On a magic carpet ride, czyli 366 dni w 1360 słowach

Normalnie o tej porze produkuję bardziej lub mniej udane podsumowanie roku. Tym razem jakoś zupełnie nie potrafiłam się za nie zabrać. Jako że miałam ostatnio wolne, chodziłam sobie nieco po blogaskach i czytałam. Na przykład o tym, jak efektywnie zaplanować kolejny rok.
I śmiałam się się głucho.
Zaplanować.
Efektywnie.
My arse.
W mijającym roku wylądowałam otóż w przynajmniej czterech punktach globu, w których lądować pierwotnie nie zamierzałam. Zrobiłam rzeczy, na które nie byłam gotowa. Nie zrobiłam wielu rzeczy, na które gotowa byłam, ale widocznie nie nadszedł ich czas. To była jazda bez trzymanki, powiadam. Męcząca, owszem. Wyczerpująca nawet. Zasmucająca momentami. Sprawiająca, że czułam żołądek w gardle. Ale też ekscytująca. Gdybym miała jednoznacznie stwierdzić, czy ten rok był udany czy nie, nie byłabym w stanie tego zrobić. Udowodnił mi bowiem bardzo mocno, że trzeba uważać na to, o czym się marzy. Pewne rzeczy są bowiem prostsze, niż się wydaje. Co nie znaczy, że są nieopisanie i całkowicie zachwycające. Zwykle mają ciemne strony. Na przykład wasze życie towarzyskie umiera, bo ciągle was nie ma. Ale, jak to napisał pewien wieszcz, if you never discover, forever you’ll suffer.
To był rok niebywale trudny i intensywny, ale oj, nie nudziłam się. Ani chwili.
Powiem wam szczerze. Jak czytam to wszystko poniżej, to mi się wydaje, że ja już dawno pożegnałam się z rozumem. Może mi się to przyśniło. Może sobie to wymyśliłam?…

Styczeń. Wspinam się na szóste piętro odrapanej kamienicy przy Charing Cross, by spędzić dwie godziny w towarzystwie dwóch par żarliwie spoglądających oczu i popłakać się na końcu. Tego teatru już nie ma. Istniał tylko przez kilka miesięcy. Zamknął się właśnie na dobre. Zatem w pewnym sensie przeżyłam coś niepowtarzalnego. Ja i niewielu ludzi, przed którymi ci dwaj co wieczór grali na tym zimnym poddaszu, zamiast brylować na salonach. To było niezwykłe i poruszające doświadczenie.
Luty. Ta sama trasa, czyli nad portem w Rotterdamie skręcamy w lewo. Oglądam liczne penisy (w muzeum, w muzeum!) i oglądam same łamiące serce przedstawienia. W dwóch z nich grają dzieci. Teoretycznie nie lubię spektakli z dziećmi, w rzeczywistości natomiast oba mnie zachwycają, albo raczej wstrząsają mną.
Marzec. Krótka podróż do kraju scyzoryków i raclette, gdzie śnieg z deszczem zacina bez cienia litości dla turystów usiłujących dotrzeć do hotelu, nie gubiąc przy tym po drodze ani walizki, ani parasolki, bezużytecznej zresztą w tej pogodzie. Następnie partyzancki wypad do, nie może to być, Londynu na weekend, bo upolowałam jeden samotny bilecik na coś, co bardzo chciałam zobaczyć – docieram do domu o drugiej w nocy, o szóstej dzwoni budzik. Nigdy więcej, myślę.
Kwiecień. O dziwo, donikąd nie wyjeżdżam i nic szczególnego się nie wydarza. Jak się okaże, zatęsknię za tym stanem. Za to dwa bardzo dobre przedstawienia w Krakatau oglądam. Nie dość ich obejrzałam w tym roku i mam nadzieję, że nadrobię braki. Nadzieję mam. Nie planuję, ponieważ patrz wyżej.
Maj. Urodziny, ma się rozumieć, w mieście Londyn. Po raz pierwszy idę do teatru na horror science-fiction, jeśli mogą to sobie państwo wyobrazić, i przyznaję – podskakiwałam ze strachu. Tydzień później lecę na pustynię; na dobry wieczór dostaję w twarz gorącym powietrzem. Jadąc taksówką prowadzoną przez dziarską panią lokals i gapiąc się z niedowierzaniem na niebotycznie wysoki, cienki jak trzcinka i lśniący budynek za oknem, czuję się, jakbym wylądowała na innej planecie, ale zaskakująco szybko się przyzwyczajam. Wypruwam sobie żyły w dni powszednie, w weekendy natomiast usiłuję chodzić pieszo (to tam nie działa), zażeram się owocami morza i ledwo zipię podczas śmiałych prób przetrwania na plaży . Dla zainteresowanych – wytrzymałam godzinę, za drugim razem godzinę i pół. I wiecie co? Tęsknię za tym krajem.
Czerwiec. Niemal prosto z pustyni zasuwam, niespodzianka, do Londynu, żeby oddać głos i zobaczyć przecudowny Sen nocy letniej, który na długie lata pozostanie moim ulubionym. Przez resztę miesiąca siedzę w cholernym, zalanym deszczem Luksemburgu. Nic mi się tam nie podoba. Mam dół jak stąd do Tasmanii. I wtem pojawia się jakiś osobliwy typ. Podobno wykładowca, ale jakoś mi trudno w to uwierzyć, bo nie wygląda. Nie spodziewam się, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy, ale ku mojemu zdumieniu parę dni później osobliwy typ wraca z kolejną butelką wina. Luksemburg bowiem produkuje całkiem porządne wina, zwłaszcza białe. A koniec końców odkrywam, że jest też bardzo malowniczy (acz jeśli macie lęk wysokości, nie polecam).
Lipiec. Niesamowite, ale znowu udaję się do Londynu, obejrzeć przedstawienie, którego w ogóle nie miałam w planach, które nie ma tekstu, które każdego wieczoru wygląda inaczej, a które kończy się sceną zapierającą dech w piersi, magiczną, nie do zapomnienia. Wieczorem tego samego dnia wracam do Regent’s Park Open Air Theatre, spodziewając się, że wizyta w tym bez dwóch zdań najbardziej romantycznym miejscu świata może skończyć się ponownie oszołomieniem i dezorientacją – i zgadnijcie co, tak właśnie się kończy. Tym razem jednak oglądam niesamowitą wersję Jesus Christ Superstar, w której prostota środków łączy się doskonale z chmurami brokatu i olśniewającym (dosłownie) płaszczem Heroda.
Sierpień. Osobliwy typ dokonuje desantu na nasz kraj, włamuje mi się do mieszkania (no, w pewnym sensie – zostawiłam mu klucz pod wycieraczką) i pod moją nieobecność nieco je przemeblowuje. Następnie idziemy na festiwal. Sporą część koncertu Sii przegapiamy świadomie, pijąc Jägermeister i rozmawiając o frapujących doświadczeniach szanownego kolegi (które to doświadczenia, o czym wtedy jeszcze nie wiem, staną się niebawem moim udziałem), bujamy się przy Massive Attack, aż w pewnej chwili na ekranach pojawiają się napisy wzbudzające dziki aplauz.
– Co to znaczy? – pyta kolega. Tłumaczę, wyjaśniając przy okazji kontekst polityczny. Kolega unosi brwi w niezmierzonym zdziwieniu. Parę miesięcy później, gdy będę go informować, że kobiety w Polsce protestują, bo pojawił się pomysł zakazu aborcji, zapyta, po co ktokolwiek miałby jej zakazywać. Doskonałe pytanie, panie kolego.
W ostatnich dniach sierpnia, w ramach spontanicznego „chodź, bilety są tanie” niżej podpisana ląduje w Mediolanie. Regularna dawka Włoch jest człowiekowi potrzebna do życia. Niestety znowu nie udało mi się obejrzeć włosów Lukrecji Borgii. A nad jeziorem Como nie spotkałam George’a Clooneya, który ponoć willę tam ma. Cóż mogę rzec. Żyzń parchata.
Wrzesień. Po trzyletniej przerwie niżej podpisana wyrusza samotnie na Daleki Wschód. Bez najmniejszego stresu, za to z uwielbianym poczuciem absolutnej wolności. Pogoda może i fatalna (teraz rozumiem, co znaczy „ściana deszczu”), ale lokalsi bardzo sympatyczni – tylko nie wsiadajcie z nimi do samochodu, jeśli cenicie sobie spokój – jedzenie pyszne, a wieczorne przesiadywanie w Changkat i przyglądanie się upływającemu światu to niewątpliwie jedno ze wspomnień, do których jeszcze długo będę się uśmiechać.
Październik. Jedziemy na czytanko, świetnie się bawimy i ku naszemu niezmierzonemu zdziwieniu nie tylko reżyser nas rozpoznaje i się z nami wita, ale też zostajemy zaproszeni na wino z wykonawcami, co skłania nas do refleksji, że może czas zacząć spisywać memuary, tylko że każde wydawnictwo potraktowałoby to jak rojenia wannabe baronowej Münchhausen. Gdyby się jednakowoż zastanowić, nie jest to wcale aż takie dziwne po trzech latach w miarę regularnego bywania. Ponadto zaglądamy w dziecięco błękitne oczy Iana McKellena (podziękowania dla bardzo sympatycznego pana, który bezceremonialnie wypchnął mnie do przodu) i wracamy do hotelu całe w skowronkach, z myślą, że już właściwie nic lepszego nie może nam się tego roku przydarzyć. Ależ w jakim jesteśmy błędzie! Na przełomie października i listopada toczymy bowiem również zaskakującą, ale bardzo przyjemną korespondencję z pewnym dżentelmenem o uroczych rączkach, wskutek której wchodzimy w posiadanie kolejnej dekoracji ściennej (na razie tylko nominalnie, ponieważ zgodnie z ustaleniami autor trzyma ją u siebie do początku stycznia, co oznacza, że lada dzień będę musiała znowu do niego napisać – gdyby mi kto o tym trzy lata temu powiedział, to bym go śmiechem zabiła). W listopadzie wyjeżdżamy pracować do kraju żab i bagietek, który, choć czaruje autorkę widoczkami, atrakcjami, grzanym winem na Polach Elizejskich i obłędną kaczką, traktuje ją dość obcesowo. Bo ten zepsuty zamek, niemili ludzie i wszystko. Entuzjazm znika z cichym pyknięciem, jak ta bańka mydlana. Na szczęście w zasięgu pociągu leży Wielkie (duchem) Księstwo Luksemburga. Jaki ten Luksemburg miły po Paryżu. Samochody nie próbują człowieka przejechać. Czysto. Cichutko. Tak cichutko, że autorka, wywieziona na głęboką wieś, niekulturalnie śpi do południa. Po południu daje się namówić na raczej… nietypową rozrywkę, zgodnie z zasadą, że skoro nadarza się okazja, to należy spróbować. W tym celu szanowany wykładowca zabiera ją do kraju ościennego, a w tymże najpierw do sklepu ze specyficzną odzieżą, gdzie wskazuje jakiś skrawek szmatki na manekinie i mówi:
– Przymierz to.
Po przymierzeniu zatwierdza (to nie człowiek skłonny do sadzenia komplementów, prędzej kąśliwości, na przykład za każdym razem pyta, co słychać w sprawie mojego prawa jazdy, więc jego „it looks very good on you” sprawia, że odrobinę puchnę z dumy, ale tylko odrobinę, żeby mi skrawek szmatki w szwach nie pękł).
Dalszą część wieczoru pominę, powiem tylko, że nasi germańscy bracia to dość wyluzowani są.
Grudzień. Wracam do ojczyzny z nerwami w strzępach. Pierwszy raz w życiu cieszę się, gdy obsługa zamyka drzwi, samolot odrywa się od obcej ziemi i unosi mnie w stronę domu. Spędzam kilkanaście dni brzuchem do góry, nie malując się, nie ubierając zbyt efektownie, głównie czytając i oglądając seriale.
Po czym, nie do uwierzenia, odprawiam się na lot do Londynu. Jutro, szósta dwadzieścia pięć.

Szczęśliwego Nowego, moi mili. Oby był przygodą.

Reklamy

8 thoughts on “On a magic carpet ride, czyli 366 dni w 1360 słowach

  1. Szczęśliwego Nowego Roku
    uwielbiam Cię czytać, więc odrobinę samolubnie życzę wielu takich dni, które z radością będziesz opisywała
    buziak
    frotka

  2. podróży zazdroszczę, cieszę się, że miałaś taką możliwość.
    taaaak, uważaj, o czym marzysz, też to przerabiam od paru miesięcy. to chyba najbardziej intensywny rok w moim życiu, zakręcony, trochę przy tym męczący, ale bardzo pozytywnie jednak, i bardzo do przodu.
    a jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa…
    (a już za 3 tygodnie Miasto, którego nie ma, oczywiście).

    życzę Ci, żebyś była w tym wszystkim po prostu szczęśliwa. w 2017 i następnych też.

  3. Ten obraz ze „Sztuki” istnieje w rzeczywistosci , Reza zainspirowal namalowany na poczatku ubieglego wieku „Biale na bialym” Kazimierza Malewicza. No i we francuskiej premierze tej komedii obraz kosztowal tylko 200 000 frankow , ale rozumem ze po ponad 20-letniej inflacji 30 tysiecy euro nie brzmi powaznie 😉
    Bonne Année !

    • Tak, Malewicz, a nawet o nim czytałam ostatnio 🙂
      Obraz musiał „podrożeć”, bo i sporo lat minęło, i podejrzewam, że znaczna część widowni jest na tyle młoda, że nie wie/nie pamięta, że kiedyś istniała taka waluta, jak francuski frank, zatem cały dowcip polegający na tym, ile gość wybulił za biały obraz na białym tle byłby dużo mniej zabawny, gdyby nie uległ „inflacji” właśnie 😉
      A muszę jeszcze powiedzieć, że publika była zachwycona narciarzem, którego domalował na obrazku jeden z protagonistów w ostatnich scenach. Fachowy narciarz, z powiewającym pomponem, pędzący w dół szlaku na zawodowo ugiętych nogach. Tak sobie pomyślałam, że gdy już będą kończyć tę sztukę grać, powinni zrobić aukcję w zbożnym celu i wystawić obrazek już po tuningu. Wielu widzów chyba chciałoby go mieć na pamiątkę – może niekoniecznie za sto tysięcy euro, ale… 🙂

      I też Szczęśliwego Nowego!

      • Narciarz w czapeczce jest od premiery zapisany w didaskaliach. Pamietam (chociaz to bylo lat temu ho,ho !), ze sprawil nam rowniez wiele radosci 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s