If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

Reklamy

3 thoughts on “If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

  1. motyw obrazka brzmi znajomo 🙂 😉
    zdecydowanie z lekkim zarostem jest mu o wiele bardziej do twarzy niż jako wymuskany lord

    Niech ci się darzy w nowym roku 🙂

    • I Tobie też, najlepszego!
      Jemu z wszystkim do twarzy, to taki typ, że nawet w gumofilcach wyglądałby powabnie 🙂 acz przyznaję, jestem wielką i znaną fanką zarośniętych 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s