Ça marche!

Wiecie, co trzeba zrobić z mapą, gdy już dotrzecie do hotelu w nowym miejscu?
Powiem wam.

Trzeba ją wyrzucić.

Wyruszyłam w sobotę na miasto, mając przy sobie kartę kredytową, telefon, kieszenie i to jakby wszystko. Wiedziałam, jak dotrzeć na Plac Zgody (prosto i w prawo), a dalej to już gdzie oczy poniosą. Jakoś tak obeszło mi się katedrę Notre Dame, pusty Ogród Luksemburski, kościół St Sulpice, gdzie Delacroix. I nazad ulicą Bonapartego, później mostem – Pont des Arts, kto czytał Cortazara, ma zapewne skojarzenia, to tam Oliveira po raz pierwszy zobaczył Magę – na Pola Elizejskie, gdzie już jarmark świąteczny hula w najlepsze i sprzedają grzane wino (nalewane chochlą z żeliwnych kotłów pełnych pływających owoców – całkiem dobre, acz uczulam, występuje w dwóch pojemnościach, 300 i 500 ml, na zdrowie), ostrygi, raclette i inne takie, a to wszystko przy radosnym wtórze chrypiącego w licznych głośnikach Sleigh Ride. Dwunasty listopada, nieprawdaż. Deszcz zacina. Ale w sumie czemu by nie.

W katedrze troszeczkę sobie posiedziałam. Uwielbiam gotyckie katedry, co nie jest żadną nowością. Naprawdę uwielbiam. Nie jestem wierząca, czego nie ukrywam, ale gdy do katedr wchodzę, nagle się uspokajam. Oczywiście zwiedzam namiętnie, ale lubię przysiąść na krzesełku i tak sobie przez chwilę posiedzieć (czasami ta chwila to godzina, ale nigdy stracona). W takich miejscach jest coś niesamowitego. Mniejsza już nawet o architekturę. One mają wybitnie kojący wpływ. Jakby te mury mówiły „już wszystko dobrze, tu w nas możesz się schować”. Te mury niosą ludziom spokój od kilkuset lat, więc znają się na rzeczy.
Bardzo, bardzo udany dzień.
Dotarłam do domu nieco zmoknięta, trochę zdrożona, ale zadowolona.

Początki w nowym miejscu są zawsze trudne. Nie ma co ściemniać. Człowiek czuje się samotnie. Bywa dziwnie zmęczony. Nawet na kolację wieczorem nie chce mu się wyjść. Nie zna miejsc ani ludzi. Nawet dla samotników jak ja to niewdzięczne. Ale z każdym kolejnym dniem jest łatwiej. Trzeba po prostu, małymi kroczkami, próbować się zadomowić. Znajdować sobie codzienne, drobne punkty zaczepienia – punkt wydający kawę na przykład. I włóczyć się, dużo się włóczyć. 
Co nie zmienia faktu, że gdyby rok temu (akurat rok temu 14 listopada byłam w Londynie, całym podświetlonym na czerwono-biało-niebiesko, serce pękało – to była przykra wizyta, choć miała jeden znaczący plus, Bertiego) ktoś mi powiedział, gdzie będę tej jesieni – rzuciłabym mu Spojrzenie. Ale tak to już jest. Gdy jest się mną, tak to już jest do kwadratu.

10 thoughts on “Ça marche!

    • Nie wiem, czy dobrze, ale na pewno wrażeń nie brak ☺ Zwłaszcza że gdy jest zbyt spokojnie i życie akurat nie dostarcza mi przygód, wkurzam się i zaczynam sama ich szukać. Nie twierdzę, że to rozsądna droga, ale owszem – nie nudzę się ☺ Nie umiem i na szczęście nie muszę.

  1. znaczy się takie miasto – zawsze wieje i zawsze leje😉
    zazdroszczę jednak tej możliwości samowolnego chodzenia gdzie się chce i w tempie w jakim się chce🙂 bo gdzie chodzić to tam jest🙂 nawet jeśli nie zapałałam do miasta sympatią to tego mu nie odmówię, że kilka zakamarków ma cudnych i chętnie bym je może kiedyś, acz nie priorytetowo, jeszcze zobaczyła🙂 tymczasem u nas pada sobie właśnie śnieg, więc myślę, że w grodzie Kraka nie miałabyś lepiej… wieje i śnieży, a podobno ma się to w deszcz zamienić, żadna frajda w domu jak widać nie jest😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s