policzek, bredzącego o deformacjach i że gdyby to on decydował o kobiecych ciałach, na pewno byłyby ładniejsze, niesławnego dzięki tekstowi o korzystaniu z okazji, gdy baba pijana – otóż uważam, że zapraszanie takiego kogoś na jakiekolwiek imprezy nie powinno mieć miejsca. Miejsce powinien mieć całkowity ostracyzm. Ignorować. Nie widzieć, nie słyszeć, nie wchodzić w polemiki. Toteż z drugiej strony zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdyby ów przybył, ciągnąc za sobą blask swojej wyimaginowanej chwały i spędził dzionek cały, siedząc przy pustym stoisku, wytrwale lekceważony przez mijających fanów literatury, nie złożywszy ani jednego autografu. Może to dałoby do myślenia. To jak z trollami – ekscytują się, gdy się z nimi dyskutuje, ale flaczeją jak przekłuty balonik, gdy puszcza się ich mniej lub bardziej niewyrafinowane komentarze mimo uszu i oczu. Jak bowiem często się zdarza, osobniki trafiające na cenzurowane za niemądre, krzywdzące i agresywne wypowiedzi lubią robić z siebie męczenników poległych w walce o wolność słowa. Tylko jakoś nigdy nie pamiętają, że wolność słowa nie oznacza braku odpowiedzialności za to, co wygadujemy (lub po pijaku wypisujemy w internetach). Jestem wielką zwolenniczką tępienia chamstwa i arogancji w życiu publicznym. Bardzo bym nie chciała myśleć, że jestem w mniejszości.

Z innej beczki, nadal nie zajrzałam do mojej skrzynki pocztowej. W poniedziałek bowiem zrobiłam coś dość raczej szalonego i teraz się boję, że dostanę odpowiedź. Odczekam do końca tygodnia.
Bardzo to dojrzałe.

PS Dostałam odpowiedź.

3 thoughts on “Conquer the angry one by not getting angry

  1. … słówko lub dwa co takiego i gdzie napisałaś?🙂
    no i co dostałaś w odpowiedzi?🙂 … nie ładnie tak wspominać i tylko półsłówkami nadmieniać… no chyba, że czekasz z otwarciem odpowiedzi do końca tygodnia… skoro skrzynkę otwarłaś wcześniej😉

    co do tych co to zwady zawsze szukają – myślę, że oni po prostu nie wiedza, że można inaczej i że inaczej zwyczajnie się da… nikt ich tego nie nauczył, a komunikacja w domu zapewne zwyczajnie nie istniała lub była w formie pierwotnej, na bazie dźwięków z pogranicza burczenia, piszczenia, ciamkani i nie wiadomo czego jeszcze… w każdym bądź razie na pewno nie z pogranicza samoświadomości w zakresie kultury i dobrych manier

    • Nie wytrzymałam, zajrzałam. Otworzyłam, przeczytałam i nawet odpowiedziałam. Co. , gdzie i dlaczego, to chyba zasługuje na oddzielny wpis. Zobaczymy, jak sprawy się rozwiną 😆

      Też myślę, że nikt takich nie nauczył manier, tak po prostu. Albo nauczył, ale uznali, że nie jest cool być sympatycznym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s