Miracles at work

Co słychać przy niedzieli? Ja na przykład, proszę państwa, miałam dziś w planach dzień dbania o urodę (jakby cokolwiek można było poprawić w tej sprawie), ale towarzystwo wyciąga mnie na demonstrację, zatem wiele wskazuje na to, że będę dziś uprawiała politykę. Na razie jednak siedzę w kwaterze głównej w towarzystwie uwielbianej Joan As Police Woman. Ten numer zachwyca mnie prawie tak bardzo, jak niezapomniane Get Direct, które całkiem serio przyprawiło mnie o zatrzymanie funkcji życiowych na chwilę. Po prostu jak stałam, tak usiadłam i zamarłam. Ciągle mam ten kawałek na playliście, nie wyobrażam sobie inaczej, ale bardzo rzadko go słucham, bo wywołuje takie dziwne uczucie, o którym chyba wolałabym zapomnieć.

Gdyby kto był ciekaw, jak tam w świecie bohemy.
Po kilku dniach korespondencji zostało ustalone… właściwie niewiele zostało ustalone. Ja nie wiedziałam, że te artysty to takie skrupulatne ludzie są. Z drugiej strony jeśli zawczasu nie dogada się szczegółów, to później wychodzi tak, więc może lepiej, iż koleżka dopytywał o wszystko, od materiałów począwszy, z właściwą dla siebie uroczą dyskrecją sugerując mi przy tym, co sam by wolał, kończąc na temacie.
Jeśli o ten ostatni idzie, niżej podpisana kulturalnie zepchnęła kwestię ostatecznego wyboru na koleżkę, podrzuciwszy mu tylko wymarzony motyw. Koleżka skomentował to w sposób dający ogromne pole do interpretacji (skala pomiędzy „fantastycznie” a „za jakie grzechy…”), niemniej wyzwanie zostało przyjęte. Gdy wróci stamtąd, dokąd wyjeżdża, ma zacząć coś tam mazać wstępnie, więc za jakieś dwa-trzy tygodnie może pierwszy szkic do mojej skrzynki spłynie. I tu zaczyna się część, która najbardziej mnie bawi – li wówczas, gdy spodoba mi się to, co zobaczę, monsieur l’artiste będzie kontynuował prace. Inaczej do kosza i od nowa.
Niezły kosmos, co?

Mówcie mi Peggy Guggenheim.

Oj, będzie śmiesznie tej jesieni.
Nawiasem mówiąc, wszystkie te maile są aż komicznie podręcznikowym przykładem brytyjskiej komunikacji. U Anglozy, jak wiadomo, rozmowa biegnie na dwóch poziomach jednocześnie – słowa to jedna warstwa, to, co pomiędzy nimi, to druga, na ogół bardziej istotna. O ile u takich Teutonów zauważam tendencję do walenia prosto z mostu (o Luksemburgu to już nawet nie wspominam, wszak omawianie życia seksualnego przy obiedzie w restauracji przestało robić na mnie wrażenie, raz jeszcze przepraszam osoby przy sąsiednich stolikach za spowodowaną traumę), o tyle Angloza kocha swoje owijanie w bawełnę po wielokroć, zatem trzeba być czułym na niuanse. Moment, w którym Angloza odpuszcza sobie swoją uprzejmą ostrożność i zwraca się do was bardziej bezpośrednio, traktować należy jako przełom, bo oto zostaliście przyjęci w poczet ludzi zaufanych. A gdy już zaczną z was bezczelnie kpić, to hoho!
Tak czy inaczej, alleluja i do przodu.

One thought on “Miracles at work

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s