It’s (b)utter(f)ly stunning

Hehe.

Jako że artysta i jego mecenas z bożej łaski w końcu się dogadali, pierwszy namalował, drugi łaskawie uznał, że może być i transakcję sfinalizowano, przedwczoraj po południu wysłałam ostatni mail z myślą, że będzie mi całkiem brakowało tej uroczej korespondencji, będącej w zasadzie wzajemnym dziękowaniem sobie w coraz bardziej wielokrotnie złożonych zdaniach i wyścigiem na krygowanie się. Jak zwykle – przeczytałam trzy razy, coby się upewnić, że to wszystko gramatycznie, wysłałam i poszłam na obiad do przyjaciół po sąsiedzku (obiad oczywiście przeciągnął się do kolacji, a potem do sączenia prosecco – moja przyjaciółka jest niereformowalna pod tym względem, zawsze ją proszę, żeby nie szalała w kuchni, po czym przychodzę, a tam stół się ugina).
Wracam do domu koło północy, patrzę i oczom nie wierzę.
Bo artysta przemyślał sprawę. I tak się martwi, że może jednak to nie do końca jest to, czego chciałam, że może jest zbyt mało kolorowe albo zbyt ciemne albo coś, może nie będzie do końca pasowało do mojego ptaszka, a on nie chciałby, żebym pomyślała, iż mi coś narzucił (no, straszliwie brutalne było to narzucenie, naprawdę), a w ogóle to zaletą i wadą jednocześnie takich niedookreślonych próśb jak moja jest to, że można do nich w różny sposób podejść i tak dalej i tak dalej. Zważcie, że ja poprosiłam o to, by wybrał sam. I z tego całego zmartwienia, że nie wybrał dość dobrze, wziął i namazał coś innego, co może przypadnie mi do gustu bardziej? Jeśli tak, to nie ma sprawy, a w ogóle to vide załącznik.

Ja nie wytrzymam.

Nie powiem.
Ładne.
Niemniej absolutnie nie byłabym w stanie wybrać, w związku z czym odpisałam szczerze, że najchętniej przygarnęłabym oba, ale siłą rzeczy drugi będzie musiał poczekać.
Zaglądam dziś do poczty i ależ. Pewnie, że poczeka. „Just get back to me when you can but it is most certainly yours”.

To się, proszę państwa, nazywa „frontem do klienta”.
Wiecie, to już mi nawet przestało wydawać się kuriozalne.
Tak czy inaczej, ktoś musi to uciąć, bo inaczej przez kolejne trzy lata będziemy się bujali z tym obrazkiem. Ogólnie to przydałaby się jakaś bardziej zdecydowana osoba w tej historii.

Z innej natomiast beczki, może was to zdziwi niezmiernie, ale wylatam. Wczoraj potwierdzono, że mam pakować walizkę, w związku z czym w najbliższy weekend opuszczam naszą krainę miodem i mlekiem płynącą na skromne dwa miesiące. Udaję się na ten zgniły, kapitalistyczny Zachód znowu. Na linii Polska-Luksemburg trwają zatem dyskusje o tym, czy i kiedy kolega modniś przybędzie do mnie na shopping i inne takie. Sztywnieję na samą myśl – w Krakowie przecież snułam się za nim przez pół dnia po sklepach, bolejąc, że nie zabrałam książki, bo wielce by się przydała w czasie, gdy przymierzał kolejne wytarte dżinsy i kolejne skórzane kurtki.
Bardzo, bardzo bym chciała, żeby przybył – stęskniłam się wielce za tym łobuzem – ale nie nastawiam się.
Jeszcze się nie denerwuję. Właściwie to jestem zdumiewająco spokojna. Może dlatego, że nawet nie miałam czasu pomyśleć, że wyjeżdżam. Dopiero dziś sobie uświadomiłam, że trza by pranie zrobić i kupić zapas soczewek kontaktowych. Cieszę się oczywiście, bo miejsce przyjemne (choć właściwie to zmieniam jedną zaokienną szarość na drugą), a poza tym wiadomo, najlepiej czuję się w ruchu. Ten rok pod względem częstotliwości startów i liczby pokonanych kilometrów jest wyjątkowy, ale taki był zamysł.
Oczekujcie – jak zwykle – rozmazanych fot, narzekania na mentalność i dziwienia się światu.

7 thoughts on “It’s (b)utter(f)ly stunning

  1. Artysta zdolny jest niebywale, taki jego malunek to i ja bym chętnie przytuliła, by mnie w zachwyt wprawiał, ale to może kiedyś…
    Ech, polatałbym, ale na razie możliwości brak tak jakby.

  2. Był film „Dwa dni w Paryżu” ale aż dwa miesiące ? To serial z tego będzie. Albo nawet telenowela😉
    Chyba pierwszy raz Ci zazdroszczę…

  3. Paryz sie mi malo dobrze wspomina. To byl wyjatkowo zimny maj. Paskudnie zimny nawet. No i jedzenie tez miejscami niejadalne, a miejscami genialne… nie wiem jak dzis, ale 4 lata temu kawa tam byla tansza niz w Twoim kraku :! to jedno co mi smakowalo🙂😉 wysokosci wiec🙂 no i jeszcze przychylnosci, bo oni tam glusi sa na angielski i nie lubia rosjan wiec powiedz, ze polka jestes🙂

    • Dzięki!
      No właśnie tej głuchoty się obawiam – uczyłam się francuskiego na studiach przez parę lat, ale sporo wyparłam, więc może być zabawnie… Cóż, jak pociesza mnie jak zwykle zjadliwy Luxemburger – język miłości jest uniwersalny😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s