La vache

I tak oto przetrwałam drugi tydzień w ojczyźnie confit de canard. Jakoś się dogadujemy. Przyzwyczajam się. Niektórzy mówią, że dom jest tam, gdzie serce – dla mnie raczej tam, gdzie wieszam płaszcz. Co prawda nadal nie ogarniam zasad funkcjonowania mojej pralki, ale bądźmy szczerzy, to raczej kwestia mojego intelektu, który trochę się gubi w starciu z maszynami, niż francuskiego pochodzenia tejże pralki.
Fakt, ruch uliczny nadal nieco mnie stresuje (jak w Londinium, tu też przechodzi się na czerwonym świetle – z tą tylko różnicą, że tu także wtedy, gdy zaraz wjedzie w was samochód, za to na zielonym trzeba uważać na skutery, w tym zwłaszcza jeżdżące pod prąd, przednia zabawa, uchhh, ten kop adrenaliny, kiedy człowiek zbliża się do krawężnika!). Tutejsza osobliwa mentalność również. Ale… gdy zyska się zaufanie tutejszych, okazuje się, że pod lodową skorupą siedzą bardzo przyjaźni ludzie. No i „bonjour, madame!” zawsze miło usłyszeć, wchodząc rano do biura.
Poza tym zdarzył się trzeci czwartek listopada, czyli młode wino przybyło do sklepów i knajp. W moim lokalnym spożywczym całą alejkę z tej okazji postawiono. Oraz wózeczek z ostrygami. Dziś natomiast obżarłam się do nieprzytomności na Montmartre. Dzięki temu spokojniej przeżyłam małą osobistą tragedię.
Otóż z końcem tygodnia dostałam mail od mojego osobistego Jamesa Bonda.
Że dziękuje za wszystko i do zobaczenia.
Właśnie dobiegł końca jego ostatni dzień w fabryce.
– O nie – westchnęło się autorce.
Ja naprawdę tego gościa strasznie polubiłam. Z wszystkimi jego zadami i waletami. Owszem, były chwile, gdy go szczerze nienawidziłam – nigdy w życiu moje żyły nie były aż tak wyprute. Ale to on zszedł po ciastka, gdy usłyszał dyskretne pociąganie nosem w pobliżu mojego biurka, on mnie bronił przed ludźmi chcącymi dołożyć mi pracy, z nim jadałam śniadania w tej samej kawiarni co rano. Niesamowite, jak można z kimś się zżyć przez raptem trzy tygodnie.

Fajny facet.
Życzę mu jak najlepiej. W poniedziałek wysmaruję mu długi, egzaltowany mail, obawiam się. Czasami człowiek musi po uszy w egzaltację wpaść. No i trudno.

Za morzem tymczasem afera wybuchła po tym, jak przyszły wiceprezydent pojawił się na Broadwayu (na Hamiltonie, co dość istotne) i powiedzmy, że nie został ciepło powitany przez publiczność, ale mniejsza o to. Po wszystkim wygłoszono ze sceny dość uprzejme moim zdaniem słowa w jego kierunku – i się zaczęło. Mój ulubiony prezydent-elekt domaga się przeprosin (we właściwym dla siebie stylu), twierdząc, że teatr nie jest miejscem na takie rzeczy (dlaczego nie? nie istnieje w próżni…), bo ma być miejscem bezpiecznym (dla kogo?), jego zwolennicy organizują bojkot (o tyle bez sensu, że zdobycie biletu na to jest jak złapanie gwiazdki z nieba – w Londynie wystawiają to za rok i już jest lista kolejkowa). Niefajnie.
Przeczytałam tekst tego przemówienia kilka razy i nadal nie dostrzegam ani jednego obraźliwego zdania. A człowiek pełniący funkcję publiczną powinien zdawać sobie sprawę, że ktoś może zechcieć wejść z nim w polemikę, prawda?
Wśród przeciwników reakcji obsady na wizytę dominuje głos, iż aktorzy w ogóle nie powinni wypowiadać się na jakiekolwiek okołopolityczne tematy. Mają mówić to, czego nauczyli się na pamięć, a potem twarz w kubeł. Nie zgadzam się. Może i artysta to człowiek do wynajęcia – jak powiedziała aktorka w Unreachable, mogę być kim zechcesz, jeśli tylko mi za to zapłacisz – ale to nie znaczy, że jest jednocześnie człowiekiem bez właściwości. To nie tak, że pod spodem nie ma prawa mieć poglądów i nie ma prawa ich demonstrować. Są oczywiście tacy, którym to zaszkodziło, ale niezależnie od wszystkiego, będąc koniec końców zwykłymi ludźmi czytającymi wiadomości, wychowującymi dzieci, korzystającymi z służby zdrowia, płacącymi podatki, zmagającymi się z bezrobociem, dyskryminacją, nierównościami – mogą głosić swoje opinie na tematy, które ich też bezpośrednio dotykają. Dlaczego mieliby nie?… A że ich głos jest siłą rzeczy mocniejszy – no cóż.
Zabawne to swoją drogą, że ludzi niezdrowo fascynuje życie prywatne aktorów – z kim byli widziani, w której knajpie się upili, kogo objęli nie po przyjacielsku, gdzie błysnęli tyłkiem – ale jednocześnie ich publiczne komentowanie bieżących wydarzeń czy zaangażowanie polityczne uważane jest za coś bardzo niestosownego. Bez sensu.

No dobrze, tom sobie ulżyła, to i teraz mała porcja obrazków z niebywale słonecznego w ten weekend Paryża.

2 thoughts on “La vache

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s