Je suis l’un et l’autre

Przymrozek dziś sponiewierał mieszkańców Krakatau, zatem wytargałam z szafy mój płaszczyk. Tenże.
Zawartość jego cudownie głębokich kieszeni przypomniała mi, gdzie ostatnio w nim byłam.
I płaszczyk chyba znowu pojedzie. Bez niego bowiem nie ruszam się donikąd między listopadem a marcem.

Niektórzy mają długi weekend, ja w poniedziałek muszę swój szanowny tyłek zataszczyć do roboty, żeby parę spraw dokończyć, ale w sumie to się cieszę. Poza tym nadejście poniedziałku oznacza, że będę znowu co wieczór ostrożnie zaglądała do skrzynki pocztowej, więc jest na co czekać. No i może się okazać – choć nie musi – iż będzie to ostatni poniedziałek w ojczyźnie aż do świąt. Tych świąt w grudniu.
Tak to u mnie wygląda.

Ja to nawet lubię. Nie przeszkadza mi perspektywa spędzenia blisko dwóch miesięcy gdzieś tam, podobnie jak nie przeszkadza mi świadomość tego, że jeśli będę potrzebna tu czy tam, mogą mnie zawezwać w każdej chwili, z parodniowym wyprzedzeniem. I wtedy mademoiselle pakuje się i jedzie. Tam, dokąd pojechać trzeba. Nie mam z tym problemu. Zawsze o tym marzyłam i doczekałam się takiego życia. Oczywiście marząc, nie miałam pojęcia o konsekwencjach – o tym, że bywa się potwornie zmęczoną, że można czuć się przeraźliwie samotnie, że nie można sobie kupić biletu do teatru ani zaklepać fryzjera na przyszły miesiąc, bo cholera wie. Ale człowiek ma jedną cudowną zaletę – przyzwyczaja się. Ma nieprawdopodobną zdolność adaptacji. Zawsze wydeptuje sobie swoje ścieżki, gdziekolwiek go opatrzność rzuci.
Oczywiście cała akcja wciąż może zostać odwołana. Jak to po wielokroć również bywało.
Ten stan zawieszenia jest nieco frustrujący, niemniej znam siebie na tyle, by wiedzieć, że wolę go od pewności, co będzie jutro, za tydzień, za dwa miesiące i trzy lata. Spokój, choć ma ogromne zalety, prędko mnie nudzi i sprawia, że gnuśnieję i niemal czuję, jak porastam mchem. Świadomość, że być może lada chwila wyruszę po przygodę przyprawia mnie o bezsenność co prawda, ale też sprawia, że zwyczajnie czuję, że żyję. Na chwilę znów zmieniam się w podekscytowanego niemożebnie dzieciaka.

Poza tym wszyscy zdrowi, dziękuję.
Spełniłam dziś dwa dobre uczynki (jeden był trudny, bo chciałam pomóc starszej pani w zakupie biletu, ale automat nie chciał współpracować, choć tarłam pieniążek jak opętana – jest prawdą powszechnie uznaną, że krakowskie automaty wolą monety potarte uprzednio o blachę) i zarezerwowałam sobie kinowy fotel na seans Frankensteina z Lee Millerem w roli tytułowej w poniedziałek – jakbym tego trzy razy nie widziała – zatem zaliczam dzień do udanych. Drobiazgi cieszą.

7 thoughts on “Je suis l’un et l’autre

  1. nie umiałabym tak żyć…z poczuciem, że zaraz wyjeżdżam gdzieś…że w każdym momencie mogą mnie gdzieś wysłać, choć niewątpliwie to ciekawy sposób, bardzo odświeżający…

    • Ja tak zawsze chciałam. Od momentu, gdy u Trumana Capote przeczytałam, co miała wypisane na wizytówce bohaterka: „Panna Holly Golightly, w podróży”.
      To jest trudne, owszem.
      Ale z własną naturą trudno dyskutować.

  2. Nieważne gdzie, ważne jak tam będzie i czy coś dla siebie z tej podróży wyniesiesz. Ja jestem zdania, że spontaniczne decyzje czasami są najlepsze🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s